Jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy jest to, że Syria ma mniejsze znaczenie dla światowej energetyki niż Irak czy Libia, w których w XXI w. interweniowały zachodnie siły zbrojne.

Choć Syria to jedyny kraj Lewantu, dla którego ropa naftowa jest istotnym źródłem dochodów, rozmiary eksportu w skali świata nie powalają na kolana. Przed wojną Damaszek sprzedawał za granicę 263 tys. baryłek ropy dziennie. To mniej niż Białoruś, której eksport jest w istocie reeksportem ropy z Rosji. Rozmiary handlu ropą dawały wówczas Syrii miejsce poza pierwszą czterdziestką na świecie, choć w dobrych latach przynosiły nawet jedną trzecią budżetu.

Dwudziestomilionowa republika może być za to ważnym krajem tranzytowym. Zbrojna opozycja jest szczególnie wspierana przez Katar, z kolei Asadowi pomagają Rosjanie i Irańczycy. Katar i Rosja są z kolei największymi konkurentami na rynku gazu w tej części świata. W rywalizacji o wpływy w Syrii chodzi więc także o możliwość położenia na jej terenie gazociągów odpowiadających interesom jednego lub drugiego energetycznego mocarstwa. To jednak wciąż tylko możliwość, a więc porażka którejś ze stron nie przyniesie nikomu strat – przynajmniej bezpośrednio – a co najwyżej brak zysków.

Na razie najważniejszym projektem infrastrukturalnym miała być odbudowa naftociągu z irackiego Kirkuku do syryjskiego portu Banijas. Rura działała od lat 50., jednak w 2003 r. została zniszczona przez Amerykanów. W 2010 r. Syria uzgodniła z Irakiem przywrócenie go do pracy. W lipcu tego roku, mimo trwającej wojny, przedstawiciele Iranu, Iraku i Syrii porozumieli się zaś co do chęci położenia wartego 10 mld dol. gazociągu, dzięki któremu irackie i irańskie błękitne paliwo miałoby łatwiej trafiać do Europy.

>>> Czytaj również: Interwencja USA w Syrii: oto 5 możliwych scenariuszy

Na Bliskim Wschodzie na razie jedynie dwa państwa muszą się poważnie martwić o losy swojej gospodarki w razie dalszej eskalacji konfliktu w Syrii. Jednym z nich jest właśnie Irak. Bagdad dla Damaszku jest ważnym partnerem handlowym, odbierającym ponad 55 proc. syryjskiego eksportu. Sami al-Aradżi, szef rządowej komisji inwestycyjnej Iraku, przyznał, że jego kraj już odczuwa negatywne skutki ekonomiczne wojny.

Jednym z nich jest właśnie storpedowanie projektu naftociągu Kirkuk – Bamijas. Rura miałaby bowiem biec przez ziemie zamieszkane przez alawitów, członków sekty, z której wywodzi się prezydent al-Asad. Jest wielce prawdopodobne, że po jego obaleniu alawici w obawie przed represjami mogą zorganizować własną partyzantkę.

Poza Irakiem najmniej pewnie czuje się Liban, do niedawna będący politycznym satelitą Syrii. Przed wojną 40 proc. libańskiego eksportu trafiało do odbiorców tranzytem przez Syrię. Obecnie droga przez Damaszek do Jordanii czy Iraku jest niedostępna. Liban obawia się też przeniesienia do siebie syryjskich sporów politycznych. Już teraz oficjele z Bejrutu mówią o mniejszym zainteresowaniu inwestorów, a także spadku zainteresowania turystów, którzy do tej pory przynosili spore zyski.

Hotele i kurorty przed wojną generowały dochód równy 20 proc. miejscowego PKB. Tymczasem od 2010 r. do kwietnia tego roku liczba przybyszy spadła już o 48 proc. Problemy z eksportem i turystyką były jednym ze źródeł silnego tąpnięcia gospodarczego w Libanie, które w 2012 r. wyniosło 7 proc. PKB.

>>> Czytaj także: Stanowiska poszczególnych krajów wobec sytuacji w Syrii