Od wybuchu kryzysu państwa południa Europy otrzymały wsparcie wynoszące setki miliardów euro. To pomoc wirtualna, która polega na przekładaniu pieniędzy z jednej kieszeni wierzycieli w drugą

Gdyby Grecja rzeczywiście dostała całą pomoc, jaką zadeklarowała Bruksela, MFW i inni wierzyciele, byłaby dziś bardzo bogatym państwem. Łączny zastrzyk 470 mld euro, jaki kraj otrzymał od wybuchu kryzysu, pozwoliłby Atenom nie tylko na spłacenie długu z 2010 r. (170 mld euro), lecz wystarczyłby także na podwojenie jego dochodu narodowego, który dziś wynosi 240 mld euro.

Jednym słowem, na papierze Grecy powinni być dziś dużo bogatsi niż Niemcy, a nawet Szwajcarzy. Rzeczywistość jest dokładnie odwrotna. W ateńskich aptekach nie ma podstawowych leków, bo system ubezpieczeń zdrowotnych jest na skraju bankructwa, Akropol jest otwierany dla turystów sporadycznie, bo w kasach państwa brakuje pieniędzy na utrzymanie strażników, a w centrum Salonik rosną góry śmieci, bo nie ma z czego opłacić służb komunalnych. Kraj jest w piątym roku recesji i jeśli nic się nie zmieni, w ciągu trzech lat poziom życia w Grecji będzie niższy niż w Polsce.

Pieniądze, jakie otrzymali Grecy, są rzeczywiście ogromne. Gdyby je przeliczyć na inwestycje realizowane dziś w naszym kraju, można by dzięki nim zbudować 130 linii warszawskiego metra, 45 tysięcy kilometrów autostrad albo 5 tysięcy Centrów Nauki Kopernik, czyli po dwa w każdej gminie. Problem jest tylko jeden: pomoc dla Grecji jest wielka jedynie na papierze.

Przeszło 90 procent deklarowanych pieniędzy nigdy się w Atenach nie pojawiło. To wirtualny obrót – z jednej kieszeni wierzycieli w drugą. Żonglerka księgowa, która ma uspokoić rynki finansowe i pozwolić zyskać na czasie, by oddalić moment, w którym ktoś będzie musiał rzeczywiście zapłacić rachunek za błędy popełnione w pierwszej dekadzie istnienia unii walutowej.

– Plan ratowania strefy euro przypomina zabawę gorącym kartoflem, który przerzucają między sobą uczestnicy zabawy. Z tą tylko różnicą, że kartofel zamiast stygnąć, staje się coraz gorętszy, przerzucać go trzeba coraz szybciej i w końcu ktoś tego tempa nie wytrzyma i dotkliwie się poparzy – tłumaczy DGP Daniel Gros, dyrektor brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS).

Kupowanie spokoju

Fundusze publiczne pochodzące z samej Unii Europejskiej potrzebne na uspokojenie rynków finansowych rzeczywiście rosną w astronomicznym tempie. W 2010 r. potrzeba było około 700 mln euro dziennie, aby kupić relatywny spokój na rynkach finansowych.

Rok później ta kwota wzrosła już do 2 mld euro dziennie. A od początku tego roku jeszcze się podwoiła, do 4 mld euro dziennie. Wydarzenia ostatniego miesiąca znakomicie ilustrują ten szalony pęd. W niedzielę 10 czerwca, korzystając z tego, że światowe giełdy nie pracują, ministrowie finansów strefy euro uzgodnili plan pomocy dla hiszpańskich banków wart 100 mld euro.

To miało zrobić wrażenie, bo na tym etapie inwestorzy spodziewali się znacznie mniejszej dziury w rachunkach iberyjskich instytucji finansowych. Ale optymizm na giełdach ulotnił się bardzo szybko. Indeksy zaczęły pikować już w poniedziałek w południe, gdy gracze uświadomili sobie, że dodatkowy rachunek zostanie dopisany do i tak błyskawicznie rozrastającego się hiszpańskiego długu, którego Madryt może nigdy nie spłacić. Jeszcze krócej trwała mikrohossa, którą wywołał pomyślny wynik greckich wyborów 17 czerwca.

Na wiadomość o tym, że partie, które chcą kontynuować uzgodniony z Brukselą program oszczędnościowy, mają większość, Europa i cały świat czekały od wielu tygodni. W końcu alternatywą mogło być niekontrolowane wyjście Grecji ze strefy euro, a nawet reakcja łańcuchowa w Hiszpanii i we Włoszech, rozpad unii walutowej i jeszcze większy globalny kryzys niż ten w 2008 r. A jednak już w poniedziałek indeksy giełdowe znów zapaliły się na czerwono, a premia, jaką inwestorzy zażądali od Madrytu i Rzymu za ryzyko pożyczania im dalszych pieniędzy, skoczyła do najwyższego poziomu od czasu ustanowienia unii walutowej. – Kolejne plany pomocowe są jak plastry, które przykleja się do głębokiej rany. Na chwilę hamują odpływ krwi, ale nie zapobiegają rozwojowi choroby, zakażeniu i coraz większemu prawdopodobieństwu śmierci organizmu, jakim jest Euroland – uważa Fabian Zuleeg z brukselskiego European Policy Center (EPC).

Takich plastrów naklejonych na wspólną walutę od wybuchu kryzysu jest o wiele więcej niż najlepiej znane opinii publicznej dwa pakiety pomocowe dla Grecji, jeden dla Irlandii i jeden dla Portugalii, które i tak są łącznie warte ponad 400 mld euro. Na przełomie poprzedniego i obecnego roku Europejski Bank Centralny dwukrotnie uruchomił preferencyjne kredyty o zaledwie 1-proc. oprocentowaniu dla banków komercyjnych o kolosalnej wartości 1 bln euro. Przy inflacji około 2 proc. w strefie euro oznacza to de facto idącą w dziesiątki miliardów dotację dla komercyjnych instytucji finansowych. EBC, którego akcjonariuszami są rządy krajów strefy euro, rozpoczął już 10 maja 2010 r. trwającą do dziś z mniejszą lub większą intensywnością akcję skupywania obligacji najbardziej zadłużonych krajów, finansując tym samym ich działalność. Samych zobowiązań Grecji bank zgromadził na sumę 56 mld euro.

Na razie wszystko wskazuje na to, że są to pieniądze, które od Aten bardzo trudno będzie odzyskać. Kolejną formą wsparcia jest saldo rachunków bieżących w ramach systemu europejskich banków centralnych, tzw. TARGE T 2. Tu znowu kraje północnej Europy są wierzycielami południa kontynentu. I to na kolosalne kwoty. Sama Grecja jest winna z tego tytułu 130 mld euro, a łącznie z Portugalią, Hiszpanią i Włochami ujemny rachunek urasta do przeszło 600 mld euro.

Kroplówka wciąż się sączy

Wystarczy jednak przyjrzeć się uważniej, na co przeznaczona jest tylko jedna z tych pozycji, pierwszy pakiet pomocowy dla Grecji z maja 2010 r. (110 mld euro), by zrozumieć, dlaczego mimo kolosalnych kwot południe Europy nie przemieniło się w krainę mlekiem i miodem płynącą. – 88 proc. wypłat idzie na obsługę długu Grecji.

Głównym beneficjentem jest tu EBC, bo ta instytucja posiada najwięcej greckich obligacji. Tylko pozostałe 12 proc. wypłat jest przeznaczone na finansowanie bieżącego deficytu budżetowego kraju poprzez specjalne konto bankowe, które w każdej chwili może być zablokowane przez Brukselę, jeśli warunki bailoutu nie są spełnione przez Greków – tłumaczy w rozmowie z francuskim dziennikiem „Le Figaro” główny ekonomista banku Natixis Jesus Castillo. To oznacza, że pieniądze wypłacane przede wszystkim przez Niemcy, Francję i inne kraje północnej Europy (są głównymi udziałowcami Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej – EFSF) trafiają z powrotem do ich portfeli poprzez rachunki EBC. Po co utrzymywać taką fikcję? –

Rolowanie długu ma przede wszystkim pozwolić na kupienie czasu, czyli uzdrowienie kondycji finansowej Hiszpanii i Włoch na tyle, aby w momencie, gdy Grecja już nie będzie miała pieniędzy na honorowanie swoich zobowiązań na rynku, nie wybuchła panika, która doprowadzi do bankructwa także dwa największe kraje południa Europy – tłumaczy DGP Nicolas Veron, główny ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla. Taka kroplówka sączy się już od przeszło dwóch lat, ale nie przynosi oczekiwanego efektu. Inwestorzy mają bowiem z każdym miesiącem coraz mniejsze zaufanie do obligacji Włoch i Hiszpanii. W żonglowaniu setkami miliardów euro wyszkolili się jednak nie tylko niemieccy wierzyciele. Znakomicie sobie z tym radzą także greccy dłużnicy.

Na długo przed pojawieniem się pogłosek o możliwości wyjścia Grecji z unii walutowej i zamiany euro na bezwartościowe drachmy ci, którzy mieli poważne pieniądze, wyprowadzili je z kraju. Zdaniem Dimitrisa Kouselasa, wiceministra finansów w rządzie Giorgosa Papandreu, od wybuchu kryzysu na konta samych szwajcarskich banków trafiło już 280 mld euro funduszy należących do elity finansowej Grecji – rodzin takich jak Latsisowie, jedni z największych armatorów świata. Z kolei niemiecki dziennik gospodarczy „Handelsblatt” szacuje, że w ostatnich trzech latach łącznie wyprowadzono z Grecji kolosalną sumę 560 mld euro, przeszło dwukrotnie więcej niż wynoszą razem oba programy pomocowe dla Aten. Znaczna część tych pieniędzy jest inwestowana w nieruchomości w Paryżu, bo mimo kryzysu jest to pewna wartość (od 2002 r. cena metra kwadratowego we francuskiej stolicy skoczyła o 175 proc. do 8,3 tys. euro). W ten sposób Grecy zasilają gospodarkę Francji, która z kolei obok Niemiec jest głównym sporem wsparcia dla Aten. – Jednym z podstawowych warunków, jakie stawia Bruksela, jest ograniczenie szarej strefy i podniesienie podatków. Ale każdy wie, że w Grecji pozostały już tylko płotki, natomiast nikt w Paryżu nie pyta, skąd pochodzą ogromne greckie fortuny inwestujące we Francji – zwraca uwagę Fabian Zuleeg.

Przed poniesieniem kosztów załamania gospodarki Grecji i innych krajów południa Europy równie skutecznie co greccy krezusi poradziły sobie banki, szczególnie niemieckie i francuskie. Ich odpowiedzialność za doprowadzenie do kryzysu jest bardzo duża: to one przez pierwszą dekadę istnienia unii walutowej finansowały nieodpowiedzialną politykę fiskalną Aten, kupując na dużą skalę greckie obligacje i udzielając greckim konsumentom nisko oprocentowanych kredytów. Jednak w momencie, gdy okręt zaczął tonąć, niezwykle szybko ograniczyły ryzykowne aktywa.

Tylko przez półtora roku, między 1 stycznia 2011 r. a 30 kwietnia 2012 r., wartość lokat banków komercyjnych w bony skarbowe Grecji zmalała dwukrotnie, ze 110 do 55 mld euro. Właśnie dlatego gdy w lipcu zeszłego roku pod naciskiem kanclerz Angeli Merkel prywatni wierzyciele zostali zmuszeni do spisania na straty części posiadanych greckich obligacji i zamiany reszty na papiery o bardzo długim okresie zapadalności (30 lat), ich realne straty (28 mld euro) były relatywnie małe w stosunku do zysków na prowadzonym przez lata biznesie w Grecji.

– Najlepszym dowodem na to, że ogromny ciężar, jaki rzekomo ponoszą niemieccy podatnicy z powodu ratowania Grecji, to fikcja, jest stan budżetu Republiki Federalnej. W tym, a najdalej w przyszłym roku niemiecki budżet zostanie zrównoważony, a dług państwa szybko spada – zwraca uwagę Nicolas Véron, główny ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla.

Z powodu kryzysu niemiecki fiskus nie tylko nie traci, ale wręcz korzysta. Tak się dzieje, bo około 60 bln dol. wolnych kapitałów, które należą do największych graczy, jak saudyjski fundusz naftowy czy japońskie fundusze emerytalne, mają w trudnych czasach coraz mniej atrakcyjnych lokat. Dlatego kupują niemieckie obligacje, chociaż ich rentowność (około 1,5 proc. rocznie) jest niższa niż inflacja w strefie euro (1,9 proc. w skali roku). Inaczej mówiąc, inwestorzy dopłacają Niemcom za możliwość przetrzymywania oszczędności w bezpiecznych warunkach. I to niemało. Monachijski instytut Ifo szacuje, że w ubiegłym i bieżącym roku na takim procederze Berlin zarobił w sumie 30 mld euro. Żonglować setkami miliardów euro dłużej się jednak nie da.

Sztuczki nie tyle przestały robić wrażenie na rynkach finansowych, ile wręcz zaczynają wywoływać panikę wśród inwestorów. Coraz więcej z nich dochodzi bowiem do wniosku, że europejskich przywódców nie stać na trudne decyzje i w ostateczności bogata Północ nie będzie chciała zapłacić za biedniejsze Południe. Lepiej więc uciekać stamtąd, póki czas. – Na uratowanie euro pozostało nie więcej niż trzy miesiące – ostrzegła na początku tego tygodnia szefowa MFW Christine Lagarde. – W tej grze czas ma rozstrzygające znaczenie – potwierdza w wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel” dyrektor generalny Banku Światowego Robert Zoellick.

Wadliwy system

Aby uratować unię walutową, potrzebna jest nowa strategia działania. Taka, która rozwiąże realne problemy strefy euro, a nie będzie kolejną próbą mydlenia oczu inwestorom. Kryzys finansowy został rzeczywiście spowodowany przez setki miliardów euro źle wydanych pieniędzy. Ale nie tych, o których mówi się w Brukseli i Berlinie. Od wybuchu kryzysu przywódcy Unii z Angelą Merkel na czele kładą nacisk na ograniczenie deficytu budżetowego państw, które stanęły na granicy bankructwa. Jednak Hiszpania czy Irlandia przez wiele lat poprzedzających kryzys prowadziły bardziej odpowiedzialną politykę fiskalną niż Niemcy, redukując do minimum dziurę w budżecie, a nawet wypracowując nadwyżkę.

– Przed kryzysem problemem nie był hiszpański czy irlandzki dług publiczny, ale dług prywatny. Gdy załamał się rynek nieruchomości, a Hiszpanie zaczęli tracić pracę i przestali spłacać kredyty hipoteczne, banki stanęły na skraju bankructwa i państwo musiało je za grube miliardy euro uratować, aby zapobiec implozji gospodarki. Nagle okazało się, że rozróżnienie między długiem publicznym i prywatnym jest zupełnie sztuczne – wskazuje Nicolas Veron.

Dane MFW potwierdzają tę analizę. Jeśli uwzględnić wielkość długu publicznego Hiszpanii z początku tego roku (73 proc. PKB), wciąż wszystko wygląda rozsądnie. Ale gdy dołoży się do tego dług prywatny (283 proc. PKB), osiąga się dramatyczny wynik 355 proc. PKB. Szczególnie dla kraju, którego gospodarka się kurczy, a nie rośnie. Blisko 3 bln euro pożyczek zaciągniętych przez Hiszpanów to w ogromnym stopniu wynik wadliwego systemu stworzonego w ramach unii walutowej. W krajach na dorobku ceny rosły szybciej niż na północy Europy. Z tego powodu jednolite stopy procentowe ustanowione dla całej unii walutowej przez Europejski Bank Centralny były odpowiednie dla Niemiec, ale już zdecydowanie zbyt niskie na Półwyspie Iberyjskim.

Jednocześnie niemieccy eksporterzy niespodziewanie znaleźli dziesiątki milionów konsumentów dysponujących mocną walutą, a nie pesetami, eskudami czy lirami. Zarobione w ten sposób przez nich setki miliardów euro były w znacznym stopniu reinwestowane w Hiszpanii czy Portugalii w postaci tanich kredytów, za które konsumenci kupowali niemieckie towary lub nabywali mieszkania, podsycając bańkę nieruchomościową. Ten mechanizm okazał się niezwykle korzystny dla Niemiec: kraj, który niedawno uginał się pod ciężarem kosztów zjednoczenia, dziś jest już o 1/5 bogatszy niż Francja.

Północ też zapłaci

W powstaniu tego zaklętego kręgu mają też oczywiście swój udział kraje południa Europy. W Hiszpanii związki zawodowe wymogły przez 10 lat istnienia unii walutowej podwyżki, z powodu których koszty pracy zwiększyły się w tym kraju o 1/3, podczas gdy w Niemczech pozostały na niezmienionym poziomie. To jedna z podstawowych przyczyn, dla których hiszpańska gospodarka przestała być konkurencyjna.

Jednak od wielu miesięcy kraje południa kontynentu wdrażają bolesne reformy, które mają odkupić ich grzechy. Północ do tej pory miała natomiast nadzieję, że uda jej się przejść przez kryzys suchą nogą dzięki finansowej żonglerce. Dziś wiadomo już, że rynki finansowe nie dadzą się na to złapać. – Niemcy muszą pogodzić się z tym, że i oni realnie poniosą część kosztów uratowania strefy euro, choć i tak pozostaną one o wiele mniejsze niż zyski, jakie Berlin zgarnął dzięki istnieniu Eurolandu – wskazuje Fabian Zuleeg.

Największym obciążeniem dla Niemców, ale też dla Francuzów, będzie zapewne wprowadzenie scentralizowanego systemu nadzoru bankowego dla całej Unii. Dzięki niemu niemieckie czy francuskie banki nie będą już mogły traktować państw południa Europy jako swego rodzaju kolonii, gdzie można zarobić krocie na nieodpowiedzialnej polityce kredytowej, a gdy sytuacja się pogorszy – dać nogę.

Kosztowne dla Niemiec będzie także wprowadzenie systemu gwarancji wypłacalności banków w całej Unii, prawdopodobnie poprzez umożliwienie nowemu Europejskiemu Mechanizmowi Stabilizacji (ESM) bezpośredniego wsparcia dla instytucji finansowych. A także eurobligacji, dzięki którym inwestorzy nie będą już obawiali się pożyczać Hiszpanii czy Włochom, bo ich zobowiązania będą także gwarantowane przez niemiecki skarb państwa. Wówczas także Niemcy będą musiały nieco więcej niż dziś zapłacić za kapitał ściągnięty z rynków finansowych. Przede wszystkim jednak znacznie bardziej będzie im zależało na zrównoważonym rozwoju całego Eurolandu, aby nie musieć płacić za ewentualną katastrofę. Ale nawet forsowana przez Angelę Merkel koncepcja unii fiskalnej będzie oznaczała poważne koszty dla Niemiec. Bruksela otrzyma bowiem prawo do oceny budżetów wszystkich krajów Wspólnoty. I będzie starała się się w taki sposób je kształtować, aby było to z korzyścią dla całej Unii, a nie tylko dla wybranych państw. Niemcy są jedynym krajem Unii, który ma dziś pole manewru dla uruchomienia poważnego programu wydatków publicznych i pobudzenia wzrostu w UE. Mowa tu o pakiecie wartym około 300 mld euro – pisał na łamach „New York Times” Paul Krugman, laureat Nagrody Nobla z ekonomii.

W ten sposób Berlin odwdzięczyłby się krajom południa Europy, które przez pierwsze 10 lat istnienia unii walutowej najbardziej przyczyniły się do wzrostu gospodarczego w Eurolandzie. Konkretny projekt budowy unii fiskalnej mają już przedstawić na szczycie 28 czerwca w Brukseli wspólnie przewodniczący Rady Europejskiej Jose-Manuel Barroso, szef EBC Mario Draghi, przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy i szef Eurogrupy Jean- -Claude Juncker. Pozostaje kwestia długu. Setki miliardów euro, które teoretycznie od początku kryzysu otrzymali mieszkańcy krajów południa Europy, prawdopodobnie nigdy nie zostaną przez nich zwrócone. Dalsze ich przerzucania z jednej kieszeni do drugiej nikogo już nie zmyli. Zabawa gorącym kartoflem musi się skończyć. Rachunek musi zapłacić ten, który ma jeszcze pieniądze: Niemcy.