Źródło nieznane

fot. Borys Skrzyński

Reklama

Marek Niedużak, wiceminister rozwoju, pracy i technologii

Spotkaliśmy się, by porozmawiać o sukcesji biznesu, więc zacznijmy od kontrowersyjnej tezy: niektórych seniorów nie da się zastąpić. Najlepszym przykładem na to jest Zlatan Ibrahimović grający w Milanie. 39 lat na karku, a doskonale wiemy, że przekazanie schedy nie wchodzi w grę, bo młodzież nie dorasta do pięt temu, który ciągnie wózek.

Oj, Zlatan… Można go kochać, można nienawidzić, ale każdy powinien przyznać, że to wybitny piłkarz. I wiek rzeczywiście w ogóle mu nie przeszkadza.

Zresztą doskonale pan trafił z tym przykładem, bo Milan to mój ulubiony klub. Pamiętam, że oglądałem finał Mistrzostw Europy w 1988 r.: Holandia przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W „Oranje” niesłychana paka, nie dało się ich nie kochać. Tym bardziej, że przecież złoili naszych „braci”. Kilka miesięcy później dostałem plakat tych wspaniałych chłopaków, ubranych w koszulki w czarno-czerwone pasy. No i tak pokochałem Milan.

No dobrze, ale czy da się zastąpić tego, który przez lata ciągnie wózek? Bo ustawa o zarządzie sukcesyjnym to przecież przewiduje.

Oczywiście, że się nie da zastąpić jednego człowieka drugim, bo każdy jest wyjątkowy. Jedni mają jeden talent, drudzy – inny. Jedni są zdolniejsi, inni mniej. Tylko czy w związku z tym należy dopuścić do sytuacji, w której firma zgaśnie wraz z właścicielem? Jeżeli ktoś, kto prowadził działalność, umrze, to lepiej, żeby majątek w bezbolesny sposób przejęli bliscy. Bez wątpienia może być tak, że nie poradzą sobie tak dobrze jak zmarły, ale warto dać im szansę. Zresztą, Milan po Zlatanie też będzie musiał jakoś funkcjonować. W mądrze zarządzanym biznesie trzeba brać pod uwagę, że kiedyś zabraknie jego założyciela.

Jeśli więc pan pyta, czy sukcesja biznesu to zawsze prosta sprawa i zastąpienie jednej osoby drugą, to oczywiście odpowiedź brzmi: nie. Ale prawo powinno zapewniać możliwie najlepsze rozwiązania, aby umożliwić zmiany pokoleniowe w biznesie.

Mamy grudzień 2020 r. Czy przepisy o sukcesji są takie, że nic w nich już nie trzeba zmieniać, czy jednak warto nad czymś jeszcze popracować?

Ustawa o zarządzie sukcesyjnym, jak i zresztą każda inna ustawa, to nie jest „Dawid” Michała Anioła. Jeżeli ktoś uważa, że jakiś akt prawny jest idealny, to moim zdaniem albo się nie zna, albo kręci. Dobra legislacja polega na weryfikowaniu tego, jak przepisy sprawdzają się w praktyce. Regulacje o sukcesji mają już dwa lata. Po roku znowelizowano ustawę, usprawniając procedurę przejmowania koncesji i zezwoleń jeszcze za życia przedsiębiorcy. Osobiście chętnie wprowadziłbym też ułatwienia w przejmowaniu przez następców udziałów w spółkach, podobnie jak w jednoosobowej działalności gospodarczej.

W tym na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością?

Tak, to przecież popularna forma wykonywania działalności gospodarczej. I najczęściej są to spółki, w których jest jeden lub dwóch wspólników. Te spółki w praktyce funkcjonowania bardzo przypominają spółki osobowe. Osobiste zaangażowanie wspólników jest tak duże, że w zasadzie spółka, choć formalnie kapitałowa, to wcale nie opiera się na kapitale, lecz na konkretnym człowieku. Znam zresztą z praktyki przypadki, gdy śmierć wspólnika bardzo utrudniała dalsze funkcjonowanie spółki, w efekcie niekiedy ją zrzucając w przepaść.

Przy czym – tu od razu uprzedzę – znam też głosy, że nie należy mówić o sukcesji w spółkach kapitałowych. I w porządku, choć ze znaczną częścią z nich się nie zgadzam, to szanuję je. Dlatego mówienie o sukcesji w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością traktuję jako pewien skrót myślowy, pokazujący chęć do ułatwienia życia ludziom po śmierci wspólnika, tak by nie palić spółki tylko z powodu perturbacji właścicielskich. Konkretne propozycje natomiast będą musiały być wypracowane we współpracy m.in. z ministerstwami sprawiedliwości i aktywów państwowych.

Tak więc, ujmując to najprościej, chciałbym, żeby ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie działalności po śmierci wspólnika. A o szczegółach dopiero będziemy rozmawiali.

Gdy podsumowywaliśmy funkcjonowanie ustawy o zarządzie sukcesyjnym po roku jej obowiązywania, byliśmy zgodni co do tego, że przepisy są niezłe, ale jest kłopot z przekonaniem do potrzeby zadbania o sukcesję przedsiębiorców. Jak jest po dwóch latach?

Mam dane z 19 listopada 2020 r. Zgodnie z nimi w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej ujawnionych jest 19,1 tys. zarządców sukcesyjnych. Zaś w 1914 przypadkach działa zarząd sukcesyjny, czyli mamy sytuację, w której przedsiębiorca zmarł i ktoś już wprost korzysta z dobrodziejstw ustawy.

Liczba aktywnych jednoosobowych działalności gospodarczych wynosi ok. 2,5 mln. Bez wątpienia realnie wykonuje ją mniej osób. Mamy zaś 19,1 tys. zarządców sukcesyjnych. Dużo to czy mało?

Uważam, że jest nieźle. Gdy projektowaliśmy ustawę, nikt nie zakładał, że przedsiębiorcy masowo rzucą się do wpisywania zarządców sukcesyjnych do ewidencji. Wiele dobrych rozwiązań ludzie wdrażają do firm z pewnym opóźnieniem. Nie przezwyciężymy też tego, że ludzie przed sześćdziesiątką zazwyczaj nie myślą o śmierci, więc i nie myślą o sukcesji.

Będę zadowolony, jeśli z roku na rok liczba wpisanych do ewidencji zarządców będzie rosła o kilka, kilkanaście tysięcy. Pamiętajmy też wreszcie o tym, że ustawodawca stworzył pewną możliwość, której przez wiele lat brakowało. Dziś już tylko od decyzji przedsiębiorcy zależy, czy z niej skorzysta.

Gdy rozmawialiśmy ostatnio, były wątpliwości podatkowe co do przepisów o sukcesji. I stąd wynikała niechęć niektórych do ustanawiania zarządców.

Tak rzeczywiście było, ale na szczęście kłopot ten został rozwiązany. Minister finansów wydał zgodną z celem ustawy o zarządzie sukcesyjnym interpretację ogólną, z której wprost wynika, że przepisy nie naruszają zasady neutralności VAT. Mogę więc z pełnym przekonaniem powiedzieć, że od strony podatkowej nie ma jakichkolwiek powodów do obaw.

Z tematem sukcesji wiąże się też zagadnienie fundacji rodzinnych. Kłopot w tym, że średnio co kilka miesięcy słyszę, że przepisy są na ukończeniu. A słyszę tak od co najmniej trzech lat.

Mogę mówić za siebie i zespół w ministerstwie rozwoju. Pod koniec ubiegłej kadencji opublikowaliśmy tzw. zieloną księgę, w której wskazaliśmy nasze założenia prac nad ustawą o fundacji rodzinnej. Spotkała się ona z dobrym odbiorem przedsiębiorców. Zgadzam się z panem, że dobrze byłoby działać szybciej. Oczywiście mógłbym w tym miejscu zasłaniać się pandemią koronawirusa, ale nie o to chodzi, by zrzucać z siebie odpowiedzialność. Wolę więc powiedzieć, że liczymy na to, iż w ciągu kilku najbliższych tygodni pojawi się wpis do wykazu prac legislacyjnych. Uzgodnienia i konsultacje projektu powinny potrwać miesiąc, później projekt będą rozpatrywać komitety i Rada Ministrów. Następnie projekt ustawy trafi do Sejmu. Wydaje mi się, że w pełni realne jest to, ażeby ustawa weszła w życie 1 stycznia 2022 r., a uchwalona z założeniem relatywnie długiego vacatio legis.

Co konkretnie znajdzie się w tym projekcie? Bo od dawna słyszę ogólniki, że będzie lepiej, łatwiej, bezpieczniej.

Kluczowa kwestia to model opodatkowania, o którym już rozmawialiśmy z Ministerstwem Finansów. Ustaliliśmy, że wkłady do fundacji rodzinnej nie będą podlegały żadnemu opodatkowaniu. Samo opodatkowanie zaś będzie odroczone do czasu wypłaty świadczeń na rzecz beneficjentów. Podatek 19 proc. będzie dotyczył tylko świadczeń finansowanych z dalszych przychodów osiąganych przez fundację.

Nic nie zrozumiałem...

Gdy powołam fundację rodzinną i będę wkładał do niej majątek, to będzie on zwolniony z opodatkowania. Gdy zaś beneficjenci fundacji rodzinnej – np. dzieci, małżonek – będą pobierali profity z działalności tej fundacji, to dopiero wówczas zapłacą podatek. To rozwiązanie korzystne i zachęcające do tego, by nie spieniężać majątku, lecz by biznes przetrwał i by kapitał był kumulowany.

Krótko mówiąc, aparat skarbowy dojedzie dopiero beneficjentów, a nie fundatora.

Podziwiam pański dar wyzłośliwiania się wobec rozsądnych rozwiązań. Ale to dobrze, bo często pojawiają się kłopoty, o których istnieniu nawet bym nie pomyślał. Proszę sobie wyobrazić, że bodaj największe kontrowersje wzbudza to, jak tworzona przez nas instytucja powinna się nazywać. Środowisko organizacji pozarządowych uważa, że nie powinno się mówić o fundacjach rodzinnych, gdyż dla wielu osób różnica między tymi a fundacjami dobroczynnymi, nastawionymi na działalność non-profit, może być niedostrzegalna. Z kolei środowisko firm rodzinnych jest już bardzo przywiązane do nazwy fundacja rodzinna. Odpowiada ona charakterowi tego podmiotu, a w innych krajach także używa się nazwy fundacja. Nie ukrywam, że bliżej mi do stanowiska prezentowanego przez przedsiębiorców.

To będzie oddzielna ustawa?

Tak. Nie ma mowy, żeby wtłaczać regulacje do ustawy o fundacjach, bo rzeczywiście w fundacji rodzinnej będzie chodziło o coś innego niż to, o co chodzi w obecnie funkcjonujących fundacjach. Nie wyobrażam sobie też rozbudowywania kodeksu spółek handlowych o te przepisy. Najlepszym rozwiązaniem będzie więc stworzenie odrębnej ustawy.

Część ekspertów ma wątpliwości do przepisów spadkowych w kontekście fundacji rodzinnej. Niedawno na naszych łamach zwracał na to uwagę prof. Adam Mariański, że mogą być kłopoty związane z zachowkiem.

Nie podzielam tych obaw. W projekcie znajdzie się możliwość zrzeczenia się zachowku oraz możliwość rozłożenia go na raty. Wypłaty z fundacji rodzinnej dla danej osoby będą pomniejszały należny jej zachowek. Gdybyśmy w ogóle nie zajęli się tą kwestią, rzeczywiście mógłby pojawić się problem. Część beneficjentów-spadkobierców mogłaby zażądać zachowku, co w praktyce doprowadziłoby do zamknięcia fundacji rodzinnej. Nasze założenie jest takie, by pogodzić często przeciwstawne interesy: z jednej strony nie można odebrać praw przysługujących spadkobiercom, ale z drugiej strony nieracjonalne byłoby też dopuszczenie do sytuacji, w której niechęć jednej strony powodowałaby konieczność likwidacji fundacji rodzinnej.

Dla kogo w ogóle będą to przepisy? Dla największych biznesowych rodów czy też dla drobnego rodzinnego biznesu?

To rozwiązanie dla dużych i średnich przedsiębiorców. W dużej mierze dla tych, którzy dziś mają już stworzone różne wehikuły prawne poza Polską. Dla małych i mikroprzedsiębiorców jest przede wszystkim ustawa o zarządzie sukcesyjnym. Przy czym oczywiście nie mamy planu ograniczać możliwości zastosowania ustawy o fundacji rodzinnej tylko do określonej wielkości podmiotów. Po prostu drobny biznes, jak wskazuje praktyka, nie poszukuje takich rozwiązań.

Czy wierzy pan w to, że po wejściu w życie ustawy największe biznesowe rodziny zaczną likwidować zagraniczne wehikuły prawne i kumulować majątek w Polsce?

Chciałbym, żeby tak było. W ostatnich miesiącach nasze plany konsultowaliśmy nie tylko z resortem finansów, lecz także z polskimi przedsiębiorcami. Odzew był pozytywny. Tym bardziej, że – gdy spojrzymy na fakty – Polska jest dość przyjazna podatkowo. W mojej opinii większym kłopotem niż stawki opodatkowania jest brak odpowiednich dla dużych przedsiębiorców instrumentów, pewne zapóźnienia legislacyjne. Potrzeba tworzenia wehikułów, np. w Luksemburgu czy Austrii nie wynika więc przede wszystkim z tego, że ktoś chce uciec z majątkiem z Polski. Decyzje te najczęściej były podyktowane tym, że tamtejsze systemy prawne i rozwiązania podatkowe były bardziej elastyczne niż te dostępne u nas. ©℗

Rozmawiał Patryk Słowik
Spisała Marzena Sosnowska