Oto Nie-Rzeczpospolita. Prezydent nie działa jak automat, PiS to nie monolit [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
17 lipca 2020, 21:29
Mateusz Morawiecki, Łukasz Szumowski, Jadwiga Emilewicz, Jarosław Kaczyński
<p>Mateusz Morawiecki, Łukasz Szumowski, Jadwiga Emilewicz, Jarosław Kaczyński</p>/PAP
Moglibyśmy się takim podziałem w ogóle nie martwić, gdyby nie ostrość sporu i niszczenie tych rzeczy, które powinny być wspólnym punktem odniesienia - mówi Rafał Matyja, politolog, publicysta, wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Z Rafałem Matyją rozmawiają Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak

Mamy już IV RP?

Wybory nic nie zmieniły, cały czas mamy trzecią.

A zmierzamy do jakiejś?

Jeśli już, to do „Nie-Rzeczpospolitej”, do osłabienia poczucia, że to wspólne państwo różnych Polaków.

Czy Polska rzeczywiście jest podzielona na pół, czy to jedynie figura publicystyczna?

To fakt: w drugiej turze po obu stronach wzięło udział po 50 proc. wyborców. Ale to się zdarza. Moglibyśmy się zresztą takim podziałem w ogóle nie martwić, gdyby nie ostrość sporu i niszczenie tych rzeczy, które powinny być wspólnym punktem odniesienia.

Czyli?

Telewizja publiczna może być bardziej czy mniej wspólna. W jej przypadku nigdy nie było idealnie, zawsze była zinstrumentalizowana, ale między tym, co było, a tym, co jest, widać olbrzymią różnicę. Teraz jest tubą propagandową, mówiącą o opozycji ostrzej niż sama partia rządząca.

Coś jeszcze wspólnego ubyło?

Na pewno słowa, które padały w tej kampanii, pogłębiały poczucie obcości. Jeśli Jarosław Kaczyński mówił o niepolskiej duszy kandydata, na którego zagłosowała połowa Polaków, to w ten sposób niszczył jakąkolwiek przestrzeń wspólną. Słowa, które padały na temat relacji z Niemcami, uwagi prof. Andrzeja Zybertowicza, że nie ma biało-czerwonych flag na wiecach Rafała Trzaskowskiego, czy sformułowania o LGBT „kopały” olbrzymie rowy między nami. A przecież nie musiały padać w kampanii. To zwarcie miało wystarczającą temperaturę, więc nie było sensu jej jeszcze tak podgrzewać.

Prezydent Andrzej Duda w wystąpieniu na wieczorze wyborczym przepraszał za słowa, którymi ktoś mógł się poczuć urażony.

Dobrze, że przeprosił, ale to nie zmienia istoty podziałów wywołanych przez te słowa. Zresztą dodał, że podtrzymuje sądy. Druga strona też miała przewiny, ale nie były one tego kalibru. To te słynne zabawy w osiem gwiazdek czy liczne kpiny, że PiS przekupił wyborców 500+ czy 13. emeryturą. To zły styl, ale tu nie ma symetryzmu, wina po stronie rządzących jest poważniejsza.

PiS martwi to, że wygrał tylko na wsi, a przegrał w małych i średnich miastach. Słusznie?

Wynik drugiej tury arytmetycznie zbliżony do remisu, faktycznie nie jest dobrą wiadomością dla obozu władzy. A struktura głosów wieszczy mu przyszłe kłopoty. Widać gwałtowną utratę poparcia najmłodszych przy ich relatywnie dużej frekwencji. Do tego dochodzi bardzo wyraźna utrata wpływów w miastach, co było widać już w wyborach samorządowych w 2018 r. To sygnały, które mogą niepokoić PiS, bo nawet wzrost poparcia w najstarszej grupie wiekowej nie jest najlepszą prognozą wyborczą. Ustawia konflikt polityczny w gorszym świetle, niż obóz rządzący chciałby go pokazywać.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj