Rozwiązanie, które miało być zbawieniem dla konsumentów, w zasadzie nie działa. Przeciętny Polak już przestał wierzyć, że cokolwiek może wskórać w sądzie w ramach pozwu zbiorowego. Winne są przepisy, niechęć sądów czy może popularne na przykład w USA rozwiązanie po prostu jest nie do przeniesienia do Polski?

Winne prawo czy prawnicy?

– Instytucja pozwów zbiorowych w wielu państwach działa przyzwoicie. Nie widzę więc powodu, by było to niemożliwe w Polsce – uważa dr Bartłomiej Wróblewski, prawnik i poseł PiS.

Jego zdaniem być może należy skorygować regulacje, choćby w kodeksie postępowania cywilnego. Generalnie jednak kłopot jest w zbyt formalistycznym podejściu prawników, a nie w samym prawie.

– Nie chodzi mi jedynie o sędziów. Większość profesjonalnych pełnomocników też nie wierzy w instytucję pozwu zbiorowego. Wszyscy uważają takie powództwo za sprawę, która będzie się ciągnąć latami. A idea przyświecająca w 2009 r. przy uchwalaniu ustawy była przecież taka, że będzie szybciej – wskazuje dr Bartłomiej Wróblewski.

Chodzi o ustawę o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 573). Rzeczywiście – gdy ją przyjmowano, podawano przykłady znane Polakom z amerykańskich filmów sensacyjnych. Z politycznych deklaracji wynikało, że już niebawem tysiące konsumentów zaczną pozywać globalne korporacje. I od tych podmiotów będą uzyskiwać solidne odszkodowania.

Rzeczywistość skrzeczy

Tymczasem klienci banków (głównie frankowicze) co do zasady na zbiorowym pozywaniu wychodzą źle. Przegrali też poszkodowani przez Amber Gold. Niedawno porażkę ponieśli chcący odszkodowań od Volkswagena za „aferę spalinową” (spółka podawała nieprawdziwe informacje na temat emisji spalin przez produkowane przez nią auta). Zdaniem ekspertów takie przypadki zniechęcają ludzi do podejmowania kolejnych prób. Niesłusznie. Na czym więc polega błąd?

– Pozwy zbiorowe są idealne w sprawach, w których po stronie powodów jest co najmniej 10 osób, a pozwany jest jeden. Sęk w tym, by nie porywać się z motyką na słońce. Większość sądowych porażek jest związana z niefrasobliwością prawników, którzy obiecywali klientom złote góry – komentuje jeden z sędziów warszawskiego sądu okręgowego.

Dodaje, że idealnym przykładem jest sprawa Volkswagena. Uważa, że od początku była ona skazana na niepowodzenie, bo choć konsumenci rzeczywiście mogli walczyć o odszkodowania, ale zgodnie z prawem unijnym powinni to robić przed sądem niemieckim, a nie polskim.

– Prawnicy jednak przekonali rzeszę ludzi, że warto pozywać firmę w Polsce – tłumaczy sędzia. Po co?

Pecunia non olet

„W trakcie procesu powód i jego pełnomocnik, działając przez stowarzyszenie, nagłośnili w mediach sam proces oraz swoją w nim rolę. Proste przemnożenie liczby członków stowarzyszenia przez opłatę bezzwrotną daje kwotę 2 mln zł, a liczby właścicieli Volkswagena w Polsce – 70 mln zł. W tej sytuacji bardzo niestaranne przygotowanie pozwu uprawdopodabnia, że w działaniach powoda priorytetem było nie tyle właściwe i staranne przygotowanie procesu zwiększające szansę na wygraną, ale samo prowadzenie procesu” – wyjaśniała w uzasadnieniu niekorzystnego dla konsumentów orzeczenia sędzia Joanna Bitner, prezes Sądu Okręgowego w Warszawie.

Mówiąc wprost: prawnicy, zdaniem sędzi, chcieli zarobić.

Ministerstwo Sprawiedliwości widzi potrzebę korekty przepisów. Zdaniem resortu największym problemem jest to, że postępowania trwają zbyt długo. Lekiem ma być obiecana reforma kodeksu postępowania cywilnego.

Statystyki spadku popularności postępowań grupowych nie są zaskakujące. Trwają one długo. Wpływają na to zarówno czynniki specyficzne dla postępowań grupowych, jak i takie, które dotyczą całego wymiaru sprawiedliwości. Te specyficzne są moim zdaniem trzy. Po pierwsze, postępowania grupowe są trudne. We wszystkich fazach postępowania grupowego występują skomplikowane zagadnienia prawne. Po drugie, postępowania grupowe są niemal zawsze bardzo obszerne. Jest wiele postępowań, w których członków grupy jest kilka tysięcy. Przekłada się to na objętość akt i ilość pracy koniecznej do włożenia w zweryfikowanie czasem dziesiątków tysięcy dokumentów. Po trzecie, postępowania grupowe to sprawy dużego kalibru. Pełnomocnicy chcą mieć możliwość wyczerpującego przedstawienia swoich stanowisk, a sędziowie – i słusznie – im to umożliwiają. Powyższe uwarunkowania nakładają się na prozę polskiego wymiaru sprawiedliwości. Obciążenie sądów jest ogromne, szczególnie w dużych ośrodkach, w których postępowania grupowe najczęściej się toczą. I bolączka polskiego systemu wymiaru sprawiedliwości, czyli brak odpowiedniego i stabilnego wsparcia asystenckiego dla sędziów, szczególnie jaskrawo jest widoczna na tle tego typu dużych spraw. Trudno sobie wyobrazić, jak jeden sędzia referent ma brnąć sam przez 40 tomów akt sprawy.

>>> Czytaj też: W których województwach w Polsce zarabia się najlepiej, a w których najgorzej?