Tylko na Forsal.pl: Nie kupować smoka w worku? Relacja ze szczytu G20

Ten tekst przeczytasz w 5 minut
4 września 2016, 09:26
Szczyt G20 w chińskim Hangzhou Fot. Rafał Tomański
Na wielkim ekranie kilka minut po godzinie 8 rano widać powitanie brytyjskiej premier Theresy May. Przylatuje najpóźniej ze wszystkich najważniejszych gości. Jej decyzje w sprawie chińskiej inwestycji w elektrowni Hinckley Point planowanej na brytyjskiej ziemi nie spodobały się Pekinowi, zatem to, co czeka delegację z jej udziałem wciąż pozostaje zagadką. Dziennik "The Telegraph" przestrzega nawet brytyjskich urzędników przed zakusami chińskich gospodarzy. Mieliby oni podobno proponować niezbyt przyzwoite usługi Brytyjczykom, by wkupić się w ich łaski i próbować szpiegować panią premier. Taka sytuacja miała przydarzyła się w 2008 roku delegacji Gordona Browna (sprawa wyszła na jaw dzięki wspomnieniom doradcy ówczesnego premiera, Damiena McBride'a wydanym w 2013 roku), dlatego teraz Londyn chucha na zimne. Cały personel wyposażono w tymczasowe telefony komórkowe oraz nowe adresy emailowe, by przeszkodzić ewentualnym atakom hakerów. Ze względu na możliwe podglądanie przy pomocy kamer video zaleca się nawet przebieranie pod kołdrą w hotelowych pokojach. Fot. Rafał Tomański /Forsal.pl
Chociaż z powodzeniem można stwierdzić, że według prasy, nagłówków i materiałów nadawanych w chińskiej telewizji G20 trwa na dobre już co najmniej od tygodnia. Szczyt rozpoczyna się dopiero dziś w niedzielę, ale medialna ofensywa konsekwentnie przejęła we władanie nie tylko Hangzhou, ale i chińską rzeczywistość.
2652490-szczyt-g20-w-chinskim-hangzhou.jpg
Szczyt G20 oficjalnie rozpoczyna się dziś w chińskim Hangzhou. Ośrodek dla dziennikarzy położony po drugiej stronie centralnej części miasta noszącej nazwę Xiaoshan o 6 rano w niedzielę świeci jeszcze pustkami. Dziesiątki komputerowych stanowisk świecą ekranami jednolitym błękitem. Jednak nie są to tzw. niebieskie ekrany śmierci, jak informatycy zwykli mówić o komunikatach popsutego systemu Windows. Niebieski to kolor szczytu G20, wszechobecny w Hangzhou z początkiem wrześniowych dni. Fot. Rafał Tomański


2652554-szczyt-g20-w-chinskim-hangzhou.jpg
Pomimo starań polityków i specjalistów od inżynierii pogody nie udało się zapewnić czystego, błękitnego nieba nad stolicą prowincji Zhejiang. Wygaszone fabryki w promieniu setek kilometrów od Hangzhou nie produkują smogu, ale on i tak tu pozostał. Wczoraj, w sobotę 3 września wskazania liczników cząstek PM 2,5 wskazywały nad teoretycznie ultra ekologicznym miastem stężenie trzykrotnie wyższe (78) niż nad normalnie zatłoczonym Pekinem (25). Fot. Rafał Tomański
2652474-szczyt-g20-w-chinskim-hangzhou.jpg
Z każdą godziną dziennikarzy w Media Center przybywa. Mają do dyspozycji wszystko, co potrzeba, żeby pisać, nagrywać, drukować i łączyć się z siecią. Są także ciasteczka z logo Voice of China, z którym niedawno państwowa telewizja miała trochę kłopotów, lokalna herbata, z której słynie prowincja oraz tony ładnie wydanych publikacji o Hangzhou i okolicy. Wśród nich historia Komunistycznej Partii Chin w kilku językach pod tytułem przywodzącym na myśl poradniki "Dla opornych" ("Co wiesz o KPCh?"), kolorowe pocztówki w widokami normalnego Hangzhou, które żyje a nie przyjmuje szczytu i wreszcie historia tzw. chińskiego snu, bieżącej strategii rozwoju gospodarki i poczucia dumy narodowej wprowadzana w życie przez prezydenta Xi Jinpinga. Fot. Rafał Tomański
2652458-szczyt-g20-w-chinskim-hangzhou.jpg
Prawdziwe i z kolei zupełnie nieprzewidziane nieprzyjemności spotkały amerykańskiego prezydenta chwilę po przylocie. Chińscy agenci bezpieczeństwa powstrzymali w ostrych słowach amerykańskich dziennikarzy, a wśród nich także i doradcę ds. bezpieczeństwa Susan Rice, gdy ci chcieli podejść bliżej do swojego szefa. Amerykanie usłyszeli, że to nie ich lotnisko i że nie są u siebie, więc mają się podporządkować Chińczykom. Podobno ci, którzy wywołali zamieszanie, nie wiedzieli że wśród przedstawicieli mediów była pani Rice. Chwilę później Amerykanie mieli problem, by dołączyć do Obamy w oficjalnym konwoju, a sam prezydent nie dostał zgody na wspólną konferencję prasową z Xi Jinpingiem. Briefing strony amerykańskiej nie dostał się także na antenę państwowej telewizji. Fot. Rafał Tomański
2652506-szczyt-g20-w-chinskim-hangzhou.jpg
Stosunki amerykańsko-chińskie wyglądają dziś inaczej niż jeszcze dwa lata wcześniej. Obama i Xi ramię w ramię opowiadali o wspólnych decyzjach podejmowanych na spotkaniu w Pekinie w ramach APEC. Obecnie na wzajemnych kontaktach kładzie się cieniem sprawa morza Południowochińskiego, na którego polu interesy obu państw wzajemnie się wykluczają. Państwowa telewizja nie podała także informacji, że strona amerykańska poruszyła temat spornego morza w rozmowie między prezydentami. Tego, czego nie widać, nie można w końcu podnieść do wagi problemu. Tych, których nie ma, tym bardziej nie będzie można uznać za problem. Niemcy z Deutsche Welle spotkali się z odmową wydania akredytacji na G20. Nie pomogły interwencje MSZ i tłumaczenia w ambasadzie w Berlinie. Chińczycy odpowiedzieli, że niemieccy dziennikarze sami wiedzą, z jakiego powodu nie mogą pojechać na szczyt. Dyrektor generalny stacji, Peter Limbourg wezwał organizatorów do zmiany decyzji. Fot. Rafał Tomański
2652570-szczyt-g20-w-chinskim-hangzhou.jpg
G20 pozostaje grą prowadzoną w rzeczywistości wirtualnej. To prawdziwe zwycięstwo Chin. Podczas gdy wszystkim na świecie wydaje się, że to jedynie Pokemony na smartfonach oferują zabawę w świecie, którego nie ma, z powodzeniem takie działania prowadzą Chińczycy. Hangzhou rozpoczyna szczyt G20. Centrum dla dziennikarzy zapełnia się coraz bardziej. Na telebimie po brytyjską premier przyjeżdża konwój limuzyn, których linia karoserii kojarzy się z Rolls Royce'ami, a przednie światła z radzieckimi Czajkami dla dygnitarzy poprzedniej ery. Może Zimna Wojna przeszła niepostrzeżenie transformację i obecnie na nowo odżyje w świecie, który jest sterowany za naciśnięciem odpowiedniego guzika przez odpowiednie osoby? Chińskie limuzyny mijają czekające na płycie lotniska samoloty rosyjskiej delegacji. Być może historia zatacza koła. W końcu Einstein udowodnił, że najkrótsza droga między dwoma punktami prowadzi po linii krzywej. Fot. Rafał Tomański
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj