Do tej pory Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego określało listę fakultetów, których – według analiz – potrzebują pracodawcy. Było ich 14, obejmowały tylko kierunki przyrodnicze, techniczne i matematyczne, m.in.: budownictwo, informatykę, fizykę czy automatykę. Ministerstwo płaciło uczelniom za prowadzenie deficytowych studiów, a studentom fundowało specjalne stypendia.

Jednak eksperci alarmowali, że nie da się przewidzieć, po jakich fakultetach będzie potrzeba absolwentów za kilka lat. Dlatego rząd odstąpił od tego pomysłu. Będzie zamawiał określone kompetencje, czyli zapłaci uczelni, jeśli ta wykształci osobę, która w trakcie studiów, np. informatycznych, oprócz umiejętności programowania uzyska także kwalifikacje z zakresu komunikacji czy autoprezentacji. Albo da więcej funduszy na wykształcenie studentów, którzy w trakcie nauki zdobyli nie tylko wiedzę informatyczną, ale także uzyskali umiejętności na wydziale prawa czy filologii.

>>> Polecamy: Roboty zagrażają rynkowi pracy. Czy połowa zawodów przestanie istnieć?

Pracodawcy pozytywnie oceniają takie zmiany. – To bardzo ciekawy pomysł. Firmy potrzebują właśnie takich absolwentów, którzy posiadają nie tylko twardą wiedzę teoretyczną, ale także umiejętności miękkie i w trakcie studiów zdobyli wiedzę z kilku dziedzin – mówi Monika Zaręba, ekspert Pracodawców RP.

Eksperci obawiają się jednak, że nowy program może zaprzepaścić to, co udało się osiągnąć w poprzednich jego edycjach. – Program kierunków zamawianych prowadzony przez resort nauki doprowadził do odwrócenia niekorzystnej struktury kształcenia. Kandydaci na studia zamiast kierunków masowych (humanistycznych i społecznych), po których absolwenci nie znajdują zatrudnienia, zaczęli wybierać studia ścisłe – wskazuje prof. Barbara Kudrycka, była minister nauki i szkolnictwa wyższego, poseł PO.

Możliwe, że uczelnie będą mogły się starać o środki w ramach tego programu jeszcze w tym roku. Wszystko zależy od tego, czy pomysł ministerstwa zaakceptuje Bruksela.

>>>Czytaj dalej: Technologia nigdy nie zastąpi edukacji. Laptopy w szkole to zły pomysł