W rozmowie z agencją Ukrinform Ołeh Ługowski, pierwszy zastępca szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy (SZR), przedstawił szczegóły dotyczące rosyjskich pocisków balistycznych Oresznik, które Rosja wykorzystała już dwukrotnie przeciwko Ukrainie. Po raz pierwszy w listopadzie 2024 roku, gdy celem były obiekty w Dnieprze, oraz ponownie w połowie stycznia 2025 roku, kiedy zaatakowano infrastrukturę gazową w pobliżu granicy z Polską.

Rosja ma straszak na Europę. O co naprawdę chodzi z Oresznikiem?

Oresznik, klasyfikowany jako balistyczny pocisk średniego zasięgu (IRBM), ma według dostępnych danych zasięg nawet 5–6 tys. km. Teoretycznie oznacza to możliwość rażenia celów w całej Europie, w tym w Polsce czy Niemczech. Mobilna platforma startowa, prędkość hipersoniczna w końcowej fazie lotu oraz możliwość przenoszenia głowicy konwencjonalnej lub jądrowej sprawiają, że system ten jest trudny do przechwycenia i wyjątkowo nośny propagandowo.

Ukraiński wywiad podkreśla jednak, że Kreml używa Oresznika głównie jako sygnału politycznego, licząc na osłabienie europejskiego wsparcia dla Ukrainy. W tym kontekście istotna jest współpraca wywiadowcza Ukrainy z partnerami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, związana z monitorowaniem potencjalnego rozmieszczenia tych rakiet, na przykład na terytorium Białorusi.

Polskie miasto na celowniku Rosjan. Ukraińcy ujawnia skalę zagrożenia

Niepokój w Europie potęgują wypowiedzi Siergieja Karaganowa, jednego z głównych ideologów i doradców Władimira Putina. W ostatnich wypowiedziach otwarcie zagroził on użyciem broni nuklearnej przeciwko Europie w przypadku, gdy Rosja "zbliży się do porażki". Co więcej, Karaganow wskazał konkretne potencjalne cele, w tym jedno z polskich miast – Poznań – a także miasta w Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Łukowski podkreśla, że znaczenie Oresznika jest w dużej mierze polityczne. Według ocen ukraińskiego wywiadu Rosja dysponuje obecnie zaledwie trzema lub czterema pociskami gotowymi do użycia. Seryjna produkcja ma ruszyć dopiero w 2026 roku i osiągnąć poziom co najmniej pięciu rakiet rocznie. To oznacza, że realne zagrożenie militarne jest na razie ograniczone, choć w dłuższej perspektywie może wzrosnąć.

To przede wszystkim narzędzie zastraszania naszych partnerów w Europie. Jego rzeczywista skuteczność bojowa jest wątpliwa. System opiera się na technologiach z poprzedniego stulecia i wymaga ciągłej konserwacji oraz usuwania powtarzających się usterek – wyjaśnił Ługowski.

Problemy rosyjskiej gospodarki. Wojna w Ukrainie będzie spłacana latami

Groźby Kremla pojawiają się w momencie, gdy rosyjska armia i gospodarka wykazują coraz więcej oznak osłabienia. Choć Rosja rekrutuje około 420 tys. żołnierzy rocznie, to zmaga się z poważnymi brakami w sprzęcie pancernym i artylerii. Produkcja nowych czołgów ma wzrosnąć o 20 proc. w 2026 roku, ale jednocześnie remonty starszych maszyn spadną aż o 40 proc.

Eksperci niezależnego think-tanku Meduza podkreślają natomiast w swoim grudniowym raporcie, że w 2026 roku niemal połowa wszystkich wydatków federalnych zostanie przeznaczona na wojsko, aparat bezpieczeństwa oraz obsługę długu publicznego. Ten ostatni staje się coraz większym obciążeniem. Koszty obsługi zadłużenia państwa wzrosły do poziomu 8 proc. wydatków budżetowych, przewyższając łączne nakłady na edukację i służbę zdrowia.

Prognozy na rok 2026 nie zakładają nagłego krachu, ale raczej powolną erozję. Gospodarka, pozbawiona dostępu do zachodnich technologii i kapitału, z duszonym przez podatki sektorem prywatnym, skazana jest na dryf. Jak zauważają analitycy "The Moscow Times", nawet jeśli Władimir Putin zdecydowałby się zakończyć wojnę w Ukrainie w tym roku, Rosja będzie spłacać jej gospodarcze koszty przez lata.