Dzień, w którym pierwszy samolot pasażerski z Państwa Środka wzbije się w powietrze, zbliża się wielkimi krokami. Pekin podpisał właśnie umowę na dostawę supernowoczesnych silników do Comaca C919: o kontrakt wart 30 mld dolarów walczyło kilka potężnych firm. Ostatecznie wygrało francusko-amerykańskie konsorcjum CFN, które tworzą Safran oraz General Electric, z prototypowym napędem Leap-X1C.

>>> Czytaj też: "Chińczycy będą mieli swój Wielki Samolot"

– Zdecydowaliśmy się na ten silnik, bo jest bardziej oszczędny i przyjazny środowisku niż produkty naszej konkurencji. A to przecież wysokie ceny paliwa generują największe koszty linii lotniczych. Na dodatek zmniejszona produkcja gazów cieplarnianych przez Leap-X1C ułatwi nam wejście na zachodnie rynki, na których obowiązują rygorystyczne ekologiczne normy – powiedział tuż po podpisaniu kontraktu szef Comac Zhang Qingwei.

W tych słowach kryje się strategia Chin: C919 ma być tani i zalać świat.

Kosmos już, czas na niebiosa

Rządzący Chinami komuniści od dawna marzą o zrównaniu się w technologicznym wyścigu z bogatym Zachodem. Udało im się dogonić Amerykę i Europę w komosie – w ubiegłym roku rakieta Shenzhou VII wyniosła na orbitę trzech taikonautów. Lotnictwo pozostaje wciąż piętą achillesową Państwa Środka. Od lat na skostniałym rynku dominują dwie firmy – przeżywający zadyszkę Boeing, który kilkanaście dni temu pokazał w końcu pierwszego latającego Dreamlinera, oraz europejski Airbus, który po latach opóźnień święci triumfy z A380, największą pasażerską maszyną świata.

>>> Czytaj też: "Chińczycy chcą być na Marsie"

Chodzi o miliardy dolarów

Komunistyczna Partia Chin nakreśliła więc ambitny plan wykrojenia dla siebie wielkiego kawałka z bardzo lukratywnego tortu, jakim jest cywilny przemysł lotniczy. Najpierw umiejętności chińskich inżynierów miały zostać przetestowane na niewielkim odrzutowcu Comac ARJ21. Test nie wypadł najlepiej. Prace nad nim trwają już osiem lat i ich końca nie widać.

– Pekin uznał, że nie może dłużej czekać, bo Airbus i Boeing zakończyły pojedynek na maszyny transatlantyckie i zaczną wkrótce prace nad nowymi samolotami średniego zasięgu. A to przecież najbardziej dochodowa część branży lotniczej – tłumaczy w rozmowie z nami Bradley Perett z Aviation Week. Zamówienia będą opiewać na miliardy dolarów, więc jest o co walczyć.

>>> Czytaj też: "Opóźnienia Dreamlinera zatrzęsły Boeingiem"

Takim właśnie samolotem jest C919, który ma być rywalem dla 737 i A320. To 150-osobowa maszyna średniego zasięgu, czyli do ok. 6 tys. km. W sam raz, by przelecieć z Nowego Jorku do Los Angeles, z Helsinek do Lizbony czy z Pekinu do Dżakarty. Dziewiczy lot C919 został zaplanowany już na 2014 rok, za kolejne dwa lata ma trafić na rynek. To prawdziwie ekspresowe tempo.

Celem ludowych Chin jest wyprodukowanie co najmniej 2 tysięcy maszyn przez najbliższe dwie dekady. To także wyjątkowo ambitny plan: Boeing sprzedał prawie 6 tysięcy sztuk modelu 737 (zaczął produkcję w 1968 roku), zaś Airbus niecałe 4 tysięcy A320, choć jest montowany od 1988 roku.

Dobry, bo nie chiński

Czy można, nie posiadając praktycznie żadnego doświadczenia, wyprodukować nowoczesny samolot pasażerski? Po pierwszym pokazie modelu C919 pojawiły się głosy, że to kopia A320. Specjaliści nawet nie ukrywali zdziwienia. Chiny znane są z tego, że kopiują zaawansowany technologicznie sprzęt i wypuszczają na rynek pod własną nazwą. – Tu kopiowanie nie jest postrzegane jako coś złego czy nieetycznego – żalił się dwa lata temu szef DaimlerChryslera Dieter Zetsche.

Czy C919 ma szansę podbić rynek? Eksperci uważają, że nie jest bez szans. Zwracają uwagę na to, że początkowo planowano budowanie maszyny wyłącznie z rodzimych części. To zapewne nie zachęciłoby potencjalnych kupców – bo skoro chińskie samochody nie mają dobrej opinii, dlaczego inaczej miałoby być z samolotami. Pekin zdecydował się więc sięgnąć po renomowanych dostawców podzespołów. Tym sposobem zamyka usta krytykom, którzy twierdzą, że towar z metką z napisem „made in China” do niczego się nie nadaje. – Zaletą nowej maszyny będzie także z pewnością cena – dodaj Perett.

To oznacza, że Airbus i Boeing już niedługo mogą mieć wyjątkowo mocnego rywala.