To jest, moim zdaniem, NAJWAŻNIEJSZY wykres, jaki można sobie wyobrazić w dyskusji o polityce gospodarczej i poziomie życia w Polsce i Europie oraz… Stanach Zjednoczonych i Chinach. We wszelkich debatach za pewnik uznaje się dziś, że Europa straciła konkurencyjność i generalnie dostaje łupnia od Ameryki i Chin oraz innych. Tymczasem jest to potężna manipulacja prowadząca większość komentatorów do błędnych wniosków.
Moja brutalna teza brzmi: gdyby największe kraje Unii Europejskiej – Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Holandia - zgodnie z postulatami wielu ekonomistów, w tym powierzchownych zwolenników słynnego raportu Mario Draghiego (byłego szefa Europejskiego Banku Centralnego) o konkurencyjności UE, prowadziły w XXI wieku taką politykę gospodarczą jak USA czy Chiny, czyli kumulowały wszystkie zasoby w celu rozwoju przełomowych technologii (narzędzia i platformy cyfrowe, rozwój AI) to nie traciłyby udziałów w światowej gospodarce, a PKB na głowę rosłoby tam w tempie co najmniej amerykańskim. Jednocześnie dystans Polski i innych krajów Europy Środkowej do najbogatszych nie zmniejszałby się, lecz zwiększał - dokładnie tak, jak stało się to i dzieje w przypadku bogatych i biednych stanów USA.
Unia Europejska ŚWIADOMIE wybrała inną ścieżkę: wyrównywania poziomów i jakości życia. Ogromne wspólne środki zostały zainwestowane w podnoszenie z gospodarczych i mentalnych gruzów po komunie całego makroregionu. Postkomunistyczne kraje CEE, na czele z Polską, fantastycznie wykorzystały tę moment dziejowy. Pytanie: co dalej?
Poziomy życia ludzi z UE wyrównują się, w USA drastycznie rosną nierówności
W latach 2016 – 2026 nierówności między biednymi a bogatszymi krajami Unii Europejskiej mocno się zatarły i nadal wykazują trend do zacierania. Tymczasem w USA, które po raz kolejny w swoich dziejach wybrały wzrost za wszelką cenę, dystans między biednymi a bogatymi stanami mocno wzrósł i nadal rośnie.
Taki trend doprowadził już blisko 100 lat temu do wielkiego kryzysu światowego, którego pokłosiem było dojście do władzy Hitlera w Niemczech i wybuch II wojny światowej, zaś w XXI wieku – globalny kryzys finansowy. Co na to piewcy konkurencyjności za wszelką cenę? Co na to nasi nacjonaliści? Mniemani sojusznicy AfD i Francuskiego Frontu Narodowego?
Przyjrzyjcie się uważnie pierwszemu wykresowi w tym tekście. Co my tu widzimy?
Aby zobrazować dynamikę wzrostu zamożności obywateli i siły nabywczej ich portfeli ekonomiści posługują się najbardziej kompletnym i zunifikowanym wskaźnikiem: realnym PKB per capita według parytetu siły nabywczej (PPP). Odzwierciedla on realny wzrost standardu życia (dochód nominalny skorygowany o inflację i lokalne ceny) i pozwala na porównanie Polski i innych krajów z gospodarczymi potęgami Europy i świata. Na wykresie widzicie skumulowany procentowy wzrost realnego bogactwa na mieszkańca (PPP) w latach 2016–2026 oparty na zweryfikowanych danych historycznych, dostępnych danych za pierwsze półrocze 2026 oraz prognozach Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) na ten rok.
Kluczowe wnioski z lat 2016–2026:
Polska jest w tym zestawieniu bezapelacyjnym liderem: w ciągu ostatniej dekady realna siła nabywcza przeciętnego Polaka wzrosła o blisko 45 proc., co dało nam historyczny sukces: wyprzedziliśmy pod względem zamożności per capita PPP nie tylko Greków i Portugalczyków, ale też m.in. Hiszpanów czy Izraelczyków.
USA odnotowały imponujący jak na dojrzałą supergospodarkę skumulowany wzrost - o około 18 proc. - wyraźnie dystansując kraje Europy Zachodniej; kołem zamachowym są bógtechy i skokowy rozwój AI.
Tzw. Stara Unia – z wciąż potężnymi gospodarkami (Niemcy, Francja, Włochy) – porusza się w trendzie bardzo powolnego wzrostu, w granicach 6-8 proc. przez całą dekadę; olbrzymią rolę odegrała tu recesja w okresie pandemii, ale jeszcze większą - kryzys energetyczny i strukturalny wywołany napaścią Rosji na Ukrainę; wysoka inflacja w kilku poprzednich latach zredukowała realne zarobki większości mieszkańców Europy Zachodniej, a odrabianie strat idzie bardzo opornie, bo USA i Chiny starają się powiększać swe gospodarki kosztem Europy wykorzystując różne przewagi, na czele z nowymi technologiami opartymi na AI.
Teraz rzućmy okiem poza Unię: Wielka Brytania, która po niespełna półwieczu opuściła wspólnotę w 2020 r., odnotowała w latach 2016 – 2026 skumulowany wzrost PKB na głowę (PPP) rzędu 7 proc., czyli gorszy niż Francja i dużo słabszy niż Hiszpania; co istotne – po Brexicie można mówić wręcz o stagnacji – UK urosła w sumie od tego czasu o około 1 proc. Stawiana przez wielu narodowców za wzór suwerennej polityki Szwajcaria osiągnęła w tym czasie 8 proc., zaś dysponująca niebywałymi atutami, w tym potęznymi własnymi złożami gazu, Norwegia – 9 proc.
No dobrze, to teraz przyjrzyjmy się bliżej naszemu regionowi, czyli Europie Środkowo- Wschodniej. Okazuje się, że w analizowanej dekadzie jeszcze szybszy skumulowany wzrost niż Polska – aż 47 proc. - osiągnęła Rumunia. Oznacza to największy w dziejach tego kraju skok cywilizacyjny. Kolejnym krajem sukcesu jest Litwa – ze skumulowanym wzrostem PKB per capita PPP o 36 proc. Jako lider krajów bałtyckich Litwa przeszła bardzo udaną transformację w kierunku zaawansowanych usług i sektora fintech, wyprzedzając wskaźnikami zamożności m.in. sąsiednią Łotwę i Estonię. Kolejne miejsce zajmują Węgry (skumulowany wzrost o 22 proc.), przy czym w ostatniej kadencji Orbana tempo konwergencji wyraźnie wyhamowało, a wysoka inflacja zżarła znaczną część dochodów obywateli.
Najmniejszy wzrost dochodu na głowę w naszym regionie odnotowały Czechy (o 16 proc.) i Słowacja (12 proc. – na poziomie najlepszej na Zachodzie Hiszpanii ), ale trzeba pamiętać, że te pierwsze startowały z pozycji zdecydowanie najbogatszego kraju tej części Europy (najbliżej średniej UE, gdy Polska zaczynała z poziomu 41 proc.). Warto przy tym odnotować, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów (a być może w całych dziejach) dochód statystycznego mieszkańca Warszawy jest wyższy od dochodu mieszkańca stolicy Czech.
W ciągu ostatniej dekady układ sił w Europie uległ diametralnej zmianie. Polska i Rumunia udowodniły, że potrafią rosnąć dwu- lub trzykrotnie szybciej niż kraje "starej Unii", dzięki czemu dystans dzielący oba społeczeństwa od zachodniego poziomu życia kurczy się w historycznym tempie. Ale przecież ten dystans, choć nieco wolniej, nadrabiają także inne kraje naszego regionu.
Co najistotniejsze z naszego punktu widzenia, Polska zajmuje już 6. miejsce w UE pod względem wielkości nominalnego produktu krajowego brutto (PKB). Z naszym ok. 1 bln euro PKB wyprzedzają nas:
- Niemcy - 4,47 bln euro
- Francja - 2,99 bln euro
- Włochy - 2,26 bln euro).
- Hiszpania - 1,69 bln euro.
- Holandia - 1,17 bln euro
Polska jest największą gospodarką państw byłego bloku wschodniego, które dołączyły do UE. Mamy przy tym w świecie opinię kraju imponującego sukcesu gospodarczego i skoku cywilizacyjnego - o nowoczesnej infrastrukturze, dostatniego i bezpiecznego. W efekcie polscy emigranci wracają nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale też z Niemiec, a ostatnio także ze Szwecji, bo poziomy życia mocno się wyrównują, a nasz kraj ma szereg innych zalet.
Utrata udziałów UE w globalnej gospodarce to koszt celowej polityki wyrównywania poziomów życia. Czy jest alternatywne wyjście?
Jeśli mamy rozmawiać o wyzwaniach konkurencyjności Unii Europejskiej, to wyłącznie w kontekście przytoczonych wyżej faktów i danych. Leży to w żywotnym interesie Polski i całego regionu Europy Środkowej. Obywatele powinni wiedzieć, co jest źródłem dobrobytu, co sprawiło, że weszliśmy w tej dekadzie w opisywany szeroko przez prof. Marcina Piątkowskiego oraz setki publicystów na całym świecie polski „Złoty wiek” i jakie nowe mechanizmy rozwojowe leżą na stole, a jakie mogą nam zaszkodzić.
Co do konkurencyjności całej Unii, to owszem, obiektywnie rzecz ujmując udział krajów UE w światowym PKB wynosi dziś nominalnie ok. 17 procent, gdy jeszcze u schyłku XX wieku przekraczał 20 proc. USA mają nominalnie ok. 25 proc., a Chiny miedzy 17 a 18 proc.
Po uwzględnieniu siły nabywczej udział UE maleje - do niespełna 14 proc. Wedle szacunków MFW, na czoło wychodzą Chiny (blisko 20 proc.) wyprzedzając USA (14,5 proc.). Co ważne, rozwój dwóch największych światowych potęg mocno napędzają od początku dekady nowe technologie, na czele ze sztuczną inteligencją uznawaną powszechnie za świętego Graala ekonomii Wspaniałego (?) Nowego Świata.
Z drugiej strony – w całej Unii Europejskiej mieszka 5,5 proc. ludzkości świata i ta część dysponuje wciąż między 14 a 17 proc. globalnych dochodów; nie można przy tym abstrahować o zgromadzonym wcześniej przez stulecia, albo wręcz tysiąclecia, majątku. Jeszcze istotniejszy jest potencjał intelektualny i zasób kompetencji uznawanych za przyszłościowe w owym Nowym Świecie. Wbrew pozorom Europa dysponuje też potężnym i wciąż konkurencyjnym potencjałem wytwórczym – zagrożonym przede wszystkim (w dużej mierze na własne życzenie Europy) przez Chiny oraz agresywną grę handlową administracji Donalda Trumpa.
Ogromnym wyzwaniem przemysłu w UE pozostaje transformacja energetyczna i przebiegająca równolegle transformacja cyfrowa. Z jednej strony UE chce się w pełni uniezależnić od obcych surowców energetycznych, bo właśnie ich szalejące ceny, a nie polityka klimatyczna UE, spowodowały największe perturbacje w naszym przemyśle i osłabiły jego konkurencyjność. W wyniku kryzysów energetycznych wywołanych rosyjską inwazją na Ukrainę (od 2022 r.) oraz obecnego konfliktu na Bliskim Wschodzie, kraje Unii Europejskiej poniosły łączne dodatkowe KOSZTY IMPORTU SUROWCÓW ENERGETYCZNYCH SZACOWANE NA BLISKO 1 BILION EURO. Równocześnie europejski przemysł musi radykalnie przyspieszyć automatyzację i robotyzację fabryk z wykorzystaniem AI – najlepiej w oparciu o własne technologie. Dotyczy to, oczywiście, również, a może przede wszystkim polskiego przemysłu, który z przyczyn demograficznych boryka się z olbrzymimi problemami kadrowymi – i kosztowymi.
Warto przy tym patrzeć na sytuację i konkurencyjność UE przez pryzmat konkretnych danych. A te dane pokazują jasno, że w okresie 2016–2026, kiedy UE miała rzekomo tracić konkurencyjność na rzecz USA, nadwyżka handlowa Unii Europejskiej w handlu towarami ze Stanami Zjednoczonymi wykazywała wyraźny trend wzrostowy, przerywany jedynie globalnymi zawirowaniami gospodarczymi. Zobaczcie, jak (w miliardach euro) wyglądały te nadwyżki w kolejnych latach:
- 2016: 113 mld EUR
- 2017: 120 mld EUR
- 2018: 139 mld EUR
- 2019: 153 mld EUR
- 2020: 151 mld EUR (spowolnienie przez pandemię COVID-19)
- 2021: 168 mld EUR
- 2022: 150 mld EUR (spadek spowodowany gwałtownym wzrostem cen i importu amerykańskiego LNG i ropy)
- 2023: 158 mld EUR
- 2024: 193 mld EUR
- 2025: 199 mld EUR (rekord napędzany robieniem zapasów przez firmy z USA przed cłami)
- 2026: ok. 145 mld EUR (prognoza roczna na podstawie danych Eurostatu za pierwsze półrocze, uwzględniająca widoczne schłodzenie i spadek unijnego eksportu za ocean).
To Amerykanie musieli się bronić wysokimi cłami przed ekspansją konkurencyjnych firm europejskich, a nie na odwrót, więc powszechna narracja o konkurencyjności UE oparta jest na wielu ewidentnych mitach i błędach. Wszyscy eksperci doskonale wiedzą natomiast, ze problem Europy leży gdzie indziej: podczas gdy w handlu towarami to UE dominuje, Amerykanie nadrabiają zaległości sektorem usługowym – głównie dzięki potędze swoich gigantów technologicznych (opłaty licencyjne, usługi cyfrowe, chmurowe i finansowe). Jeśli połączymy wartość wymiany towarowej i usługowej, to całkowita nadwyżka handlowa UE drastycznie topnieje.
Najlepiej obrazują to oficjalne dane Eurostatu za pełny rok 2025 (w miliardach euro):
Kategoria wymiany | Eksport UE do USA | Import UE z USA | Bilans końcowy |
🚗 Towary | ~554 mld EUR | ~356 mld EUR | +198 mld EUR (nadwyżka UE) |
💻 Usługi | ~343 mld EUR | ~521 mld EUR | -178 mld EUR (nadwyżka USA) |
🤝 Suma (Towary + Usługi) | ~897 mld EUR | ~877 mld EUR | +20 mld EUR (Nadwyżka UE) |
Po zsumowaniu obu kategorii okazuje się, że transatlantycka wymiana handlowa (której łączna wartość w 2025 roku wyniosła rekordowe 1,77 biliona euro) jest w rzeczywistości bardzo zrównoważona. Przewaga Unii Europejskiej kurczy się z blisko 200 miliardów euro do zaledwie 20 miliardów euro – czyli do około 1 proc. wartości całej wymiany.
Amerykańska dominacja w usługach opiera się na trzech filarach:
Skokowy rozwój bógtechów. Pobierają one opłaty za korzystanie z systemów operacyjnych, licencji programistycznych, usług chmurowych (Microsoft Azure, AWS, Google Cloud) oraz czerpią zyski z platform reklamowych (Meta, Alphabet)
Usługi biznesowe i finansowe. Londyn po Brexicie przestał być liczony w statystykach UE, przez co amerykański Wall Street (konsulting, bankowość inwestycyjna, fundusze) zyskał jeszcze większą przewagę w unijnych zestawieniach.
Własność intelektualna. Transfery pieniężne z tytułu patentów, znaków towarowych i praw autorskich (w tym m.in. przemysł rozrywkowy, streamingi, Hollywood) płyną szerokim strumieniem z Europy za ocean.
W tych trzech obszarach Europa musi powalczyć, ponieważ mają one coraz większy wpływ nie tylko na wszystkie sektory gospodarki, ale też na obronność i bezpieczeństwo oraz nasze codzienne życie, w tym jego poziom i jakość.
Fundamentalne pytanie brzmi: czy Unia Europejska jest w stanie prowadzić z USA i Chinami równorzędną walkę o konkurencyjność w świecie cyfrowym zachowując swe absolutnie podstawowe idee i wartości, a więc kontynuując proces wyrównywania szans i poziomów życia między bogatymi i biedniejszymi krajami i regionami? Każdy z nas, Polaków, powinien sobie zadać pytanie: co leży w naszym interesie?
Prof. Piątkowski: Bez Polski nie da się poprawić konkurencyjności Europy
Wspomniany już wcześniej raport Mario Draghiego o konkurencyjności Europy - wraz z raportem Enrico Letty o jednolitym rynku UE - od ponad dwóch lat silnie wpływa na myślenie zachodnioeuropejskich elit o przyszłości Unii Europejskiej oraz strategii i taktyce umacniania UE w świecie – mimo naporu dwóch pozostałych potęg. Komisja Europejska wpisała część wniosków i propozycji Draghiego do programu trwającej kadencji (2024–2029).
Wedle raportu, UE powinna odzyskiwać konkurencyjność m.in. poprzez finansowanie realizacji wielkich inwestycji – co oznaczałoby w praktyce kumulację środków europejskich, w tym nie tylko składek członkowskich wszystkich krajów, ale też zaciągniętych wspólnie pożyczek. Miałaby to być nasza odpowiedź na podobne przedsięwzięcia realizowane – przy pomocy gigantycznych funduszy rządowych i prywatnych - w USA i Chinach w obszarze przede wszystkim przełomowych technologii, ale też transformacji energetycznej czy eksploracji kosmosu. Zdaniem Draghiego, UE musi już teraz szybko gonić swych rywali, bo w przeciwnym razie czeka ją „powolna agonia”. Aby jej uniknąć, państwa UE muszą prowadzić bardziej skoordynowaną politykę przemysłową i zdecydowanie szybciej podejmować decyzje dotyczące najbardziej strategicznych inwestycji w kluczowych sektorach, na czele z energetycznym.
Najbardziej praktyczny wniosek jest taki, że w miejsce konwergencji – inwestowania wspólnych pieniędzy w wyrównywanie poziomów życia w różnych krajach i regionach Europy – UE powinna stawiać na kumulację i inwestowanie wspólnych środków w megaprzedsięwzięcia pozwalające jej konkurować z megaprzedsięwzięciami USA i Chin. Czyli jeśli obecna przewaga Ameryki bierze się z usług cyfrowych, w tym rewolucyjnie szybkiego rozwoju AI, to Unia powinna inwestować podobne środki we własne usługi cyfrowe, w tym AI, ale – UWAGA! – nie rozpraszając ich po poszczególnych krajach i regionach, lecz centralizując w jednym, góra kilku miejscach; zarazem musi totalnie zderegulować i odbiurokratyzować swoje procedury, otoczenie prawne i proces decyzyjno-inwestycyjny. Tylko tak może przestać tracić dystans do USA i Chin w tym najbardziej przyszłościowym obszarze.
Już zaraz po ukazaniu się raportu jego krytycy zwracali uwagę, że dotyczy on de facto kryzysu i stagnacji w krajach „starej Europy” i został napisany dla naprawy „starej Europy”. Bo na kartach opasłego tomu nie ma ani jednej wzmianki o „nowej Europie”, czyli ani Polsce, ani tym bardziej innych krajach naszego regionu. Raport wyraźnie skupia się też na interesach biznesu, spychając na dalszy plan zarówno osiągnięcia, jak i wyzwania społeczne UE.
Najnowsza inicjatywa Draghiego służąca odzyskaniu konkurencyjności (m.in. poprzez wcielanie w życie postulatów raportu) - Grupa Renu – powiela te perspektywę i sposób rozumowania: Europa Środkowo-Wschodnia jest w niej właściwie nieobecna, co momentalnie zrodziło pytania o to, czy jej zalecenia będą odzwierciedlać doświadczenia gospodarcze wszystkich 27 państw członkowskich. Głośno upomniał się o to m.in. wspomniany już prof. Marcin Piątkowski, autor „Złotego wieku” i znany propagator sukcesów Polski w świecie. Deklarując, że jest „wielkim osobistym wielbicielem Mario Draghiego, który przynajmniej raz uratował Europę i (…) jest prawdziwym europejskim bohaterem”, zarzuca byłemu szefowi EBC, że w kluczowym raporcie „nie uwzględniono doświadczeń niemal połowy kontynentu, tej części, która faktycznie szybko się rozwijała, Polski i regionu Europy Wschodniej: na 328 stronach raportu nie ma ani jednej wzmianki o Polsce, najlepiej rozwijającej się gospodarce Europy i na świecie wśród krajów porównywanych od lat 90.”
Profesor zauważa, że w ten sposób w raporcie – oraz w europejskiej debacie publicznej o konkurencji UE – całkowicie pomija się to, co można bez wahania uznać za najskuteczniejszą część polityki UE ostatniego półwiecza: politykę konwergencji gospodarczej, podnoszenia z biedy - najpierw Irlandii w latach 70., potem Europy Południowej (Hiszpanii i Portugalii) w latach 80., a potem Grecji i Europy Środkowej i Wschodniej w XXI wieku.
„Europejska machina konwergencji przyjęła biedne kraje i uczyniła je bogatymi. To osiągnięcie unikatowe w skali globalnej. Wśród wszystkich gospodarek świata, jakie w ostatnich dekadach się najbardziej się wzbogaciły, aż dwie trzecie stanowią gospodarki europejskie przyjęte do UE” – przypomina Marcin Piątkowski. I postuluje kontynuację polityki wyrównywania poziomów. Jak przekonuje, przyniesie ona kolejny wzrost dochodu na mieszkańca UE powyżej 10 proc., czyli porównywalny z reformami proponowanymi przez Draghiego.
„W obszarze inwestowania, integracji i innowacji można próbować być jak Ameryka i Chiny, (…) co właśnie stara się osiągnąć Raport Draghiego, (…) ale nie powinniśmy się przy tym odwracać od tego, co czyni Europę wyjątkową: wspólnego wytwarzania dobrobytu i dzielenia się nim na całym kontynencie w klasycznym duchu win-win”.
Marcin Piątkowski uruchomił apel w mediach społecznościowych #InvitePoland. Przekonuje, że pracująca nad przyszłością gospodarczą Europy Grupa Ren powinna wyciągnąć wnioski z transformacji Polski i innych krajów regionu. „Europa powinna uczyć się nie tylko z tego, co poszło nie tak, ale także z tego, co poszło dobrze” – uważa profesor przypominając, że Polska jest mistrzem wzrostu, ale historia sukcesu naszego regionu nie kończy się na niej.
I tu wracamy do wykresu, od którego zacząłem ten tekst. Naprawdę warto się wgryźć w te dane. I wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Nie o przeszłości, lecz – na przyszłość.
Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.
