W poniedziałek europejscy inwestorzy, pozbawieni wskazówek ze strony swych amerykańskich kolegów, nie byli w stanie mocniej ruszyć rynkami. Trudno się dziwić, bowiem zagadką jest to, jak Wall Street zareaguje na planowany przez Republikanów wybieg z przesunięciem w czasie decyzji o zwiększeniu limitu zadłużenia. Lepiej też było poczekać na doniesienia o wynikach finansowych spółek zza oceanu, których prawdziwy wysyp nastąpi dziś i w kolejnych dniach.

To czekanie i senna atmosfera nie przeszkodziła jednak indeksom w Paryżu i Londynie w ustanowieniu nowych rekordów trendu. CAC40 jest na poziomie najwyższym od końca lipca 2011 r. FTSE od dawna nic sobie nie robi ze stanu i perspektyw rodzimej, europejskiej i globalnej gospodarki. Jedynie DAX w ostatnich dniach cierpi na zadyszkę, ale ma przecież po czym, jeśli pamiętać, że był w gronie światowych liderów w 2012 r.

Na naszym rynku w poniedziałek sytuacja była zróżnicowana, według schematu znanego z poprzednich kilkunastu sesji. Tym schematem jest wielkość spółek. Najmocniejszy był sWIG80, dalej mWIG40, WIG i WIG20. Dwa pierwsze poprawiły swoje rekordy. Ten ostatni ledwie zdołał się utrzymać nad kreską i to było w poniedziałek jego jedyne osiągnięcie. Wygląda na to, że zapatrzył się na DAX-a, co zresztą miałoby racjonalne uzasadnienie fundamentalne. Dla przyszłości koniunktury w gronie największych spółek spore znaczenie miałby teraz powrót WIG20 powyżej 2600 punktów. Nie przesądziłoby to jeszcze o hossie, ale poprawiłoby nastroje i perspektywy. Wiele nie brakuje, ale byki mają kłopoty, by zrobić ten mały krok, liczący dwadzieścia parę punktów.

Dziś danych makroekonomicznych będzie niezbyt wiele, ale na nudę nie powinniśmy narzekać. Przed południem poznamy wskaźnik nastrojów niemieckich inwestorów instytucjonalnych, wyliczanych przez instytut ZEW. W ostatnich miesiącach jego publikacja miała często spory wpływ na sytuację na parkietach. Oczekuje się, że w styczniu jego wartość wzrośnie do 12 punktów z 6,9 punktów przed miesiącem. Słabszy wynik może zepchnąć indeksy w dół, ale możliwa jest też pozytywna niespodzianka. Powszechne jest bowiem przekonanie, że niemiecka gospodarka już wkrótce ruszy mocniej do przodu. Oznaki poprawy dostrzegł Bundesbank, który w poniedziałek poinformował, że poprawa może nastąpić już w pierwszym kwartale. To dość nieoczekiwana zmiana stanowiska, gdyż jeszcze przed miesiącem niemiecki bank centralny ściął prognozę wzrostu PKB w 2013 r. z 1,6 do 0,4 proc.

Po południu okaże się ile domów sprzedano na amerykańskim rynku wtórnym w grudniu. Spodziewany jest niewielki wzrost w porównaniu do listopada. Ważniejszy będzie jednak odczyt indeksu Fed z Richmond. Tu optymizm jest znacznie mniejszy. Oczekuje się jego spadku z 5 do 4 punktów. W minionym tygodniu mocno rozczarował analogiczny wskaźnik Fed z Filadelfii. Wówczas Wall Street nie zareagowała, ale jeśli okazałoby się, że w Richmond będzie kiepsko, inwestorzy mogą się zaniepokoić i widoczne to będzie na rynku. Amerykańskie indeksy biją rekordy, ale ruch w górę prowokuje część graczy do sprzedaży akcji. Niewykluczone, że ta część znajdzie się wkrótce w przewadze. A wówczas pogorszeniu mogą ulec nastroje na całym świecie.

Reklama

Na giełdach azjatyckich dziś nastroje były zróżnicowane. W przewadze były parkiety zwyżkujące, ale indeksy rosły po zaledwie kilka dziesiątych procent. Zróżnicowanie widać było także na giełdzie w Chinach, gdzie Shanghai B-Share rósł na godzinę przed końcem handlu o 0,3 proc., a Shanghai Composite tracił na wartości 0,6 proc. Mimo potężnej dawki luzu finansowego, zaaplikowanej przez japoński bank centralny, Nikkei zniżkował o 0,35 proc. Wskaźnik ma jednak za sobą pokaźną kilkunastotygodniową falę wzrostów, a japońscy inwestorzy zdają się właśnie sprzedawać fakty, o których już wcześniej było wiadomo, że nastąpią.

Notowania kontraktów terminowych na amerykańskie i europejskie indeksy nie nastrajają zbyt optymistycznie. Co prawda ich spadki są niewielkie, ale dotyczą niemal wszystkich wskaźników.