– W 2003 roku na pierwszej zmianie w Iraku spawaliśmy specjalne stelaże, między które wkładaliśmy worki z piaskiem. Wszystko po to, aby mieć lepszą ochronę przed ostrzałem w naszych starach. Honkery też się do niczego nie nadawały. Jeździliśmy na wielkie złomowisko wojskowe, cięliśmy stary sprzęt i doklejaliśmy go do naszych pojazdów jako pancerz – wspomina ppłk Tomasz Biedziak, zastępca dowódcy XIV zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Obecnie stacjonuje w Ghazni w Afganistanie (to jego szósta misja) i nie ma wątpliwości, że od tamtego czasu mnóstwo się zmieniło, jeżeli chodzi o wyposażenie naszych wojsk. W wielu aspektach nie odstaje ono od tego, jakim się szczycą nasi amerykańscy sojusznicy.

Radykalnie ulepszone zostały między innymi systemy termo- i noktowizji. Te drugie na początku wykorzystywały zielony fosfor i w przypadku bezksiężycowych nocy zupełnie się nie sprawdzały. Obecnie używane są noktowizory z białym fosforem, które działają znacznie lepiej. Poza tym każdy karabin wyposażony jest w celownik holograficzny – na celu pojawia się czerwona kropka. Takiego rozwiązania nie mają nawet wszyscy żołnierze z USA. Zmodernizowane zostały także kamizelki kuloodporne. Wcześniej polscy żołnierze dysponowali wyłącznie egzemplarzami z wkładkami stalowymi – przechodziły przez nie kule wystrzelone z karabinu z odległości 150 metrów. Dla bezpieczeństwa pożyczali więc kamizelki od amerykańskich kolegów. Dziś mają własne – z superodpornymi wkładami ceramicznymi.

Prawdopodobnie jednak największym zyskiem z uczestnictwa w wojnie w Iraku i Afganistanie jest kołowy transporter opancerzony Rosomak. Lata spędzone na wojnie, i to w trudnym terenie, pozwoliły znacznie go ulepszyć – łącznie wprowadzono do niego ok. 200 zmian. Dziś „rośki” mają m.in. kamery boczne, system wykrywania pocisków (od razu po strzale przeciwnika można namierzyć jego azymut i odległość) oraz lepsze opancerzenie. Zdjęte zostały również pędniki do pływania, a w ich miejsce zainstalowano pojemniki transportowe na żywność i amunicję. Pozostaje mieć nadzieję, że tak dopracowany sprzęt doczeka się w końcu zamówień od armii z różnych części świata.

Ale nowszy, znacznie lepszy sprzęt to zdaniem ekspertów niejedyna korzyść z misji u boku Amerykanów. – Nasi żołnierze sprawdzili się w warunkach bojowych. Dostosowaliśmy wiele procedur do tych, które obowiązują w armii USA. Dzięki temu dostrzeżono w nas wartościowego sojusznika wojskowego – uważa Wojciech Lorenz, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Szkoda tylko, że nie dostrzeżono w nas równie wartościowego sojusznika biznesowego i politycznego.

>>> Czytaj też: Operacja „Rosomak”: Polscy żołnierze wracają z Afganistanu (INFOGRAFIKA)

Żołnierz robi zakupy w Złotych Tarasach

Nasi wojacy w Afganistanie posługują się specyficznym językiem. Jest to polsko-angielska mieszanka terminów wojskowych z dodatkiem geograficznych określeń nawiązujących np. do centrów handlowych. Poniżej kilka przykładów:

● Złote Tarasy – kilka sklepików wewnątrz bazy, w których Afgańczycy sprzedają elektronikę, ubrania czy kosmetyki

● Bichata – baraki, w których mieszkają żołnierze. Ściany zbudowane są ze sklejki, która często nie dochodzi do sufitu, co tworzy wrażenie kurnika

● Trzynasta dzielnica – miejsce, w którym znajdują się bichaty polskich żołnierzy. Nazwa nawiązuje do francuskiego filmu o tym samym tytule

● Szuflandia – określenie środka bichaty ze względu na małe pomieszczenia (szuflady) i to, że drzwi w nich zazwyczaj się przesuwa

● Hadżi – targ, który odbywa się w bazie w Ghazni w niedziele i we wtorki. Z wieloma sprzedawcami można się dogadać łamaną polszczyzną

● Difac (z ang. Dining Facility) – po polsku stołówka. Jedzenie mocno amerykańskie: hamburgery, fasolka czy skrzydełka kurczaka w panierce to standard. Niektórzy tuż po przybyciu potrafią przytyć nawet 10 kg.

● Tiłole (ang. T-wall) – wysokie na kilka metrów betonowe bloki, które stawia się np. wzdłuż ciągów komunikacyjnych lub wokół budynków. Mają chronić przed ostrzałem

>>> Czytaj też: Surowce – błogosławieństwo, czy klątwa Afganistanu?