Specjaliści z Deloitte rekomendują dla polskich miast rozwiązania znane z zachodnich miast: zakaz jazdy samochodów ciężarowych w miastach po lewym pasie i bezwzględne karanie przez policję za wjazd na skrzyżowanie bez możliwości zjazdu (za granicą jest to tzw. yellow box, czyli obszar skrzyżowania zaznaczony żółtymi liniami). Kolejny postulat to zmniejszenie liczby znaków drogowych i ujednolicenie dopuszczalnej prędkości w miastach tylko do dwóch: 50 i 80 km/h.

Wśród propozycji są także: optymalizacja ustawienia świateł, zamiana ulic w ścisłych centrach miast z jedno- na dwukierunowe, wydłużenie pasów do skrętu w lewo (nawet kosztem zieleni). Ostatni pomysł to bezwzględny zakaz parkowania na drodze. - Drogi są kosztowne i służą do jeżdżenia, a nie blokowania ruchu - twierdzi Rafał Antczak z zarządu Deloitte Consulting.

Katastrofa mostu Łazienkowskiego

Z najnowszego rankingu wynika, że najbardziej zakorkowanym polskim miastem jest Wrocław, dalej są Kraków, i Warszawa, Poznań i Łódź. Najmniej korków jest w Katowicach i Gdańsku – podaje Deloitte. Ranking powstał jednak przed zamknięciem mostu Łazienkowskiego w połowie lutego, który wywrócił system komunikacyjny miasta do góry nogami. Dzisiaj Warszawa nie ma sobie równych w Polsce w niechlubnym rankingu korków.

Odpytani przez nas specjaliści przyznaje, że wprowadzenie nowych buspasów, a następnie częściowa ich likwidacja spowodowały w jednych miejscach kompletny paraliż, a w innych zaskakujące zmniejszenie natężenia ruchu, bo kierowcy zmienili trasy albo przesiedli się do komunikacji.

Szczegółowe dane dotyczące natężenia ruchu są interesujące. Np. opóźnienia podczas przejazdu samochodem Al. Jerozolimskimi w stronę Pragi po zamknięciu mostu Łazienkowskiego w popołudniowym szczycie sięgnęły 50 minut, a po dodaniu buspasów do 1,5 godziny! Poprawa nastąpiła dopiero po likwidacji południowego buspasa (na Pragę). Co ciekawe, w tym czasie, dramatycznie pogorszył się czas przejazdu na jezdni północnej, czyli w stronę centrum. Co się stało? Kierowcy jednego zobaczyli, że korki na jednej jezdni się zmniejszyły, dlatego z powrotem przesiedli się do aut. A wtedy utknęli na jezdni do centrum, gdzie buspas został.

- Czarno na białym widać, że bardzo dużym błędem polityki transportowej była niedawna modernizacja Al. Jerozolimskich w ten sposób, że tory zostały wyniesione ponad jezdnie. Gdyby autobusy mogły jeździć po wspólnym pasie z tramwajami, dzisiejsza sytuacja nie powodowałaby ograniczenia przepustowości – mówi Rafał Mikołajczak, prezes Indigo, operatora serwisu Targeo.pl.

Na Wiłostradzie po zamknięciu mostu pojawiło się wąskie gardło na dojeździe do mostu Poniatowskiego. Co ciekawe, akurat tu trudności dla kierowców zniknęły właśnie dzięki buspasom, bo te umożliwiły bezproblemowe włączanie się do ruchu na moście. Takich niespodzianek jest więcej. Eksperci przyznają, że sytuacja po zamknięciu mostu Łazienkowskiego jest stale obserwowana i będzie przedmiotem analiz planistów w różnych miastach, nie tylko w Polsce.

>>> Czytaj też: Stare samochody nie wjadą do centrów miast? Samorządowcy szykują bat na kierowców

Gdańsk najlepiej walczy z korkami

W rankingu za 2014 r. Gdańsk jest w 2014 r. miastem o najmniejszej liczbie korków (czas tracony w korkach wynosił 14 minut i 46 sekund dziennie), co stanowi spadek o ponad 6 minut. Miesięcznie kierowcy mają spędzać tu w korku średnio 5 godz. 10 minut. Gdańsk znacząco ograniczył liczbę wąskich gardeł, doganiając pod tym względem lidera trzech poprzednich rankingów, czyli Katowice. W Łodzi kierowcy ponosili najniższy nominalny koszt korków - 201 zł miesięcznie. Jednak w porównaniu ze średnią płacą, roczny koszt korków w Łodzi okazał się jednym z najwyższych – to 65 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia.

Gdzie korki są największe? Trzecie miejsce od końca zajmuje w rankingu Deloitte zajmuje Warszawa (7 godz. 28 minut w korkach miesięcznie) – dane sprzed zamknięcia mostu Łazienkowskiego. Jak podają twórcy rankingu, ponowne otwarcie ulic w centrum Warszawy, zamkniętych na czas budowy II linii metra, paradoksalnie zwiększyło korki. Zjawisko to jest określane jako paradoks Braessa i polega na uruchomieniu zjawiska ukrytego popytu.

Gorzej było w 2014 r. w Krakowie (7 godz. 35 minut). A najgorzej wypadł Wrocław: w ciągu czterech lat czas w korkach wydłużył się o półtorej godziny miesięcznie (do 8 godz. 35 minut), a roczny koszt dla mieszkańca-kierowcy wzrósł aż do 88 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia.

Korki i utrudnienia w ruchu drogowym w największych polskich miastach w 2014 r. kosztowały kierowców 3,6 mld zł – podaje Deloitte. Pracujący kierowcy w siedmiu największych miastach Polski tracili w korkach w 2014 r. średnio 13,7 mln zł dziennie (w porównaniu z 2013 r. oznacza to pogorszenie o ponad 5 proc.) Ale wzrost średnich wynagrodzeń w siedmiu analizowanych miastach na zbliżonym poziomie do kosztów korków oraz spadek cen paliw sprawił, że w ujęciu realnym koszt korków nieznacznie spadł i wynosił średnio 68 proc. miesięcznego wynagrodzenia w porównaniu z 70 proc. w r. 2013.

>>> Polecamy: Warszawę czeka komunikacyjna rewolucja. Co się zmieni po otwarciu II linii metra