Wróbel: Bezrobocie w górę, sprzedaż detaliczna w dół

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
23 lutego 2011, 18:11
Łukasz Wróbel, Noble Securities
Łukasz Wróbel, Noble Securities/Forsal.pl
Makroekonomiczne dane z Polski, które poznaliśmy w środę nie dawały inwestorom powodów do optymizmu, lecz nie przeszkodziło to naszemu rynkowi akcji w odrabianiu strat z początku tygodnia.

Makroekonomiczne dane z Polski, które poznaliśmy w środę nie dawały inwestorom powodów do optymizmu, lecz nie przeszkodziło to naszemu rynkowi akcji w odrabianiu strat z początku tygodnia.

Po grudniowym szale świątecznych zakupów sprzedaż detaliczna spadła w styczniu o 28,6 proc. m/m, a w odniesieniu do poziomu ze stycznia 2010 r. była wyższa o 5,8 proc. W grudniu 2010 r. na dobra i usługi konsumpcyjne wydawaliśmy łącznie o 12 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie w styczniu wzrosła stopa bezrobocia do 13 proc. z 12,3 proc. w grudniu. WIG20 wzrósł w środę o 0,8 proc., co było jednym z najlepszych wyników wśród światowych giełd, gdzie akcje nadal taniały.

Sądząc po zachowaniu kursu złotego, inwestorzy na rynku walutowym w większym stopniu niż na dane z Polski reagowali na notowania głównych par walutowych. Po południu złoty korzystał z osłabienia dolara względem euro - za jednego dolara płacono 2,88 PLN, ale już w stosunku do franka i euro radził sobie gorzej. Kurs szwajcarskiej waluty wrócił do lokalnych szczytów z okolicy 3,10 PLN, a euro było najdrożesze w tym roku i kosztowało 3,97 PLN. Wczoraj mogło się wydawać, że ucieczka inwestorów od ryzyka w kierunku amerykańskiego dolara, jen i franka jest czymś poważniejszym niż kilkugodzinnym wahnięciem, ale uwaga uczestników rynku po komentarzach przedstawicieli ECB zaskakująco szybko przeniosła się na stopy procentowe. Na przestrzeni ostatniego tygodnia już trzech członków ECB stwierdziło, że bank centralny jest w gotowości do reagowania na rosnące ceny, co w praktyce oznacza, że koszt pieniądza w strefie euro może wbrew prognozom ekonomistów wzrosnąć jeszcze w pierwszej połowie 2011 r.

Na rynkach surowcowych w środę po południu nie przestawały drożeć metale szlachetne i ropa. Złoto było najdroższe w tym roku (1414 USD za uncję), cena srebra wzrosła o ok. 3 proc. do ok. 33,6 USD za uncję, a baryłka ropy naftowej po kilkugodzinnej korekcie po godz. 17 czasu warszawskiego kosztowała ponad 98 USD (wczoraj po południu była ok. 4 USD tańsza). Ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego stwierdził dziś, że świat jest w stanie poradzić sobie z wyższym kosztem energii i jeśli droga ropa nie będzie długotrwałym zjawiskiem, dynamika wzrostu gospodarczego nie powinna znacząco spowolnić. MFW szacuje, że średnia cena za baryłkę ropy naftowej w 2011 r. wyniesie ok. 95 USD. Analitycy Merill Lynch zwrócili uwagę, że z powodu gwałtownego wzrostu cen ropy w największym stopniu ucierpią kraje takie, jak Turcja, Korea Południowa, Indie i Indonezja, a szczególnie odporne są Niemcy, Japonia i Chiny.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Noble Securities
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj