Z Leszkiem Millerem rozmawia Magdalena Rigamonti

Kogo pan teraz reprezentuje w Brukseli?

Reklama
Moich wyborców oraz grupę polityczną Socjaliści i Demokraci.

Czyli też elektorat SLD.

Oczywiście też, niemniej SLD został zlikwidowany i powstała Nowa Lewica, ale oni tu mają oddzielną delegację pod przewodnictwem Roberta Biedronia. W składzie są Bogusław Liberadzki, Marek Balt i Łukasz Kohut.

Do marca pan się z nimi identyfikował.

Od dawna mówiłem, że Sojusz Lewicy Demokratycznej jest moją ostatnią partią i jeżeli zostanie przeprowadzona jej likwidacja, to będę bezpartyjny.

Ta likwidacja SLD brzmi jak likwidacja PZPR.

Pani tego nie pamięta, ale wtedy nie mówiło się o likwidacji, tylko o rozwiązaniu. Teraz przeprowadzono likwidację, i to w sposób urągający dla partii o bogatej historii. Chyłkiem, po cichu, przy okazji. I co najważniejsze, wbrew statutowi, bo przecież statut SLD przewiduje możliwość zakończenia działalności partii, ale trzeba zwołać kongres, przeprowadzić uchwałę i postąpić zgodnie z konstytucją partii. Jak codziennie broni się polskiej konstytucji, to trzeba być wiarygodnym i przestrzegać własnej. Tak się nie stało.

„Mam smaka na władzę” – to Włodzimierz Czarzasty, pana... Kiedyś pan mówił o przewodniczącym Czarzastym „przyjaciel”.

A teraz „znajomy”. Już pani kiedyś mówiłem, że nie ma przyjaźni w polityce, przyjaźnie są poza nią. Mam prawdziwego przyjaciela Augustyna Pawłowskiego, który nigdy nie był w polityce, bo w polityce są tylko interesy. Raz w realizacji tego interesu ktoś jest pomocny, a raz jest przeciwnikiem. Dlatego to wszystko jest takie ruchome, niepewne. Dzisiaj na szczęście jestem w zupełnie innej sytuacji. Ja już nic nie muszę, o nic nie muszę zabiegać.

Jest pan europosłem, zarabia pan potężne pieniądze.

Pensja to 7 tys. euro. Byłoby wstyd, gdybym narzekał.

Ile pan czasu tam spędza?

Przylatuję w poniedziałek i odlatuję w piątek. Mam piękne biuro w PE na 13. piętrze, ze wspaniałym widokiem na Brukselę. Warunki są nieporównywalne do tych w polskim Sejmie. To jest skandal, że poseł polskiego Sejmu nie ma swojego pokoju, gabinetu.

Będzie pan tu jeszcze dwa lata.

Prawie trzy.

I potem wraca pan do polskiej polityki?

To zależy od mojej kondycji, stanu zdrowia, od tego, co będzie u mnie w domu. Żadna opcja nie jest wykluczona. Ale może będzie tak, że usiądziemy z żoną, napijemy się winka i powiemy sobie: no, dobra, już tyle lat mnie nie było w domu, więc może najwyższy czas, żebym został. Mamy z żoną 52-letni staż, a jak doliczyć tzw. chodzenie, to 55-letni.

52 lata był pan w partiach.

Z przerwami.

Z jedną przerwą.

W samym SLD byłem 18 lat, a jeszcze jest PZPR, SDRP i Polska Lewica.

To musi pan być teraz w dziwnym stanie.

Teraz jestem wolny jak ptak.

Lecę, bo chcę – jak śpiewał zespół Wilki.

Jak orzeł, który zerwał kajdany.