Od 2005 r. w Meksyku zginęło 82 dziennikarzy. To więcej niż w Iraku i Afganistanie od czasu ostatniej amerykańskiej interwencji. Przyznasz, że to nie najlepsze warunki, by się zajmować dziennikarstwem śledczym. Uważasz, że da się przy ciągłym zagrożeniu życia rzetelnie pracować?

Redakcja tygodnika „Zeta” jest najlepszym dowodem, że się da.

Jak długo jeszcze będziecie w stanie wytrzymać presję gróźb i ciągłego strachu? Wiele meksykańskich mediów poddało się i nie zajmuje się tematami dotyczącymi handlu narkotykami, korupcji i związków polityków z gangsterami.

To prawda, że mnóstwo naszych gazet i czasopism unika tematu narcotraficantes. To autocenzura – nie piszą, bo dostają pogróżki. Bo się boją. Ale rozumiem ich – zarówno wydawców, jak i dziennikarzy. Bezpieczniej zająć się gwiazdami oraz celebrytami. Jednak ja i moi koledzy z redakcji na to się nie zgadzamy, ponieważ państwo meksykańskie nie ściga osób, które zastraszają, porywają i zabijają obywateli – w tym dziennikarzy.

Właśnie o tym mówię. I pytam jeszcze raz: jak długo będziecie w stanie jeszcze pracować?

Na rynku jesteśmy od 33 lat i mamy wiernych czytelników. Materiały, które publikujemy, są dla nich ważne. Zatem póki będą nas czytać i Pan Bóg pozwoli nam pisać, „Zeta” będzie taka, jak teraz. Inna rzecz, że człowiek przyzwyczai się do wszystkiego. Dla ciebie, patrzącego z boku, warunki naszej pracy przypominają to, z czym spotykają się korespondenci wojenni. Dla nas – to rutyna. To jest nasza rzeczywistość.

Na własnej skórze przekonałaś się, co to znaczy dostawać pogróżki. Wiesz też, jak to jest stracić kolegów z pracy: Hector Felix Miranda i Francisco Ortiz Franco – dwóch współzałożycieli „Zety”– zostało zamordowanych. Trzeci – Jesus Blancornelas, którego zastąpiłaś na stanowisku naczelnego, ledwo uszedł z życiem z zamachu, w którym zastrzelono jego kierowcę, a on sam został czterokrotnie raniony. Co robisz, żeby nie podzielić ich losu?

Bronią moich kolegów i moją jest informacja. Publikując materiały śledcze, przyczyniamy się do podniesienia bezpieczeństwa w Meksyku.

To jednak bardzo odległy cel. Jak chronisz pracowników na co dzień?

W 2006 r., kiedy zostałam naczelną, z całym zespołem zdecydowaliśmy, że nadal będziemy publikować mocne teksty śledcze. Słusznie oceniliśmy, że ludzie nas kojarzą właśnie z takim rodzajem dziennikarstwa i dlatego nas kupują. Piszemy o przestępczości zorganizowanej i handlu narkotykami, o korupcji wśród polityków, ale materiały podpisujemy nie nazwiskami autorów, lecz jako „śledztwo Zeta”. Wiem, że dziennikarz powinien występować z otwartą przyłbicą, ale działamy w nietypowych warunkach. Bandyci nie mogą mieć przewagi nad nami. Nie może być tak, że oni wiedzą, kim jesteśmy, a my nie wiemy, kim oni są. Inny środek ochrony to dziennikarska rzetelność. Niezależnie od tego, na jaki temat piszemy: czy jest to tekst o gospodarce, czy reportaż społeczny, czy dotyczący instytucji państwowej, czy też firmy prywatnej, czy wreszcie przestępczości zorganizowanej, dziennikarz zawsze musi mieć trzy niezależne źródła. Kiedy wiemy, że nie podkręciliśmy tematu, że nie nakłamaliśmy, że nie puściliśmy wodzów fantazji – w ten sposób również się chronimy.

>>> Polecamy: Młodzi konserwatyści: mówią Red is Bad, ale rewolucji nie chcą

Szczerze mówiąc, spodziewałem się bardziej dosłownych środków ochrony. Ale czy ten sposób działa?

Tak, choć oczywiście nie znaczy to, że nagle kartele i politycy przestali na nas naciskać i nam grozić.

A co z tobą? Jak chronisz siebie? Masz ochroniarzy?

Nie.

Nosisz broń?

Skąd!

Biorąc pod uwagę to, że ciąży na tobie mafijny wyrok śmierci, dziwne, że nie masz ani ochroniarzy, ani nie nosisz broni.

Z daleka wygląda to jak warunki frontowe, ale da się do nich przyzwyczaić. A zachowując pewne zasady, można żyć w miarę spokojnie, bez ciągłej obawy o swoje życie.

Jakie zasady?

Takie, które są skuteczne, póki wiemy o nich tylko ja i moja rodzina.

Właśnie, co z twoją rodziną? Mieszka w USA, tak jak bliscy wielu meksykańskich dziennikarzy i biznesmenów?

Nie, mieszkamy razem w Tijuanie.

Nie boisz się, że coś może się stać twojemu mężowi i dzieciom?

Trzymam ich z dala od pracy. Dosłownie i w przenośni.

Nigdy nie miałaś ochoty, żeby przeprowadzić do USA i żyć normalnie, bez strachu?

Wyobraź sobie, że nie. Nigdy nie opuszczę Meksyku. No dobra, nigdy nie mów nigdy... Ale nie chcę wyjeżdżać z Meksyku. I moja rodzina też nie. Mój kraj przeżywa największy kryzys w historii. Codziennie słyszymy o nowych organizacjach przestępczych. Jest ich tyle, że już brakuje im odpowiednio groźnych nazw (śmiech).

Ale to jest właśnie powód, żeby rozważać przeprowadzkę.

To jest powód, żeby ludzie, którzy są w stanie coś zrobić, zostali na miejscu i to robili. Przynajmniej do momentu, póki jest nadzieja na poprawę.

Mimo 70 tys. zabitych, których pochłonęła dotychczas wojna z kartelami narkotykowymi, nadal uważasz, że jest nadzieja na zmianę?

Póki są ludzie, którzy nie godzą się na to, co jest, nadzieja istnieje.

Ale były prezydent Felipe Calderon też nie godził się na to, co jest, tylko że niespecjalnie umiał sobie z tym poradzić. Właściwie dlaczego wojna przeciwko kartelom to klęska meksykańskiego państwa?

Strategia Calderona całkowicie zawiodła. Skoncentrował się na użyciu wojska i zatrzymywaniu lub likwidowaniu konkretnych osób. Nie miał całościowego planu, który gwarantowałby bezpieczeństwo wszystkim Meksykanom. Tymczasem handel narkotykami nie rozkwitł bez powodu, działa w określonych warunkach. To bieda, korupcja, bezkarność funkcjonariuszy państwowych. Kiedy Calderon zaczynał rządy w 2006 r., istniało siedem dużych karteli narkotykowych, a dzisiaj jest ich 25. Już na tej podstawie widać, że strategia Calderona doprowadziła do rozkwitu handlu narkotykami, zamiast go zdławić.

Wspomniałaś o bezkarności władzy. Kogo zatem bardziej się obawiasz: narcos czy władzy?

Zdecydowanie władzy. Mam zresztą do tego konkretne powody. Hector Felix Miranda, jeden z założycieli „Zeta”, został zamordowany w 1988 r. przez ochroniarzy Jorge Hanka Rhona, późniejszego burmistrza Tijuany. Chociaż w śledztwie wszystkie ślady prowadziły do prominentnego polityka PRI (Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna, jej trwający ponad 70 lat monopol na władzę został na chwilę przerwany w 2000 roku – red.), włos mu nie spadł z głowy. Ale paradoksalnie to i podobne wydarzenia sprawiają, że chcę być dziennikarką śledczą, chcę demaskować takie rzeczy.

Czy jako kobieta masz utrudnione zadanie?

To jest jeden z najtrwalszych stereotypów na temat Meksyku, że jest bastionem machismo. Pomijam fakt, że uprzedzenie to wynika z niezrozumienia i absolutyzowania tego zjawiska. Ale mniejsza o to. W mojej karierze zawodowej nigdy nie spotkałam się z dyskryminacją ze względu na płeć – ani pozytywną, ani negatywną. W Meksyku jest tak, jak w USA – liczą się talent, zdolności, przygotowanie i umiejętności. Myślimy zupełnie inaczej niż Europejczycy. Dla nas firmy mają konkretne zadania do wykonania – mają wyprodukować i sprzedać produkt. Nie są od tego, żeby poprzez akcje afirmatywne naprawiać jakieś krzywdy.

Ale nie chcesz powiedzieć, że lepszym dziennikarzem śledczym może być tylko mężczyzna?

Absolutnie. Wszystko zależy od pracy. Po pierwsze dziennikarz, albo ktoś, kto chce nim zostać, musi czytać. Wszystko, co mu wpadnie w ręce: gazety, czasopisma, książki. Musi być dobrze poinformowany i ciągle wzbogacać swój język i wyczucie słów. To podstawa. Po drugie dziennikarz musi pytać. Nie ma zbędnych pytań. Lepiej zadać o 10 pytań więcej, niż nie zadać jednego kluczowego.

>>> Czytaj też: Tragiczna sytuacja w Hiszpanii. W 2012 roku eksmitowano 40 tys. rodzin