Ministerstwo Infrastruktury chce zaostrzyć kontrolę na stacjach. Branża protestuje, bo nowe przepisy mogą spowodować chaos na tym rynku.

Sztywny cennik

Kazimierz Zbylut, prezes Polskiej Izby Stacji Kontroli Pojazdów, twierdzi, że branża musi walczyć o przetrwanie. Przypomina, że od 2004 r. nie zmieniły się cenniki usług badań technicznych, a od września tego roku źródło dochodu przedsiębiorstw dodatkowo uszczuplił Sejm. Posłowie znieśli konieczność pierwszych badań technicznych dla samochodów sprowadzanych do naszego kraju. W ten sposób o kilkaset tysięcy sztuk uszczupliła się grupa pojazdów, które poddawane są badaniom technicznym na stacjach. Przedsiębiorcy narzekają na kolejne szykowane przez resort infrastruktury zmiany w prawie regulującym ich działalność. Chodzi o projekt zmian w ustawie o dopuszczeniu pojazdów do ruchu drogowego.

Podwójny nadzór

– Jesteśmy przed przedłożeniem projektu na komitet europejski rady ministrów – mówi Mikołaj Karpiński, rzecznik prasowy Ministerstwa Infrastruktury. W projekcie przewidziano m.in. zaostrzenie kontroli stacji poprzez zwiększenie kompetencji dyrektora Transportowego Dozoru Technicznego. W nowej formule będzie on miał niemal identyczne kompetencje ze starostwami, pod których nadzorem są teraz stacje. Resort zdecydował się na taki krok po opublikowanym w marcu tego roku raporcie Najwyższej Izby Kontroli, która uznała nadzór starostw nad stacjami za nierzetelny. Przedstawiciele stacji protestują. – Do wielu niejasnych przepisów regulujących naszą działalność dojdzie jeszcze dwoistość nadzoru – uważa Kazimierz Zbylut. Są też inne głosy. Według Marka Koniecznego, prezesa Związku Dealerów Samochodów, system jest chory i trzeba go zmienić, ale projekt resortu nie dotyka najważniejszych problemów związanych ze stacjami kontroli pojazdów.

Niezdrowa konkurencja

– Z jednej strony dopuszcza się ogromną liczbę stacji pojazdów, a z drugiej państwo ustala cenę usługi. Na czym w takim razie polega konkurencja? Między innymi na tym, która ze stacji jest łagodniejsza wobec kierowcy – uważa Marek Konieczny. To sytuacja nie do pomyślenia w krajach Beneluksu czy w Niemczech. Tam system skonstruowany jest w ten sposób, że pojazd, który wjedzie na stację, musi na niej dokończyć badania. W przypadku odmowy zatrzymywany jest dowód rejestracyjny. W Polsce jest inaczej: jeżeli na jednej stacji samochód nie przejdzie przez kontrolę, właściciel szuka innej, mniej restrykcyjnej.