A potem podpierają je wyrafinowanymi modelami oraz wynikami badań empirycznych. Te innowacyjne rozwiązania są z kolei wcielane w życie przez polityków i instytucje życia ekonomicznego. Ale wiedzy o dobrych praktykach nie da się trzymać pod kluczem. I w końcu wymyślone na Zachodzie rozwiązania trafiają również pod strzechy Drugiego i Trzeciego świata. A wtedy to już tylko od lokalnych elit zależy, czy będą umiały wcielić te pomysły w życie i przyspieszyć pościg za krajami najbogatszymi i najbardziej rozwiniętymi.

To wersja oficjalna. Jak to wygląda w praktyce? W praktyce nie ma żadnej pewności, że teorie i wskazówki ekonomiczne wymyślane w jednej części świata będą działały równie skutecznie w innej. Są nawet i tacy autorzy, którzy twierdzą, że jest dokładnie przeciwnie. One na pewno nie będą działać. A może nawet działać nie powinny.

Pewnie słyszeli państwo nieraz o Ha-Joon Changu, koreańskim ekonomiście z Uniwersytetu w Cambridge. Tym od „23 rzeczy, których nie mówią wam o kapitalizmie” a ostatnio „Ekonomii. Instrukcji obsługi”. Już wkrótce dostaniemy po polsku jego być może najważniejszą książkę pt. „Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia zachodu”. „Samarytanie...” odbili się swego czasu (jeszcze przed kryzysem) dość szerokim echem. Bo była to jakby próba wskrzeszenia na Zachodzie pewnej nieco zapomnianej tradycji myślenia o gospodarce, czyli tzw. ekonomii rozwoju. Mówimy o „wskrzeszaniu”, bo według Changa jej początki sięgają XVI–XVII wieku. Jeśli więc piszący jakieś dwa wieki później Adam Smith jest dziś powszechnie uznawany za ojca ekonomii klasycznej, to twórców ekonomii rozwoju trzeba by pewnie nazwać jej dziadkami.

>>> Czytaj też: Polityka i gospodarka w Grecji, czyli jak zareformować państwo na śmierć

Zatroskany pierwszy świat

Tradycja, do której odwołuje się Chang, miała bardzo praktyczne początki. Zrodziła się jako próba odpowiedzi na pytanie: czy kraj może się wzbogacić inaczej niż drogą tradycyjnych podbojów albo w oparciu o surowce. Chodziło więc o wzór takiej polityki państwa, która maksymalnie zwiększy zdolności wytwórcze kraju. To znaczy pozwoli mu produkować więcej i lepiej, a potem nadwyżkami produkcji sprawnie handlować. Pionierzy takiego myślenia w stylu brytyjskiego premiera Roberta Walpole’a czy francuskiego ministra finansów Jeana-Baptiste’a Colberta wiedzieli (albo wyczuwali), że opieranie się na wolnym rynku nie jest rozwiązaniem. Bo skończy się utknięciem w produkcji opartej albo na taniej pracy, albo na surowcach. Podczas gdy ci, którzy chcą sami decydować o swoim losie, muszą budować potęgę poprzez aktywną strategię wspierania rodzimej gospodarki. O tym, że mieli rację, świadczy porównanie późniejszych losów Wielkiej Brytanii albo Francji z I Rzecząpospolitą, czyli potęgą polityczną, która uważała, że na pańszczyźnie i zbożu można budować długofalowy dobrobyt kraju i jego mieszkańców.

Co dokładnie robili „rozwojowcy”? Stosowali szeroką paletę narzędzi aktywnej polityki ekonomicznej. Chronili nowe gałęzie przemysłu za pomocą ceł, nie wahali się subsydiować produkcji, którą uważali za perspektywiczną, zachęcali do przetwarzania surowców w kraju poprzez system podatków eksportowych, zniechęcali do nadmiernego importu, ochoczo też przyznawali gwarantowane przez państwo monopole na najbardziej innowacyjne rozwiązania (czyli nic innego jak patenty). Takie myślenie było wówczas na tyle popularne, że znalazło naśladowców również w nowym świecie. Jednym z najbardziej zasłużonych „protekcjonistów” był choćby Aleksander Hamilton – jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych (ten z banknotu 10-dolarowego). To on wymyślił koncepcję „przemysłów raczkujących”, a więc tych gałęzi produkcji, których pod żadnym pozorem nie należy przedwcześnie rzucać na głęboką wodę międzynarodowej konkurencji. Stosowaną w USA aż do czasów współczesnych. Z kolei za sprawą ekonomistów takich jak Friedrich List idee Hamiltona przeniknęły z powrotem do Europy do rosnących szybko w siłę Prus, które pod koniec XIX w. przeistoczyły się w II Rzeszę Niemiecką. Po II wojnie światowej ekonomia rozwoju cieszyła się z kolei ogromnym powodzeniem wśród wielu wybijających się właśnie na niepodległość krajów rozwijających się. Głównym narzędziem ich polityki była tzw. uprzemysłowienie poprzez substytucję importu. Które przejawiało się w ochronie krajowych producentów przed konkurentami z zagranicy poprzez ograniczenie importu lub wprowadzenie daleko idących ograniczeń dla funkcjonowania zagranicznego kapitału. To droga, która wiele tłumaczy z powojennego sukcesu takich krajów jak Korea Południowa, Tajwan, Singapur i Hongkong.

Trzeba jednak pamiętać, że rozwój gospodarczy żadnego kraju nie odbywa się w próżni. Bo ochrona rynków albo kontrola kapitału stosowana przez kraje rozwijające może i służy dobrze im samym, ale niezbyt podoba się tym, którzy chcieliby uzyskać dostęp do tych rynków. I tu powracamy do metafory „złych samarytan”, którą posługuje się Ha-Joon Chang. Jego zdaniem troska, jaką państwa rozwinięte otaczają Trzeci Świat, nie jest bynajmniej altruistyczna. Chodzi w niej bowiem o to, by prośbą, przekupstwem albo – jeśli to nie wystarcza – groźbą skłonić jego przedstawicieli do porzucenia strategii ochrony własnych rynków. A więc doprowadzić do tego, by biedni nie uprawiali takiej samej polityki, jaką prowadzili bogaci, kiedy byli na wcześniejszym etapie rozwoju. I dzięki której właśnie się wzbogacili.

Być może jeszcze lepiej przemawia do wyobraźni inna zastosowana przez Ha-Joon Changa metafora: „odrzucanie drabiny” („kicking away the ladder”). Po której USA, Wielka Brytania czy Niemcy weszły tam, gdzie teraz są. Ale gdy widzą, że w ich ślady chcą pójść następni, bez większych skrupułów, jednym kopniakiem, pozbywają się ułatwiającego wspinaczkę narzędzia. Najczęściej odbywa się to przy użyciu argumentu, że „te wszystkie cła i taryfy to były dobre w dawnych czasach, ale nie dziś, gdy świat stał się globalną wioską”. A poza tym przecież globalizacja i liberalizacja handlu międzynarodowego to sytuacja, w której wszystkie strony wygrywają. Do tego, że w kontekście ostatnich 25 lat polskiej transformacji te argumenty brzmią bardzo znajomo, nikogo pewnie nie trzeba przekonywać. Natomiast autorzy tacy jak Chang radzą krajom biedniejszym, by, gdy słyszą wyświechtaną frazę o „win – win”, czym prędzej uciekały, gdzie pieprz rośnie.

>>> Czytaj też: Stracone pokolenie. Grecja dogoni Irlandię najwcześniej za 20 lat

Między Davos a Porto Alegre

Te ostrzeżenia nie są oczywiście nowe. Tuż po wojnie (rok 1949) niemiecki ekonomista Hans Singer opublikował tekst o relacjach cen w handlu pomiędzy krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się. Jego dzieło pociągnął Argentyńczyk Raul Prebisch. To, co im wyszło, przeszło do historii ekonomii jako hipoteza Prebischa-Singera. Obaj panowie – pracujący wtedy dla ONZ – pokazali powiem, że w okresie 1876–1948 (a więc w czasach tzw. pierwszej globalizacji) warunki tej wymiany ulegały znaczącemu pogorszeniu. Oczywiście na niekorzyść biedniejszych. Mówiąc krótko, biedni muszą oferować coraz więcej dóbr nieprzetworzonych (surowce), by stać ich było na tę samą ilość produktów wyrafinowanych (elektronika, motoryzacja). To dlatego, zdając się na wolny rynek, nigdy nie dopędzą bogatego świata. Przeciwnie. Dystans cywilizacyjny będzie się stale powiększał.

Prace Prebischa i Singera w sposób empiryczny potwierdzały to, o czym huczano już kilkadziesiąt lat wcześniej. Zwłaszcza na lewicy. W 1913 r., siedząc w kajzerowskim więzieniu za działalność wywrotową, rewolucjonistka i ekonomistka Róża Luksemburg pisała w „Akumulacji kapitału”, że kapitalizm wcale nie tworzy automatycznie rynków zbytu dla swoich towarów. A zamiast tego, targany sprzecznościami między produkcją a realizacją zysków, musi tworzyć nowe rynki przemocą albo podbojami. Co zazwyczaj obraca się przeciwko narodom i cywilizacjom znajdującym się na niższym etapie rozwoju. W ten sposób utwierdza się zjawisko imperializmu. Czyli podziału świata na panujące, bogate centrum i zależne, biedne peryferie.

Ta tradycja myślenia zapoczątkowana przez urodzoną w Zamościu socjalistkę znalazła wielu kontynuatorów. Co ciekawe, wcale nie po tej czerwonej stronie żelaznej kurtyny. I tak pracujący po wojnie na Uniwersytecie Stanforda Paul A. Baran (był pierwszym i do swojej śmierci w 1964 r. jedynym marksistowskim ekonomistą z etatem profesora na amerykańskiej uczelni) zastanawiał się, czy nie mamy tu do czynienie z czymś w rodzaju międzynarodowego podziału pracy. Centrum produkuje dobra przetworzone, które sprzedaje u siebie i dla reszty świata. Peryferie dostarczają zasobów (płody rolne i praca). Swojego zapóźnienia nie są w stanie przezwyciężyć z prostego powodu: brakuje im kapitału na rozwój technologii. Z własnego społeczeństwa go przecież nie ściągną, bo biedne, a zasobny kapitał zagraniczny, jak się pojawia, to nie po to, by zostawiać tam wypracowane nadwyżki.

Ale najbardziej znany przedstawiciel teorii zależności to Immanuel Wallerstein. Ten urodzony w 1930 r. socjolog wprowadził do słownika termin „systemu-świata”. A więc globalnej gospodarki kapitalistycznej, która jest jakby odtworzeniem klasowego społeczeństwa w skali makro. System Wallersteina to nie tylko teoria. To osobna szkoła (dysponująca nawet własnym naukowym czasopismem). Albo – by lepiej to zobrazować – pewna rama, wewnątrz której inni autorzy dobudowują swoje własne instalacje.

Sam Wallerstein też nadal publikuje. Niebawem ukaże się po polsku współredagowana przez niego książka „Czy kapitalizm ma przyszłość?”. Socjolog dowodzi w niej, że system-świat, w którym funkcjonujemy, pociągnie w obecnej formie jeszcze mniej więcej do roku 2040–2050. I że debata o jego przyszłości będzie się rozgrywać pomiędzy dwoma obozami: Davos (którego nazwa pochodzi od szwajcarskiej miejscowości, w której odbywa się coroczne Światowe Forum Ekonomiczne) i Porto Alegre (w tym brazylijskim mieście w 2001 r. odbyło się po raz pierwszy anty-Davos nazwane Światowym Forum Społecznym). Każdy z obozów podzielony jest na dwie frakcje. W Davos są tacy, którzy chcą przywrócić klasyczny porządek – za wszelką cenę, za pomocą wszelkich możliwych środków represji. Inni są gotowi na drobne, choć jedynie pozorne zmiany w stylu „więcej równości, zielonej gospodarki albo merytokracji”. Obóz Porto Alegre rozpięty jest natomiast między „horyzontalistami”, którzy chcą poszerzenia debaty i szukania kompromisu pomiędzy grupami o bardzo odmiennych interesach. Oraz tymi, którzy uważają, że priorytetem jest krótkookresowy i autentyczny wzrost gospodarczy w krajach biednych, który wzmocni ich pozycję przed ostateczną zmianą całego systemu. Prawda, że skomplikowane? Ale tak to już z Wallersteinem i kontynuatorami jego myśli jest. Co jednych w ich twórczości pociąga, a drugich mocno odstręcza.

Latynosi uciekają z peryferii

Ameryka Północna to jednak nie wszystko. W ekonomii rozwoju i zależności na osobne miejsce zasługują ekonomiści latynoamerykańscy. Tacy jak Chilijczyk Fernando Fajnzylber, który twierdził, że różnicę pomiędzy kapitalistycznym centrum a jego peryferiami najlepiej widać w ich konkurencyjności. Czego nie da się ze sobą w ogóle porównać. A to dlatego, że jedna konkurencyjność oparta jest na wysokiej produktywności (która może zaistnieć tylko w kraju zasobnym w kapitał), a druga na taniej pracy. Fajnzylber przestrzegał kraje peryferyjne, żeby pod żadnym pozorem nie pozwoliły się przekonać, że to tania praca jest ich największym zasobem. Bo będzie z nimi tylko gorzej. W podobnym kierunku szedł urodzony w Niemczech, ale pracujący przez długi czas w Ameryce Łacińskiej ekonomista Andre Gunder Frank.

Generalnie rzecz biorąc, Latynosi analizujący napięcie pomiędzy centrum i peryferiami różnili się w rozkładzie win. Jedni o całe zło obwiniali kapitalizm, wskazując na (trzeba powiedzieć, że w czasie zimnej wojny bardzo częste) mieszanie się Stanów Zjednoczonych w wewnętrzne sprawy wielu krajów peryferyjnych. Inni poprzestawali na gorzkiej konstatacji, że krajowi, który raz spadł na pozycję peryferyjną, bardzo trudno jest powrócić bliżej centrum. I poszukując drogi przezwyciężenia tego fatum, skorzy byli do eksperymentów z rozwiązaniami zdecydowanie liberalnymi.

Dopiero tuż przed wybuchem kryzysu 2008 r. zaczęły się pojawiać prace wieszczące, że w XXI w. zależność pomiędzy centrum i peryferiami będzie jeszcze przybierać na sile, bo towarzyszyć mu będzie coraz większe napięcie natury finansowej. Była to reakcja na kolejną falę kryzysów latynoamerykańskich, takich jak ten meksykański z początku lat 90. Wtedy w odpowiedzi na okres stagnacji zaimportowano z USA nową strategię gospodarczą. Sprywatyzowano dużą część firm państwowych i cały system bankowy. Początkowo reakcje były pozytywne, bo do kraju zaczęły napływać niesamowite ilości kapitału. Nastąpiło więc przewartościowanie lokalnej waluty. Meksykańska produkcja szybko traciła konkurencyjność. Ale niewielu to dostrzegało. Panowała euforia, bo Meksykanom coraz bardziej zaczęło się opłacać kupowanie w USA. Zwłaszcza że jednocześnie trwała liberalizacja handlu z północnym sąsiadem. Drogie peso sprawiało, iż zwiększał się popyt wewnętrzny. Ten wzrost pompował giełdę. Czyli rynki kapitałowe. To z kolei nakręcało dalszą aprecjację waluty. Więc gospodarka rosła. Nie był to niestety zdrowy wzrost. Jego ukrytą słabością było szybkie powiększanie się deficytu obrotów handlowych. A więc – mówiąc wprost – coraz większe uzależnienie od zewnętrznych kredytodawców.

Taka sytuacja nigdy nie jest do utrzymania na dłuższą metę. Bańka musiała pęknąć. Stało się to w 1994 r. Wówczas stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych zaczęły rosnąć i kapitał spekulacyjny popłynął z powrotem do USA. Do tego doszły wewnętrzne zawirowania polityczne. Czyli powstanie zapatystów (zbrojnej grupy rewolucjonistów działających w stanie Chiapas, najuboższym regionie Meksyku). Plus dwa zamachy na ważnych polityków. Wystarczyło, by przestraszyć tych inwestorów, którzy nie odpłynęli jeszcze do tańszych stóp procentowych w Ameryce. Peso się zawaliło. Za tym poszedł szybki wzrost cen, więc dochody ludności stopniały niemal z dnia na dzień. Na domiar złego meksykańskie państwo oraz wielu przedsiębiorców wpadło w pułapkę zadłużeniową. Bo nagle ich zobowiązania w dolarach raptownie skoczyły. Nastąpił szybki spadek inwestycji prywatnych. I załamanie PKB. W latach 1994–1995 o jakieś 6 proc.

To wówczas zaczęła się w Ameryce Łacińskiej – trwająca do dziś – reorientacja polityki gospodarczej. I pójście w kierunku wytyczonym w okresie powojennym przez kraje azjatyckie. W różnej formie: od ostrej konfrontacji w stylu Hugo Chaveza i Evo Moralesa przez argentyńskie zadłużeniowe tango po Brazylię prezydenta Luli i jego kontynuatorów. Ale trend jest więcej niż widoczny.

Wszystkie te gorzkie zmagania z peryferyjnością nie są zjawiskiem nowym. Przez całe lata 90. i początek XIX w. były znane i analizowane. Głównie na uniwersytetach, bo do świadomości szerokiej opinii publicznej ich echa docierały tylko jako odprysk alterglobalistycznych rozrób przy okazji szczytów G8. Co zresztą tylko potwierdzało, że problem peryferyjności jest bardzo realny, a społeczności gospodarczego centrum mają ważniejsze sprawy na głowie niż globalne nierówności ekonomiczne. To wszystko zmieniło się dopiero teraz. Wraz z wejściem relacji centrum – peryferie do Pierwszego Świata. Kryzys grecki jest tego przykładem. Styl i treść greckiego porozumienia dla wielu jest pewnie zaskoczeniem. Choć, biorąc pod uwagę opisane tutaj doświadczenia z peryferyjnością, dziwić one powinny już pewnie znacznie mniej.

>>> Czytaj też: Bershidsky: Chcecie euro? Musicie być jak Niemcy