Czasami odnoszę wrażenie, że ten fundamentalny spór o kształt naszego państwa (bo nie tylko o model gospodarki czy przyszłość emerytur) sprowadzany jest do personalnego konfliktu pomiędzy ministrem Rostowskim a Balcerowiczem, co świadczyć tylko może o miałkości naszej debaty publicznej, a na pewno – o ucieczce od zmierzenia się z głównymi problemami tej dyskusji.

Nawet wśród prawników i ekonomistów co rusz spotykam osoby, które otwarcie się przyznają, że nie mają pojęcia o istocie proponowanych przez rząd rozwiązań. Co tu dopiero mówić o szarym obywatelu, a także młodzieży, dla której emerytura to coś ze świata science fiction. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem parlament będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie. Bo poprzednim razem, kiedy obcinano składkę na otwarte fundusze emerytalne, tempo prac parlamentarnych, szczególnie w Senacie, było tak pośpieszne, że chyba niewielu posłów i senatorów miało pełną świadomość, o co toczy się ta gra.

Rząd przy każdej okazji podkreśla, że chodzi tu tylko o naprawienie pierwotnych błędów reformy z 1999 r. Gdyby tak było, to w ciągu ostatnich 6 lat było wystarczająco dużo okazji, by dostrzeżone błędy usunąć. Tak się jednak nie stało. Raczej dotychczas psuto pierwotne założenia, np. kiedy w 2004 r. zmieniano zasady waloryzacji emerytur z części repartycyjnej. Zdaniem wielu ekonomistów, także analityków rządowych, zapowiedziana reforma prowadzi wprost do kolejnej fazy destrukcji finansów publicznych. W rozumowaniu ministrów forsujących zapowiedziane zmiany widać gołym okiem ewidentne błędy – nikt z tego kręgu nie przejmuje się już argumentami, a te, które zostały podważone w dotychczasowej dyskusji, powtarza się bez żenady opierając się na wątpliwej wartości opiniach prawnych.

>>> Czytaj też: Reforma emerytalna: Rząd przyjął zmiany w OFE

Jeśli jest prawdą na przykład, co ostatnio pisano, że jedna z opinii bazuje na orzecznictwie Sądu Najwyższego sprzed 1 stycznia 2010 r. (dziwne, że wszyscy zwolennicy likwidacji OFE powołują się wyłącznie na wyrok z 2008 r.), to powtórzmy raz jeszcze: od początku 2010 r. mamy do czynienia z istotną zmianą stanu prawnego, związaną z wejściem w życie nowej ustawy o finansach publicznych. Nowa ustawa zalicza do finansów publicznych wyłącznie takie składki, które trafiają do państwowych funduszy celowych. Przed 1 stycznia 2010 r. stan prawny był inny. W poprzedniej ustawie nie było tego magicznego słówka „państwowe”. Cokolwiek powiedzieć o OFE, to one państwowymi funduszami nie są. Może ktoś w czasie uchwalania nowej ustawy czegoś nie dopilnował po myśli aktualnie rządzących, ale czy oni mieli wówczas tego świadomość? Stosowna poprawka pojawia się dopiero w Senacie.

Reklama

Jedno słowo ustawodawcy i całe biblioteki idą na makulaturę – powtarzano nam na studiach. Nie jest to prawdą, ale w odniesieniu do opinii, które nie potrafią zbadać rzetelnie aktualnego stanu prawnego, ta maksyma na pewno się sprawdza.

Bywało w historii, że po to, by nie wykupywać obligacji, rządy wywoływały wojny czy rewolucje. Rosja po rewolucji bolszewickiej została z kupą niewykupionych obligacji zachodnich. Choć trzeba przyznać, że do dziś wykupuje grzecznie swoje, emitowane jeszcze przed rewolucją.

Na krótką metę może się coś w zamieszaniu na rynku obligacji udać. Ale w dłuższym dystansie oszustwa z obligacjami się nie opłacają. Stoi przecież za nimi autorytet nie tyle rządu, ile państwa.

Cała ta historia z zamachem na obligacje rządowe, wykupione przez OFE i stanowiące pokrycie majątkowe dla wywiązania się z przyszłych zobowiązań w stosunku do uczestników OFE, przypomina mi niebezpiecznie taką oto sytuację: wyobraźmy sobie, że ktoś pożyczył od was tysiąc złotych, obiecując 1100 za rok i dając stosowne pokwitowanie. Ale jak byście zareagowali, gdyby wasz dłużnik przed upływem roku przyszedł do was z sugestią, że ponieważ czasy są trudne, a dookoła sami bandyci, to zdecydowanie lepiej będzie dla was, jeśli to pokwitowanie dacie mu na przechowanie w jego bardziej bezpiecznym sejfie niż wasz. Czy ktoś o zdrowych zmysłach poszedłby na to – nawet gdyby oferowano mu 1200 zł?

>>> Czytaj też: Zmiany w OFE cofną rynek obligacji skarbowych o kilka lat

Jerzy Stępień były prezes Trybunału Konstytucyjnego / Dziennik Gazeta Prawna