Woś: Prekariuszom się nie poprawi tylko dlatego, że górnikom się pogorszy

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
20 stycznia 2015, 05:40
Rafał Woś, publicysta Dziennika Gazety Prawnej
Rafał Woś, publicysta Dziennika Gazety Prawnej/Dziennik Gazeta Prawna
Jest taki niezwykle poruszający słynny wiersz antyhitlerowskiego pastora Martina Niemollera. Leci to tak: Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą... - pisze w felietonie Rafał Woś. 

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

Jasne, że historyczny kontekst tego wiersza nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości. Ufam, że żadnemu rozsądnemu czytelnikowi tłumaczyć tego nie trzeba. A jeśli trzeba to zaznaczam, że Polska to nie jest III Rzesza. Celowo tez usunąłem pierwszy wers tego wiersza, żeby nikt nie powiedział, że trywializuję wielkie historyczne tragedie. Bo tutaj chodzi o przesłanie tego utworu. Czyli smutną zadumę pastora Niemollera nad długofalowymi konsekwencjami niedostrzegania świata poza końcem swojego własnego nosa. A tak się składa, że ono dość dobrze oddaje nastawienie polskiego pracownika do takich sporów społecznych, jak ten z górnikami. A wcześniej z nauczycielami, pielęgniarkami czy lekarzami. Gdyby dziś zapytać przeciętnego polskiego pracownika z innej branży, co trzeba zrobić z górnikami (a zwłaszcza górniczymi związkami zawodowymi) nie trzeba będzie długo czekać na odpowiedź: zapędzić do pracy, odebrać trzynastki, specjalne emerytury itd. Padło by też pewnie sakramentalne: my pracujemy nie mniej ciężko, ale nam nikt niczego nie daje. Niektórzy politycy i publicyści umiejętnie uderzają w tę nutkę twierdząc, że uzwiązkowione zawody to jest jakiś relikt z minionej epoki, na który w zdrowej gospodarce nie ma już miejsca.

Pytanie jest jednak następujące: załóżmy, że rząd łamie kręgosłup kopalnianym związkom i żelazną ręką restrukturyzuje (czytaj zwalnia i odbiera zdobycze socjalne). Czy od tego polepszy się prekariuszom z innych miejsc systemu gospodarczego? Czy pracujący (nie z własnej woli) na śmieciówkach w sektorze prywatnym dostaną upragnione etaty? Czy pensje w pozostałej części gospodarki zaczną wreszcie rosnąć? Czy pracodawcy pomyślą sobie „no, górnicze darmozjady wreszcie dostały za swoje, to my teraz pomyślimy o bezpieczeństwie socjalnym naszych pracowników”?

Odpowiedź jest brutalna. Nie! Żaden z tych scenariuszy nie nastąpi. Prekariuszom się nie poprawi tylko dlatego, że górnikom się pogorszy. Jedyną realną konsekwencją będzie dołączenie kolejnej grupy zawodowej do grona prekariuszy. Albo pewnie bezrobotnych. Co z kolei odbije się negatywnie na całej gospodarce. Bo zatopienie jednej z ostatnich wysepek (w miarę) stabilnego zatrudnienia i aktywnych związków zawodowych logika równania w dół. Przynajmniej na rynku pracy. Wielu pracowników zdaje się tego nie rozumieć. W końcu nie są górnikami…

>>> Czytaj też: Górnik z 30-letnim stażem: "Tu fałszerstwo goni fałszerstwo"

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: DGP/forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj