Piramida ludności Polski w 2015 roku ma dwa szersze miejsca. To dzisiejsi 30-latkowie urodzeni od 1979 do 1985 roku oraz ich rodzice urodzeni od około 1955 do 1958 roku. Oba wyże demograficzne wyróżniają się na tle pozostałych roczników i sprawiają, że wykres GUS przypomina zdrową, rozłożystą choinkę. Zupełnie inaczej wygląda prognoza na 2049 rok. Najliczniejszy rocznik 1983 to wówczas 66 latkowie, ale piramida stoi już na bardzo wątłych podstawach. Młodsze roczniki są o wiele mniej liczne i będą miały problem z utrzymaniem najstarszych Polaków.

Bardzo podobne są prognozy Eurostatu, które sięgają do 2060 roku. To właśnie one stanowiły źródło danych demograficznych do opublikowanego przez ZUS w maju 2013 roku dokumentu „Prognoza wpływów i wydatków Funduszu Emerytalnego do 2060 roku”, który najpełniej opisuje koszty związane z tendencjami demograficznymi (choć nie uwzględnia jeszcze zmian w OFE). Co ciekawe połączenie pesymistycznych prognoz demograficznych z założeniami dotyczącymi rozwoju gospodarczego przygotowanymi przez Ministerstwo Finansów dało optymistyczną mieszankę: deficyt funduszu emerytalnego będzie rósł tylko w liczbach bezwzględnych, jako odsetek PKB ma spadać

W przyszłym roku według jeszcze świeższej prognozy ma wynieść 40,8 mld złotych czyli 2,17 proc. PKB. W 2060 roku nawet w najgorszym wariancie wyniesie 166 mld złotych, które będą jednak stanowiły tylko 1,9 proc. PKB, a w wariancie bazowym zaledwie 1 proc. PKB. Dziura w ZUS ma zatem stanowić coraz mniejsze obciążenie dla budżetu państwa.

Z założeń Ministerstwa Finansów, które stoją za tak optymistycznym scenariuszem, wynika, że mimo słabej demografii przez najbliższe 45 lat PKB ani razu nie zanotuje spadku, a nawet w najgorszym 2050 roku będzie rósł o 1,23 proc. rok do roku. Wcześniej – w 2030 roku osiągnie 2,67 proc., a w 2020 roku nawet 3,34 proc. Nieustannie przez 45 lat mają także rosnąć płace. W 2020 roku o 3,22 proc., a w 2060 roku wciąż o 2,32 proc. Bezrobocie, po tym jak w 2030 roku osiągnie 7,4 proc., ma tak niskie pozostać aż do 2060 roku. Inflacja aż do 2030 roku w tych założeniach przekracza 2 proc., a od 2040 do 2060 roku stabilizuje się na poziomie 2 proc. Zakłada się więc, że Polski nie dotkną tendencje, które dziś obserwujemy np. w Japonii. Starzenie się społeczeństwa akurat u nas ma nie spowodować wyraźnego osłabienia wzrostu gospodarczego, deflacji i zmniejszenia liczby nowych miejsc pracy.

Za krótki horyzont, zbyt optymistyczne założenia

„Warunkiem wypłacalności systemu o modelu repartycyjnym jest, aby kapitał, czyli zobowiązania na koniec w ZUS, przyrastał co roku w tempie nie większym niż płace, a w szczególności by malał, gdy płace spadają. Płace w przyjętych założeniach nie spadają, natomiast następuje stały w ujęciu realnym wzrost, zatem wynik systemu emerytalnego w prognozach ZUS poprawia się” – ocenia te założenia Fundacja Republikańska.

Podkreśla przy tym, że gdyby Polskę dopadła deflacja i wartość funduszu płac, którym waloryzuje się konta w ZUS zaczęła spadać nie ma ustawowej możliwości ujemnej waloryzacji emerytur. Przeciwnie, rosnąca liczebność, a co za tym idzie – siła polityczna osób starszych – wymusi pewnie jeszcze kosztowniejsze waloryzacje.
– Sama tendencja spadku deficytu funduszu emerytalnego to efekt reformy z 1999 roku, która sprawiła, że emerytury będą bezpośrednio uzależnione od wysokości wpłaconych składek. To właśnie silniejsze powiązanie wypłat świadczeń z wpłatami składek powoduje, że system w długiej perspektywie dąży do zbilansowania – mówi z kolei Renata Onisk, partner w Deloitte.

– Pytanie, co oznacza długa perspektywa. W USA podobne prognozy tworzone są na ponad sto lat. Prognoza ZUS obejmuje najbliższe 45 lat. Widzimy więc jedynie, że matematycznie wszystko dąży do zbilansowania do połowy życia obecnej generacji. Nie wiadomo co dalej: czy przy zmniejszającej się liczbie kolejnych pokoleń zrównoważenie systemu będzie realistyczne? Jeśli nie, to kto sfinansuje emerytury osób zaczynających pracę teraz i w przyszłości? – pyta Renata Onisk.

ZUS odpiera zarzuty nierealistyczności założeń ze swojej najdłuższej prognozy.

– Model makroekonomiczny, który stoi za naszą prognozą ma wszelkie szanse się zrealizować. Nie oznacza to, że PKB będzie do 2060 roku tylko rosło. Pojedyncze okresy gorszej koniunktury pewnie się po drodze trafią, ale ciężko przewidzieć w którym momencie tego długiego horyzontu. Prognoza dotycząca PKB na której się oparliśmy to więc uśredniony scenariusz dla naszej gospodarki – wyjaśnia Paweł Jaroszek, członek zarządu ZUS odpowiedzialny za obszar finansów.

– Oczywiście demografia jest przeciwko nam, ale nawet mniejsza liczba ludności nie będzie miała takiego znaczenia przy zmianie modelu gospodarczego. Należy założyć, że do 2060 roku nasza gospodarka powinna być w znacznie większym stopniu oparta na wiedzy niż na prostym przetwórstwie czy usługach, a co za tym idzie mniej osób będzie wytwarzać wyraźnie wyższy dochód narodowy – dodaje.

>>> Czytaj też: Znaczek „made in Poland” nie nobilituje. Jesteśmy niedopromowani

Budżet musi wytrzymać

O tym jak ważny jest dochód narodowy dla budżetu, a ten z kolei dla ciągłości wypłat emerytur można się przekonać sumując odpowiednie wydatki. W 2013 roku cały system ubezpieczeń społecznych pochłonął z różnych szufladek ustawy budżetowej aż 79,6 mld złotych czyli 4,7 proc. PKB. Największą część tej sumy stanowiło 37,1 mld złotych dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (nim właśnie zarządza ZUS), ale 10,7 mld złotych poszło też na refundację z tytułu przekazania składek do OFE. Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS) to 16,5 mld złotych, a wydatki na świadczenia służb mundurowych kolejne 15,3 mld złotych. Teraz wydatki związane z OFE przesunięte są na odległą przyszłość, ale inne pozycje w budżecie wcale się nie zmniejszają.

Niemniej samo przesunięcie zobowiązań wobec OFE wraz ze zdjęciem z Polski procedury nadmiernego deficytu w połączeniu z rokiem wyborczym sprawiły, że zmianach w systemie emerytalnym słyszymy ciągle. Kierunek jest jeden – wzrost wydatków.

Prezydent elekt Andrzej Duda zapowiada cofnięcie wydłużenia wieku emerytalnego. Gdyby kobiety mogły znowu przechodzić na emeryturę w wieku 60, a mężczyźni 65 lat to do 2020 roku – zdaniem Forum Obywatelskiego Rozwoju – kosztowałoby to 43,6 mld złotych. Potem koszty gwałtownie by wzrosły. W projekcie ustawy podwyższającej wiek emerytalny zapisano przecież, że do 2040 roku oszczędności na tej operacji miały sięgnąć 500 mld złotych.

„Dziennik Gazeta Prawna” donosi, że eksperci PiS pracują też nad wyliczeniami, które odpowiadałyby na pytanie czy da się podnieść minimalną emeryturę z 880 złotych do minimum socjalnego, czyli obecnie około 1440 złotych brutto. Jeśli byłoby to możliwe oznacza to kolejne miliardy z budżetu państwa.

Obawa przed ubóstwem

Prawdziwy problem socjalny i prawdziwe problemy z budżetem mają się jednak zacząć gdy masowo będą przechodzić na emeryturę osoby które większość kapitału zgromadziły w drugim filarze stworzonym przez reformę z 1999 roku.
“Reforma z 1999 roku uczyniła system emerytalny stabilnym fiskalnie i sprawiedliwym w tym sensie, że indywidualne emerytury w końcu uwzględniają indywidualne składki, ale kosztem znacznego spadku średniej stopy zastąpienia, w zakresie w którym emerytury rosnącej grupy znajdą się poniżej ustawowego minimum” – ostrzega Bank Światowy i dodaje, że „dodatkowe transfery do emerytów części dochodu narodowego będą potrzebne jeśli chcemy uniknąć ubóstwa w podeszłym wieku”.

-Odpowiedzialna prognoza emerytalna powinna pokazywać ile osób będzie otrzymywać świadczenia emerytalne na poziomie poniżej progu ubóstwa i co za tym idzie ile będzie musiał wydać budżet państwa np. na dopłaty do gwarantowanego minimalnego świadczenia. Te zaś będą konieczne, jeśli przyszłe emerytury będą stanowić np. 30 proc. średniego wynagrodzenia, a nie jak dziś około 60 proc. – zgadza się Renata Onisk z Deloitte.

ZUS i w tym wypadku uspokaja.

– Nie będzie jednej stopy zastąpienia dla wszystkich. Dla osób, które zarabiały w okolicy pensji minimalnej będzie ona stosunkowo wysoka, w przeciwieństwie do menadżerów, którzy zarabiali dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Pamiętajmy, że po reformie z 1999 roku nasze świadczenia są bardzo uzależnione od tego ile wnieśliśmy do systemu, dlatego opłaca się pracować jak najdłużej – mówi Paweł Jaroszek.

>>> Polecamy: Ekonomia binarna, czyli jak zasypać nierówności dochodowe na wolnym rynku