Forsal logo

Miliony Hutu w Polsce? Radykalizacja prawicy i hejt wobec „obcych” zagrażają bezpieczeństwu, gospodarce i jakości życia Polaków [OPINIA]

Ten tekst przeczytasz w 15 minut
59 minut temu
Zdecydowana większość Polek i Polaków wie, że ataki pseudopatriotycznych bandytów na Ukrainki i Ukraińców zagrażają nie tylko porządkowi i bezpieczeństwu, ale też gospodarce oraz poziomowi i jakości życia.
Zdecydowana większość Polek i Polaków wie, że ataki pseudopatriotycznych bandytów na Ukrainki i Ukraińców zagrażają nie tylko porządkowi i bezpieczeństwu, ale też gospodarce oraz poziomowi i jakości życia./Forsal.pl
Harujący na polskiej budowie Ukrainiec i opiekująca się polskimi seniorami Ukrainka tworzą kilka procent PKB Polski. A jaki wkład w polską gospodarkę, społeczeństwo, kulturę mają nasi rodzimi bandyci atakujący cudzoziemców i politycy szczujący na „obcych” w interesie swoich partii i putinowskiej Rosji? Polki i Polacy znają odpowiedź i coraz częściej aktywnie bronią napadanych ludzi.

Scenka z minionego tygodnia: dwóch bandziorów mieniących się „patriotami” i „obrońcami Polski” wyzywało i próbowało fizycznie napaść na jadące warszawskim pociągiem Ukrainki. Powstrzymywał ich konduktor wraz jednym z pasażerów. Mimo to napastnicy próbowali się przedrzeć do cudzoziemek. Wtedy pozostali pasażerowie zdecydowanie zastopowali bandziorów i wyrzucili z wagonu na najbliższej stacji. Tu już czekała policja.

Nieuchronna radykalizacja PiS po odejściu ludzi Morawieckiego to zła wiadomość dla gospodarki

Polki i Polacy coraz częściej stają w obronie atakowanych cudzoziemców. Reakcję w duchu słynnego już XI przykazania: „Nie bądź obojętny” (słowa te wypowiedział Marian Turski, były więzień Auschwitz, w rocznicę wyzwolenia niemieckiego obozu zagłady) podpowiada im nie tylko zwykła ludzka przyzwoitość, ale też – instynkt samozachowawczy i czysto ekonomiczna kalkulacja. Zdecydowana większość z nas czuje i wie, że panoszenie się pseudopatriotycznych bandytów i oszołomów w przestrzeni publicznej zagraża nie tylko naszemu wspólnemu porządkowi i bezpieczeństwu (Polska należy dziś do najbezpieczniejszych krajów globu!), ale też – poziomowi i jakości życia każdego i każdej z nas.

Putinowska propaganda powielana co sekundę w amerykańskich i chińskich społecznościówkach przez polską (?) prawicę próbuje nam wmawiać, że „cudzoziemcy żerują na naszej pracy”, tymczasem jeśli ktokolwiek tu na nas żeruje, to właśnie ci, którzy najgłośniej wrzeszczą na cudzoziemców, szerząc nienawiść i wywołując przemoc.

W tym kontekście nieuchronna radykalizacja PiS - partii, która w ocenie milionów Polek i Polaków (a także wedle suchych danych ekonomicznych) przyczyniła się w czasie swoich rządów do wzrostu gospodarczego i poprawy dobrobytu mas – po odejściu ludzi Mateusza Morawieckiego, nie jest dobrą wiadomością. PiS Jarosława Kaczyńskiego i Przemysława Czarnka będzie nadal zaciekle walczyć o wyborców obu Konfederacji, a to oznacza z jednej strony zaostrzenie retoryki, a z drugiej – docenienie i zachęcanie najbardziej skrajnych sił do publicznej aktywności. Słownej i rękoczynnej…

A dzieje się to w kraju, w którym na wzrost PKB i poziomu życia nas wszystkich pracuje już oficjalnie ponad 1,3 mln, a nieoficjalnie – około 2 mln cudzoziemców, głównie z Ukrainy. W niektórych profesjach stanowią oni (i one!) ponad połowę pracowników w Polsce. Nie dlatego, że „cudzoziemcy odbierają pracę Polkom i Polakom”, tylko z tego prozaicznego powodu, że brakuje Polek i Polaków do wielu prac, zwłaszcza prostych i ciężkich. Co więcej – ten deficyt stale się powiększa, bo tracimy co roku blisko 200 tys. osób w wieku produkcyjnym, a – z powodu pogłębienia zmian demograficznych - w perspektywie dwóch dekad będziemy tracić nawet pól miliona osób rocznie.

Pracownicy z zagranicy, głównie z Ukrainy, dominują dzisiaj w takich branżach, jak sprzątanie i dozorowanie, obsługa hoteli i pensjonatów, gastronomia, opieka nad dziećmi i seniorami. Gdyby nagle zwinęli się z Polski, np. do Niemiec, mielibyśmy totalną zapaść w transporcie, handlu, przemyśle czy zbiorach owoców. Szczególnie bolesne byłoby to jednak w budownictwie, któremu już chronicznie brakuje ludzi, a które ma do zrealizowania największe inwestycje infrastrukturalne (energetyczne, kolejowe, lotniskowe…) w dziejach nie tylko Polski, ale naszej części Europy.

Warto wiedzieć, że zniechęcani przez polskich „narodowców  Ukraińcy coraz częściej migrują na Zachód, ale w polskich fabrykach i na budowach oraz w hotelach i restauracjach wcale nie zastępują ich Polki i Polacy, tylko zwożeni z daleka Filipińczycy i Kolumbijczycy. Polaków chętnych do tych robót nie ma.

Wrzeszczący na ulicach „patrioci” i groteskowi „obrońcy granic” nie palą się do wykonywania setek mozolnych prac. Tu warto zadać pytanie: jaki wkład do polskiego PKB wnoszą osoby, dla których jedynym lub podstawowym sensem życia jest np. zawzięte kibicowanie kilkunastu panom kopiącym nadmuchany skórzany balon, przy czym wynik meczu nie jest tutaj pierwszo-, ani nawet drugorzędny? A zwłaszcza, jaki jest ten wkład w kraju takim, jak Polska, gdzie żaden klub to nie jest biznes na miarę Barcelony, ani nawet RFC Liege, za to co chwila słyszymy, że „kibice” dali się poznać z „biznesów” narkotykowych oraz wojen na maczety (o maczetach dalej)?

Jaki jest wkład Ukraińców i innych imigrantów do PKB Polski

Wedle różnych raportów, cudzoziemcy stanowią ok. 7 proc. pracujących w polskiej gospodarce i taki też jest ich wkład w dochody budżetu państwa, NFZ czy ZUS. Przy tym – wbrew kłamstwom ruskiej propagandy i jej tzw. pożytecznych idiotów nad Wisłą – to, co „wyciągają” z polskiego systemu emerytalnego i systemu zasiłków (w tym 800+) jest liczone w  promilach i w przyszłości nie obciąży polskiego budżetu ani Funduszu Ubezpieczeń Społecznych ponad to, co sami cudzoziemcy wypracowali w Polsce. Jednoznacznie rozstrzygają to zapisy w polskich ustawach oraz umowach międzynarodowych.

Co istotne, eksperci Narodowego Banku Polskiego w opublikowanym w zeszłym roku „NBP Working Paper No. 376, How Much Are Ukrainian Refugees Contributing to the Polish Economy?”, zwracają uwagę, że dane GUS mogą być mocno niedoszacowywać wkładu Ukrainek i Ukraińców w polską gospodarkę, bo wielu cudzoziemców nie ma w oficjalnych statystykach. Chodzi nie tylko o młodych poniżej 27 roku życia zwolnionych z opłacania składek na ubezpieczenia społeczne z tytułu umów zlecenia czy zasuwających w rolnictwie, ale przede wszystkim o pracujących na czarno. Wedle rzeczonego raportu NBP, może to być nawet jedna trzecia wszystkich pracujących, czyli w przypadku obywateli Ukrainy - 600 tys. osób. Trzeba przy tym pamiętać, że mimo relatywnie dobrego wykształcenia Ukraińcy trzy razy rzadziej od Polaków są w Polsce zatrudniani na stanowiskach specjalistycznych i menedżerskich (dotyczy to ok. 11 proc., gdy wśród Polaków – 33 proc.), natomiast wielokrotnie częściej pracują jako pracownicy fizyczni i w usługach osobistych. Prostymi pracami zajmowało się w chwili analizy NBP 53 proc. imigrantów i aż 68 proc. osób o statucie uchodźcy. „Znaczna część imigrantów pracuje poniżej swoich kwalifikacji” – pisze NBP. W dodatku statystyczny Ukrainiec spędza w pracy średnio o 20 proc. więcej czasu niż statystyczny Polak. W latach 2019-23 było to między 48 a 51 godzin tygodniowo.

W efekcie sami imigranci, którzy dotarli do Polski z Ukrainy przed inwazją Rosji w 2022 r., w latach 2021-23, przyczynili się do średniorocznego wzrostu PKB o 0,5 pkt. proc., co stanowiło aż 18 proc. całego wzrostu PKB Polski. Uchodźcy, którzy napłynęli do nas po 22 lutego 2022 r., dołożyli 0,8 pkt proc. rocznie. To aż 29 proc. całego wzrostu PKB Polski. Bez tego wkładu Polska byłaby dziś o wiele biedniejsza, wiele branż ciągnących w górę polskie PKB i poziom życia Polek i Polaków miałoby katastrofalne problemy, obciążone wydatkami budżet Polski i FUS notowałyby radykalnie niższe wpływy z podatków i składek.

Oczywisty wniosek: praca cudzoziemców, zwłaszcza Ukrainek i Ukraińców, bardzo korzystnie wpływa nie tylko na funkcjonowanie polskich firm i stan finansów publicznych, ale przede wszystkim – na poziom i jakość życia Polek i Polaków. I my to w większości wiemy!

Pisałem tu niedawno, że – wedle opublikowanych niedawno analiz GUS – w 2025 r. blisko 60 proc. gospodarstw domowych oceniło swoją sytuację materialną jako dobrą albo raczej dobrą. W wielkich miastach 75 proc. To 10 razy więcej niż w chwili wejścia Polski do UE, a wiec przed napływem ponad 2 milionów cudzoziemców. Za złą lub raczej złą swoją sytuację materialną uznało w 2025 r. około 4 proc. badanych gospodarstw domowych. To najmniej w dziejach badań. Zarówno obiektywne dane o dochodach i wydatkach, jak i subiektywne oceny własnej sytuacji poprawiły się we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych, także wśród rencistów i były w 21025 r. najlepsze w historii.

Czy to oznacza, że nie ma w Polsce powodów do obaw i trosk, do głębokich reform i radykalnych zmian? Oczywiście, że są. O absurdach i patologiach państwa i gospodarki piszemy codziennie. Ale czy kluczem do rozwiązania największych problemów polskiego państwa i społeczeństwa jest nienawiść i przemoc wobec cudzoziemców, w tym bliskich nam kulturowo i w większości ciężko pracujących Ukraińców? Absolutnie nie. Jest to za to wielokrotnie sprawdzony w dziejach przepis na KATASTROFĘ społeczeństwa, gospodarki, a w konsekwencji także – państwa.

Nienawiść w służbie słupków poparcia dla partii, czyli przygrywka do Auschwitz po Auschwitz

Dlaczego w tytule tego tekstu użyłem – zakazanego w Rwandzie - słowa „Hutu”? Wyjaśnię to z perspektywy wieloletniego członka zarządu Fundacji Pamięci Ofiar Auschwitz.

Kilkanaście lat temu, w kolejną okrągłą rocznicę oswobodzenia KL Auschwitz, najbardziej znanego na świecie niemieckiego obozu śmierci, który stał się globalnym symbolem i synonimem ludobójstwa, przypomniałem, że kiedy połowa mieszkańców globu śledziła mecze jednej ósmej finału futbolowych Mistrzostw Świata, w sercu Afryki - reprezentowanej na MŚ przez Kamerun, Maroko i Nigerię - dobiegała końca jedna z największych rzezi w dziejach. Od kwietnia do lipca 1994 roku, od ciosów maczet, włóczni i siekier, z rąk sąsiadów, zginęło około miliona mieszkańców Rwandy. Pół wieku po Auschwitz wystarczyło sto dni, by wymordować niemal tyle samo niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci, co w niemieckiej fabryce śmierci przez 3 lata. Zbrodni dokonali Hutu, którym przez dekady wmawiano i którzy skutecznie wmówili sobie, że całe zło tego świata – od młodzieńczego trądziku po suszę, szarańczę i śmierć – dzieje się przez Tutsich. Więc wyrżnęli Tutsich. Nawet w domach swoich sióstr lub braci – bo niektóre Hutu były żonami Tutsich, a niektóre Tutsi żonami Hutu. Działo się to na placach i w szkołach. Oraz w kościołach. Bo i Tutsi, i Hutu to było katolicy.

Wydarzyło się to wiele lat po II wojnie, która pochłonęła ponad 60 milionów ludzkich istnień i zakończyła chóralnym "nigdy więcej". Ale to „więcej” wyrządziliśmy sobie od tego czasu blisko 300 razy – tyle krwawych konfliktów i rzezi ludzie zgotowali ludziom przez ostatnich osiem dekad. Zginęło w nich ok. 40 mln ludzi. Trzeba dodać kilka razy więcej rannych, inwalidów, uchodźców ulokowanych w miejscach przypominających nazistowskie obozy. Kambodża, Kongo, Republika Środkowoafrykańska, Uganda, Rwanda, sudański Darfur, Irak, Afganistan, Pakistan, Peru, Birma, Honduras, Sri Lanka, Madagaskar, Bangladesz, Somalia, wiecznie płonący Bliski Wschód, ale też - była Jugosławia (masakra w Srebrenicy wydarzyła się w rok po rzezi w Rwandzie, a straty materialne w ciągu dwóch miesięcy wojny w Kosowie były większe od tych z II wojny). I - oczywiście – atakowana przez Rosjan Ukraina.

Mechanizmy wszystkich tych tragedii są identyczne. Zaczyna się od słów nienawiści przeciwko konkretnym „obcym”, którzy mają być winni wszystkiego – od zmian klimatycznych po problemy gospodarcze. Także – na osobistym poziomie - dwój w szkole, kiepskiej pracy, przemocy w rodzinie i wszelkich życiowych niepowodzeń. Psychologicznie bardziej komfortowo przyznać, że „To nie moja wina. To ONI”. Żydzi. Tutsi. Albo Ukraińcy.

Przerabialiśmy to wiele razy. Także na ziemiach polskich. O zbrodniach niemieckich wiemy (wiemy?). O zbrodniach rosyjskich wiemy (wiemy?). O zbrodniach siepaczy Ukraińskiej Powstańczej Armii – wiemy (wiemy?). Ale też Polska „narodowa” prawica – choć zapewne nie  jest tego świadoma - codziennie mówi cytatami z bohaterów „Rodziny” Antoniego Słonimskiego, farsy napisanej 103 lat temu, kiedy Hitler zdobył władzę w Niemczech i rodziła się zbrodnicza III Rzesza. Mechanizmy tych narodzin były identyczne jak zawsze – i pozostały niezmienne do dziś. Szkoda że mniemani „patrioci” i bezczelnie samozwańczy „obrońcy Polski” nie czytają Słonimskiego, Gombrowicza, Mrożka. Ani „Popiołów” Żeromskiego. Ani „Kompleksu polskiego” Konwickiego. Przejrzeliby się w nich jak w lustrze.

Krzyczą i wypisują sobie na koszulkach „Pamiętamy”, a w istocie nie pamiętają tego, co najważniejsze: ceny nacjonalizmów. Pogruchotanej Europy wiecznych wojen. Nie kojarzą nienawiści jako źródła ludobójstwa. 60 mln ofiar śmiertelnych, 100 mln kalek fizycznych, setek milionów kalek emocjonalnych. Nie pamiętają Europy zwaśnionych plemion, które dwa razy podpaliły cały świat. Gdyby faktycznie pamiętali – nie chcieliby powrotu tych samych demonów i nie tańczyli z tymi demonami codziennie swojego chocholego tańca.

Nowi, a jakże STARZY nacjonaliści, kreślą nam wizję rzekomej Europy ojczyzn, a tymczasem jest to ta sama stara Europa plemiennych egoizmów. Zwolennicy tego powrotu do tragicznej przeszłości po ewentualnym triumfie nigdy się ze sobą nie dogadają. Sojusz AfD, LePenistów i Konfy jest niemożliwy z tego prostego powodu, że oni wszyscy kochają wyłącznie siebie: prostacko rozumiany „naród” i jeszcze bardziej prostacko rozumiany "narodowy interes".

W całej historii ludzkości prymitywni szowinistyczni narodowcy nie zbudowali NICZEGO prócz Auschwitz i jemu podobnych piekieł.

Media aspołeczne, czyli „Ukrainiec sprawcą”

W epoce, w której (wszystko na to wskazuje), mimo tych wszystkich „Pamiętamy” i „Nigdy więcej”, czołowi politycy będą się odwoływać do najgorszych emocji, budząc najgroźniejsze demony, szczególna rola spoczywa na mediach. Na tzw. platformy społecznościowe wpływ mamy radykalnie ograniczony, by nie rzec – iluzoryczny, bo sterują nimi algorytmy zblatowanych z Trumpem amerykańskich Bóg techów i chińskiego giganta powiązanego ściśle z komunistycznym reżimem. Tzw. prawicowe media robią to, co robią, ocierając się coraz częściej o formy i treści z filmów Leni Riefenstahl oraz rwandyjskiej „Kangury”, w której zaczytywała się przed rzezią większość Hutu (Kangura to w tłumaczeniu „Obudźcie ich”).

Ale – jak zwrócił w tym tygodniu uwagę Maciej Makselon, popularny polonista – również czołowe portale w Polsce, te oficjalnie informacyjno-lifestylowe, z wielomilionową publiką, codziennie stwarzają i umacniają w Polsce rzeszę (to celne słowo) ludzi o mentalności Hutu. Weźmy pierwsze z brzegu tytuły: „Pijany Ukrainiec wjechał bmw w ogrodzenie. Miarka się przebrała”, albo „Skandal w Tatrach. Ukrainiec wjechał samochodem nad Morskie Oko”.

Że to prawda?

No, to wyobraźmy sobie takie tytuły: „Mańkut wjechał swoim bmw w ogrodzenie”. Albo „Blondynka wjechała autem nad Morskie Oko”. Albo jeszcze lepiej „Ruda zajechała drogę patriocie”. Wiadomo, mańkuci są lewi, blondynki głupie, rude wredne. Stereotyp. Który jednakowoż w przypadku przynależności narodowej, a zwłaszcza skomplikowanych relacji między państwami i narodami, zmienia się w piekielnie groźny zapalnik. Z piekła rodem.

Zastanówmy się: Czy „pijany Ukrainiec wjechał swoim bmw w ogrodzenie”, bo jest Ukraińcem? To tak, jak twierdzić, że wjechał, bo jest mańkutem (bo, w domyśle, wiadomo, wszyscy mańkuci piją i wjeżdżają). Albo brunetem (bo wszyscy bruneci…). Czy to aby nie służy sugestywnemu uogólnieniu - i to na paru poziomach? Jeden z komentarzy pod tą „informacją”: „My, Polacy, ofiarnie im pomagamy, a ONI tylko piją i rozbijają się po NASZYM KRAJU drogimi NIEMIECKIMI samochodami”. Pisał to ruski troll czy polski narodowiec? Sęk w tym, że nijak nie da się dziś tego odróżnić. I to powinno być dla nas wystarczającą przestrogą.

Pod warunkiem, że nie tylko umiemy liczyć, ale też naprawdę PAMIĘTAMY, co może wyniknąć z zaniku pamięci i utraty umiejętności trzeźwej oceny tego, co dobre, a co złe. Tu biję brawo pasażerom wspomnianego na wstępie pociągu pod Warszawą: wykazali się wybitną znajomością historii i ekonomii, a przede wszystkim – człowieczeństwem. To jest właśnie „nie bądź obojętny” i „nigdy więcej”, od którego zależy zarówno dobrobyt, jak i jakość życia każdego i każdej z nas.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Zbigniew Bartuś
dziennikarz i felietonista Zbigniew Bartuś

Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraMiliony Hutu w Polsce? Radykalizacja prawicy i hejt wobec „obcych” zagrażają bezpieczeństwu, gospodarce i jakości życia Polaków [OPINIA] »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj