W filmie „Naga broń” jest scena, która dorobiła się statusu internetowego mema. Oto grany przez Lesliego Nielsena porucznik Frank Drebin stoi przed tłumem gapiów, prosząc, by się rozeszli. Wszystko na nic, bo za plecami policjanta, nieświadomego tego faktu, rozgrywa się prawdziwy dramat.

Podobnie jest z efektami minionej kampanii wyborczej, a właściwie całego dwuletniego maratonu. Ataki na środowisko LGBT w pewnym momencie były na tyle ostre, że PiS musiał zrobić krok wstecz i złagodzić retorykę. Raczej nie dlatego, że kogoś ruszyło sumienie, lecz z powodu widma przegranej. Także opozycja podkręcała atmosferę zagrożenia dla osób nieheteronormatywnych. Ale wybory już za nami. Politycy obu stron doskonale wiedzą, że kampania rządzi się swoimi prawami, że w dużej mierze to teatr i efekt chłodnych kalkulacji. Ale w społeczeństwie pewne emocje i przekonania, miesiącami konsekwentnie wpajane przez polityków, zostają. Podanie sobie rąk w pałacu czy pacyfistyczne apele córki prezydenta wcale tego nie przetną.

Dziś doskonale to widać w kontekście protestów środowisk LGBT. Wydarzenia z minionego weekendu to echo brutalnej kampanii. Najgorsze jest jednak to, że bardziej niż możliwość zmitygowania nastrojów widać raczej potencjał do ich podkręcania. Aktywiści LGBT, którzy mają prawo czuć się dotknięci i obrażeni działaniami polityków, niestety zaczynają sięgać po radykalne metody, nie biorąc pod uwagę, że są one kontrskuteczne dla ich sprawy.

Symbol tęczy i stojące za nią wartości ruchu LGBT nie mogą być usprawiedliwieniem dla zwykłej chuliganerki, a wyroki sądów należy szanować nawet jeśli komuś się nie podobają. Państwo musi mieć możliwość ich egzekwowania, ale jednocześnie nie powinno nadużywać tej siły. Tymczasem obrazki z działań policji podczas piątkowego protestu na Krakowskim Przedmieściu (który miałem szansę obserwować na miejscu) czy późniejsze łapanki młodych ludzi przywodzą na myśl ponure skojarzenia z czasami słusznie minionymi.

Reklama

Martwi reakcja polityków i publicystów z retoryką „ani kroku wstecz”, która buduje wśród wielu osób przekonanie, że państwo prędzej wsadzi za wieszanie tęczy na pomniku niż wieszanie zdjęć europosłów na szubienicach. Albo że furgonetce z homofobicznymi hasłami, krążącej po stolicy, zamiast karnego odholowania, należy się policyjna eskorta.

Niektórzy politycy przekonują, że to wszystko to tylko bańka, a Polacy żyją innymi problemami. Ale bańki lubią pękać. Już dziś widzimy, że sprawą interesują się zagraniczne media, interwencję (choć na bazie zafałszowanych przesłanek) podjęła komisarz Rady Europy ds. praw człowieka Dunja Mijatović. Wcześniej Komisja Europejska przyblokowała dotacje dla kilku polskich gmin z powodu nieposzanowania praw mniejszości seksualnych, a w tle czai się powiązanie eurofunduszy z praworządnością. Bańka urasta do rangi poważnego problemu i być może prezydent „polskich spraw” Andrzej Duda powinien rozważyć jakąś inicjatywę mediacyjną. Inaczej spór będzie narastał, a doklejona Polsce – w dużej mierze niesłusznie – łatka państwa homofobicznego będzie coraz większym problemem dla stosunków międzynarodowych, gospodarczych czy turystyki.