To kluczowy wniosek z najnowszego i precedensowego wyroku Sądu Okręgowego we Wrocławiu (poznaliśmy jego uzasadnienie). U jego podstaw leżał spór między spółką odbierającą odpady od mieszkańców a regionalną instalacją przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK). Walka toczyła się o ponad 423 tys. zł, które ostatecznie – jako nienależnie pobrane świadczenie – mają trafić z powrotem do spółki.

Chociaż wyrok jest jeszcze nieprawomocny, to ma on fundamentalne znaczenie dla całej branży odpadowej. Jeżeli takich spraw – i przegranych RIPOK-ów – byłoby więcej, mogłoby to oznaczać rewolucję na rynku. Skąd taki wniosek? Podobną drogą po zwrot zawyżonych kwot pobieranych przez instalacje mogłyby ruszyć inne gminy i obsługujące je spółki komunalne.

A niezadowolonych z rosnących cen samorządów jest coraz więcej. Zwłaszcza dziś, gdy na jaw wychodzą pierwsze negatywne skutki reformy odpadowej z zeszłego roku, kiedy to w imię walki z mafią śmieciową rząd zwiększył firmom (zarówno prywatnym, jak i samorządowym) wymagania. To z kolei przełożyło się na rosnące koszty działalności RIPOK-ów i firm wywożących śmieci, przez co po kieszeni dostali też zwykli mieszkańcy.

Gdy różnicę robi 10 zł

W tym przypadku spór dotyczył spółki, która posiadała jedyną instalację RIPOK w jednym z regionów w woj. dolnośląskim, obejmującym m.in. Wrocław. Jak wskazuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), który badał sprawę jeszcze w kwietniu 2013 r., po licznych skargach m.in. władz samorządowych, przedsiębiorców, spółdzielni mieszkaniowych, organizacji społecznych oraz konsumentów wszczęto postępowanie w sprawie rzekomych praktyk monopolistycznych.

Na czym miałyby one polegać? UOKiK ustalił, że spółka od 1 stycznia 2013 r. znacząco podniosła ceny za przetwarzanie i składowanie zmieszanych odpadów komunalnych. Podwyżka wyniosła blisko 115 proc. W efekcie za tonę przywiezionych nieczystości spółka życzyła sobie 369,49 zł netto. Urząd uznał, że to nadmiernie wygórowana stawka, która „w warunkach konkurencji byłaby nie do przyjęcia przez ich klientów i doprowadziłaby do skorzystania z oferty innych przedsiębiorców”.

Potwierdzać to miały analizy cen stosowanych przez 15 innych regionalnych instalacji działających w podobnych warunkach na terenie całego kraju. Okazało się, że stawki stosowane przez spółkę są najwyższe spośród nich. Były średnio o ponad 40 proc. wyższe niż w pozostałych RIPOK-ach. Co więcej, spółka nie wykazała, aby takie kwoty były uzasadnione wzrostem kosztów zagospodarowania odpadów.

W trakcie postępowania doszło w końcu do zawarcia ugody między prezesem UOKiK a spółką, która obniżyła stosowaną stawkę o 10 zł netto. To otworzyło drogę do domagania się przez jej kontrahenta, czyli firmę Alba Polska Sp. z o.o. z Wrocławia, zwrotu różnicy między starą (wysoką) a nową ceną (po ugodzie). W sumie, biorąc pod uwagę wolumen odpadów zwożonych przez kilka miesięcy, kwota ta wyniosła ponad 423,3 tys. zł.

Młyn na wodę resortu

Wyrok wpisuje się w narrację Ministerstwa Środowiska, które finalizuje już prace nad nowelizacją ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 1454 ze zm.) i wielokrotnie wskazywało RIPOK-i jako monopolistów narzucających swoje ceny z powodu braku realnej konkurencji. Zmiany przewidziane w noweli mają temu przeciwdziałać.

Sytuacja jest jednak o tyle bardziej skomplikowana, że RIPOK-i działają na rynku, który jest mocno reglamentowany i ograniczony wojewódzkimi planami gospodarki odpadami (WPGO). To dokumenty planistyczne, które nakładają limity przetwarzania odpadów (czyli ile instalacja może ich przerobić). Co więcej, postanowienia z WPGO wymuszają na gminach oddawanie odpadów do konkretnych instalacji (najpierw do instalacji docelowej, a jak ta nie ma mocy przerobowych, do instalacji zastępczej).

Co ciekawe, w uzasadnieniu wyroku sam sąd zwrócił uwagę na specyficzny stosunek ustalony przez ustawodawcę między podmiotem odbierającym odpady od mieszkańców a drugą spółką, która je zagospodarowuje. Mówiąc w skrócie, ten pierwszy nie może – zgodnie z WPGO – przekazać ich gdzie indziej, a ten drugi nie może odmówić ich przyjęcia. Mając to na uwadze, sąd zaznaczył, że „nadużywanie […] pozycji dominującej na rynku gospodarowania odpadami komunalnymi – w okresie od stycznia do końca czerwca 2013 r. – spowodowało nieważność czynności prawnej w części”.

Pytanie, dlaczego tylko w części. Bo w przeciwnym razie, uznając, że umowa między podmiotami jest nieważna w całości (a nie tylko w kwestii ceny), strony musiałyby zwrócić sobie nawzajem to, co otrzymały. RIPOK-i oddałyby więc spółce nie tylko pieniądze, ale również same odpady, których ta nie może w świetle prawa przyjąć, bo nie ma decyzji na ich samodzielne zagospodarowanie (może to zrobić tylko RIPOK).

Początek porządków?

Nasi rozmówcy nie chcą jeszcze oficjalnie komentować wyroku. Zwracają tylko uwagę, że dziś większość czynników kosztowych, które są zarzewiem sporów i skłaniają do zarzutów o zmowach cenowych, jest niezależnych od RIPOK-ów i wynika bezpośrednio z polityki rządzących. Podkreślają, że wzrosty cen dotykają nie tylko prywatne firmy, które mogłyby ostrzyć sobie zęby na wyższe marże, ale również spółki komunalne, które też mają własne instalacje i mierzą się z podobnymi problemami.

O rzekomej zmowie cenowej na rynku wielu samorządowców mówi już od ponad roku. Jeszcze w styczniu 2018 r. burmistrz Ząbek Robert Perkowski złożył w imieniu Związku Samorządów Polskich pismo w tej sprawie do UOKiK. W lutym tego roku podobny wniosek do urzędu skierowały władze Otwocka.

Jak wynika z naszych informacji, UOKiK prowadzi w tej chwili kilkanaście innych postępowań w sprawie rzekomego monopolu RIPOK-ów i bada rynek. Do samorządów trafiły już ponad 30-stronicowe kwestionariusze, w których UOKiK pyta gminy o szczegóły umów z instalacjami. Podobne ankiety trafiły też do RIPOK-ów i mają one posłużyć do ustalenia elementów kosztotwórczych na rynku.

>>> Czytaj też: Grozi nam przegrzanie gospodarki? Zobacz, jak Polska wypada na tle krajów regionu [INFOGRAFIKA]