Z Janem Mencwelem rozmawia Patryk Słowik

Gdzie w Polsce jest beton?

W naszych głowach. Ale też w portfelach.

Jak to? Wybetonowanie skweru jest na pewno droższe niż posadzenie na nim kilku drzew.

Ale jest tańsze niż właściwe zarządzanie miastem. A wybetonowanie skweru to zdaniem wielu włodarzy dowód na to, że są dobrymi gospodarzami. Mogą przeciąć wstęgę, pokazać, że coś robią, że wykorzystali środki unijne, że są za pan brat z – uwaga, modne słowo – rewitalizacją.

Reklama

Ludzie lubią wybetonowane centra miast i miasteczek?

Według mnie nie. Gdy pisałem książkę „Betonoza”, przejechałem niemal całą Polskę. Spotkałem wielu mieszkańców, którzy protestowali przeciwko decyzjom o betonowaniu miast. Bywa też tak, że ludzie są przeciwni, ale nie protestują, bo się boją. Lokalny układ jest na tyle silny, że wolą siedzieć cicho. W takiej sytuacji nawet napisanie krytycznego komentarza w internecie urasta do miana aktu odwagi. Przykładowo w jednym z miast, które odwiedziłem, władze podjęły decyzję o wycince drzew. Ludzie byli oburzeni, ale formalnie nikt nie zaprotestował. Powód był prozaiczny: urząd jest największym pracodawcą w okolicy. Wiele rodzin ma pieniądze dzięki temu, że któryś z domowników pracuje pod zwierzchnictwem tego, kto nakazał wycinkę.

To trochę niespójne. Mówi pan, że lokalny włodarz chce się pokazać jako dobry gospodarz, a jednocześnie ludziom jego działania się nie podobają.

Oczekuje pan spójności od polityków? Wielu z nich nie zależy przecież na tym, by naprawdę być dobrymi gospodarzami, lecz by zagłuszać sumienie mówiące, że w końcu czas zrobić coś dobrego. Ale zakładam, że to się będzie powoli zmieniać, bo ludzie się budzą. Nawet w małych miejscowościach pojawia się coraz więcej osób mówiących głośno, że nie wolno zapominać o zieleni.

Zakładam, że lokalni włodarze nie są idiotami. I wiedzą, że ludzie zmieniają swoje podejście. Nie rozumiem zatem, dlaczego politycy nie podążają za tym trendem, o ile on rzeczywiście istnieje.

Jest kilka przyczyn. Kluczowa jest ta, że politycy bywają oderwani od ludzi, najzwyczajniej w świecie ich nie słyszą i nie rozumieją. Wielu samorządowców może więc przegapić to przebudzenie. Ale to też proces, do którego ludzie dojrzewają w różnym stopniu. W Warszawie, gdy 10 lat temu wycinano drzewa, w zasadzie nie było protestów. Wszyscy się godzili z tym, że tak po prostu musi być, że trzeba rozbudowywać miasto. Dziś ludzie protestują, żądają od urzędników wyjaśnień. A urzędnicy – przy całym moim krytycznym podejściu wobec nich – też powoli się zmieniają, dostosowują. I wydaje mi się, że podobnie będzie w mniejszych miejscowościach. Najpierw dojdzie – już powoli dochodzi – do zmiany sposobu myślenia wśród mieszkańców, a później pójdą za tym zmiany wśród urzędników.

Cały wywiad z Janem Mencwelem przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP

Źródło nieznane

fot. Rafał Nowak/Materiały prasowe

Jan Mencwel autor książki „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta”, przewodniczący zarządu stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”