Mięso, kości, ości i resztki wędlin nie mogą trafiać do pojemnika BIO. Ta zasada była powtarzana tak często, że dla wielu stała się czymś równie oczywistym jak to, że szkło wrzuca się do zielonego pojemnika, a papier do niebieskiego. Teraz jedna z wielkopolskich gmin właśnie odwraca ten porządek.
W Nowym Mieście nad Wartą weszły w życie przepisy, które diametralnie zmieniają codzienną segregację odpadów. Mieszkańcy mogą odtąd wrzucać do frakcji BIO także to, co jeszcze do niedawna bezwzględnie musiało trafiać do odpadów zmieszanych: mięso, kości, ości i resztki wędlin.
To nie jest jednak administracyjny eksperyment ani chwilowa moda na nowe rozwiązania ekologiczne. Za zmianą stoi rozwój technologii, który sprawił, że to, co jeszcze niedawno było niemożliwe, dziś staje się standardem.
Technologia zmienia zasady gry
Przez lata obowiązywał prosty powód, dla którego odpadów pochodzenia zwierzęcego nie wolno było wrzucać do BIO. Tradycyjne kompostownie nie były w stanie ich bezpiecznie przetwarzać.
Resztki mięsa, kości czy wędlin mogły powodować problemy sanitarne, przyciągać szkodniki i zaburzać cały proces przetwarzania odpadów. Dlatego trafiały prosto do najdroższej i najmniej pożądanej kategorii, czyli odpadów zmieszanych.
Teraz sytuacja się zmienia. Jak poinformował urząd gminy, Wielkopolskie Centrum Recyklingu, które obsługuje Nowe Miasto nad Wartą, wdrożyło system HACCP i uzyskało specjalistyczne certyfikaty umożliwiające przetwarzanie odpadów pochodzenia zwierzęcego.
To może brzmieć jak techniczny szczegół, ale w praktyce oznacza prawdziwą rewolucję. Jak zauważa portal jarocinska.pl, jest to krok w stronę skuteczniejszego odzysku energii i ograniczenia ilości odpadów zmieszanych, które są najdroższe w zagospodarowaniu.
A to oznacza korzyści nie tylko dla środowiska, ale również dla samorządowych budżetów, a pośrednio także dla mieszkańców.
Jeden pojemnik już nie wystarczy
Zmiana zasad zbiegła się z uruchomieniem zupełnie nowego systemu zbiórki bioodpadów, który obowiązuje od 1 stycznia 2026 roku. Od tej pory bioodpady zostały podzielone na dwie osobne frakcje: zieloną i kuchenną.
Do pierwszej zaliczają się odpady roślinne pochodzące z ogrodów, parków i cmentarzy. Mowa między innymi o liściach, gałęziach, trawie czy kwiatach. Do drugiej trafi wszystko to, co powstaje w naszych kuchniach. Są to między innymi resztki warzyw i owoców, obierki, fusy po kawie i herbacie, papierowe ręczniki, ale także mięso, kości, ości i pozostałości wędlin. To oznacza, że mieszkańcy muszą przyzwyczaić się do korzystania z dwóch różnych pojemników.
Bioodpady zielone trafiają do dużych, 240-litrowych brązowych pojemników oznaczonych napisem „odpady zielone”. Gmina dostarcza je mieszkańcom w ramach systemu odbioru odpadów. Wyjątek stanowią osoby, które posiadają zgłoszony kompostownik. One takich pojemników nie otrzymają.
Z kolei bioodpady kuchenne należy wrzucać do mniejszych, 80-litrowych pojemników wyposażonych w system wentylacji i oznaczonych napisem „BIO”. Te mieszkańcy muszą kupić samodzielnie, choć firma ZGO NOVA deklaruje możliwość ich bezpłatnego udostępnienia na czas realizacji usługi.
Jeden foliowy worek może zepsuć wszystko
Nowe zasady wymagają jednak większej uważności niż dotychczas. Już w kwietniu urząd gminy alarmował, że podczas odbioru bioodpadów kuchennych pojawiają się pierwsze błędy.
Firma odbierająca śmieci zwróciła uwagę, że część mieszkańców nadal wyrzuca odpady w plastikowych workach. Opublikowano nawet zdjęcia pokazujące skalę problemu.
To nie jest drobna pomyłka
W przypadku bioodpadów jeden niewłaściwie posegregowany element może sprawić, że przetworzenie całej partii odpadów stanie się niemożliwe.
Do pojemników BIO mogą trafiać mięso, kości, ości, wędliny, resztki warzyw i owoców, fusy po kawie i herbacie oraz zużyte ręczniki papierowe. Nie wolno natomiast wrzucać tam odpadów znajdujących się w opakowaniach szklanych, metalowych lub plastikowych. Zakazane są również worki foliowe, kamienie, ziemia, popiół, odchody zwierząt, trociny, żwirek i pelet z kuwet, a także płynne odpady kuchenne.
Paradoksalnie właśnie ta ostatnia zmiana może okazać się dla mieszkańców najtrudniejsza. Przez lata uczono ich, że kości i mięso są zabronione. Teraz można je wyrzucać, ale jednocześnie trzeba pamiętać o całej liście innych ograniczeń.
To dopiero początek większych zmian
Nowy system nie jest rozwiązaniem tymczasowym. Władze gminy podkreślają, że będzie obowiązywał przez wiele lat i stanowi element szerszej polityki dotyczącej gospodarki odpadami. To również przygotowanie do przyszłych wymogów unijnych, które będą wymagały jeszcze bardziej precyzyjnej segregacji bioodpadów.
Cel jest prosty: jak najwięcej odpadów ma trafić do odpowiednich frakcji, a jak najmniej do kosztownych odpadów zmieszanych.
Bo choć segregacja śmieci wielu osobom kojarzy się wyłącznie z kolejnymi obowiązkami i coraz bardziej skomplikowanymi instrukcjami, samorządy patrzą na to zupełnie inaczej. Każda skórka po bananie, każda filiżanka fusów po kawie i każda kość z niedzielnego obiadu, która trafi tam, gdzie trzeba, oznacza mniej odpadów, niższe koszty i większe korzyści dla środowiska. A wszystko wskazuje na to, że podobnych zmian w najbliższych latach będzie coraz więcej.
Absolwentka politologii i dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, także PR-owiec. Przez blisko dziesięć lat jej pasją było radio, gdzie prowadziła audycje i robiła reportaże, ostatecznie zwyciężyła magia mediów internetowych. Bliskie są jej tematy związane z rynkiem pracy i przedsiębiorczością. Lubi rozmawiać z ludźmi i opisywać ich historie, także te biznesowe, prowadzące do sukcesu. Prywatnie wielbicielka psów i kotów, górskich wędrówek, jazdy na nartach i podróży w miejsca nieoczywiste.
