Forsal logo

Zmiany w OFE: Oszustwa z obligacjami się nie opłacają

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
29 listopada 2013, 16:02
Dyskusja nad zmianami w systemie emerytalnym wchodzi w kolejną fazę. Szkoda tylko, że z płaszczyzny merytorycznej ześlizgnęła się już całkowicie na tory polityczne.

Czasami odnoszę wrażenie, że ten fundamentalny spór o kształt naszego państwa (bo nie tylko o model gospodarki czy przyszłość emerytur) sprowadzany jest do personalnego konfliktu pomiędzy ministrem Rostowskim a Balcerowiczem, co świadczyć tylko może o miałkości naszej debaty publicznej, a na pewno – o ucieczce od zmierzenia się z głównymi problemami tej dyskusji.

Nawet wśród prawników i ekonomistów co rusz spotykam osoby, które otwarcie się przyznają, że nie mają pojęcia o istocie proponowanych przez rząd rozwiązań. Co tu dopiero mówić o szarym obywatelu, a także młodzieży, dla której emerytura to coś ze świata science fiction. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem parlament będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie. Bo poprzednim razem, kiedy obcinano składkę na otwarte fundusze emerytalne, tempo prac parlamentarnych, szczególnie w Senacie, było tak pośpieszne, że chyba niewielu posłów i senatorów miało pełną świadomość, o co toczy się ta gra.

Rząd przy każdej okazji podkreśla, że chodzi tu tylko o naprawienie pierwotnych błędów reformy z 1999 r. Gdyby tak było, to w ciągu ostatnich 6 lat było wystarczająco dużo okazji, by dostrzeżone błędy usunąć. Tak się jednak nie stało. Raczej dotychczas psuto pierwotne założenia, np. kiedy w 2004 r. zmieniano zasady waloryzacji emerytur z części repartycyjnej. Zdaniem wielu ekonomistów, także analityków rządowych, zapowiedziana reforma prowadzi wprost do kolejnej fazy destrukcji finansów publicznych. W rozumowaniu ministrów forsujących zapowiedziane zmiany widać gołym okiem ewidentne błędy – nikt z tego kręgu nie przejmuje się już argumentami, a te, które zostały podważone w dotychczasowej dyskusji, powtarza się bez żenady opierając się na wątpliwej wartości opiniach prawnych.

>>> Czytaj też: Reforma emerytalna: Rząd przyjął zmiany w OFE

Jeśli jest prawdą na przykład, co ostatnio pisano, że jedna z opinii bazuje na orzecznictwie Sądu Najwyższego sprzed 1 stycznia 2010 r. (dziwne, że wszyscy zwolennicy likwidacji OFE powołują się wyłącznie na wyrok z 2008 r.), to powtórzmy raz jeszcze: od początku 2010 r. mamy do czynienia z istotną zmianą stanu prawnego, związaną z wejściem w życie nowej ustawy o finansach publicznych. Nowa ustawa zalicza do finansów publicznych wyłącznie takie składki, które trafiają do państwowych funduszy celowych. Przed 1 stycznia 2010 r. stan prawny był inny. W poprzedniej ustawie nie było tego magicznego słówka „państwowe”. Cokolwiek powiedzieć o OFE, to one państwowymi funduszami nie są. Może ktoś w czasie uchwalania nowej ustawy czegoś nie dopilnował po myśli aktualnie rządzących, ale czy oni mieli wówczas tego świadomość? Stosowna poprawka pojawia się dopiero w Senacie.

Jedno słowo ustawodawcy i całe biblioteki idą na makulaturę – powtarzano nam na studiach. Nie jest to prawdą, ale w odniesieniu do opinii, które nie potrafią zbadać rzetelnie aktualnego stanu prawnego, ta maksyma na pewno się sprawdza.

Bywało w historii, że po to, by nie wykupywać obligacji, rządy wywoływały wojny czy rewolucje. Rosja po rewolucji bolszewickiej została z kupą niewykupionych obligacji zachodnich. Choć trzeba przyznać, że do dziś wykupuje grzecznie swoje, emitowane jeszcze przed rewolucją.

Na krótką metę może się coś w zamieszaniu na rynku obligacji udać. Ale w dłuższym dystansie oszustwa z obligacjami się nie opłacają. Stoi przecież za nimi autorytet nie tyle rządu, ile państwa.

Cała ta historia z zamachem na obligacje rządowe, wykupione przez OFE i stanowiące pokrycie majątkowe dla wywiązania się z przyszłych zobowiązań w stosunku do uczestników OFE, przypomina mi niebezpiecznie taką oto sytuację: wyobraźmy sobie, że ktoś pożyczył od was tysiąc złotych, obiecując 1100 za rok i dając stosowne pokwitowanie. Ale jak byście zareagowali, gdyby wasz dłużnik przed upływem roku przyszedł do was z sugestią, że ponieważ czasy są trudne, a dookoła sami bandyci, to zdecydowanie lepiej będzie dla was, jeśli to pokwitowanie dacie mu na przechowanie w jego bardziej bezpiecznym sejfie niż wasz. Czy ktoś o zdrowych zmysłach poszedłby na to – nawet gdyby oferowano mu 1200 zł?

>>> Czytaj też: Zmiany w OFE cofną rynek obligacji skarbowych o kilka lat

1570189-jerzy-stepien-byly-prezes-trybunalu.jpg
Jerzy Stępień były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
były prezes TK i współautor reformy samorządowej
Jerzy Stępień
Prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, w grupie roboczej do spraw samorządu terytorialnego. W rządzie Jerzego Buzka był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. W 2008 r. zakończył kadencję sędziego i zarazem prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Został później dyrektorem Instytutu Przestrzeni Obywatelskiej i Polityki Społecznej przy Uczelni Łazarskiego. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Wielkiego Księcia Giedymina. Wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Gloria Artis, oraz medalem Zasłużony dla Wymiaru Sprawiedliwości przyznawanym przez KRS.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraStępień: Prawnicy bez filozofii »
Tematy: emerytury
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj