Ma ona ożywić europejską gospodarkę, otworzyć amerykański rynek dla firm z UE, dać nowe miejsca pracy, a wszystko z dbałością o zrównoważony rozwój, czyli z zapewnieniem ochrony praw pracowniczych oraz środowiska. W przypadku wariantu optymistycznego przyrost PKB ma wynieść 0,5 proc. w UE, a w Polsce ok. 0,2–0,4 proc.

Mimo tych zapewnień po obu stronach Atlantyku słychać negatywne opinie o tej umowie. Krytycy TTIP wskazują, że cła są już niskie i dodatkowe ich obniżenie przyniesie małe korzyści. Według nich faktycznym celem umowy jest poszerzenie wpływu korporacji na państwa i na decyzje podejmowane przez demokratyczne władze, m.in. za sprawą mechanizmu ISDS (inwestor przeciwko państwu). Umożliwi on skarżenie krajów przez korporacje do sądu arbitrażowego w sytuacji, gdy zmiana przepisów prawa, korzystna dla obywateli, będzie oznaczać utratę planowanych zysków firm. Wśród obaw wymienia się też: zalanie rynku europejskiego tanią żywnością z USA, obniżenie norm fitosanitarnych, spadek liczby miejsc pracy, zagrożenie bezpieczeństwa danych osobowych i usług publicznych w  sektorach takich jak zdrowie, edukacja czy wodociągi. Klimatowi wokół negocjacji nie pomaga to, że KE nie wyciągnęła lekcji z ACTA i negocjacje są tajne. Dla przeciwników TTIP jest to przykład zamachu na demokrację. Spore zamieszanie i długo oczekiwaną w Polsce dyskusję wywołało ujawnienie przez Greenpeace 248 stron dokumentu będącego zapisem stanu negocjacji w sprawie TTIP z kwietnia 2016 r., a więc jeszcze sprzed ostatniej, 13. rundy. Jest to tekst roboczy, a nie jego ostateczna wersja. O komentarz do kilku wybranych wątków stanowiących treść opublikowanych rozdziałów DGP poprosił ekspertów. Odnieśli się oni też do dokumentu podsumowującego „Tactical State of Play of the TTIP Negotiations – March 2016”, którego pełne tłumaczenie można przeczytać na GazetaPrawna.pl.

>>> Polecamy:

Rozbieżność interesów

Komentarz prof. Leokadii Oręziak,a kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych ze Szkoły Głównej Handlowej.

Opublikowane dokumenty wskazują duże rozbieżności interesów Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. W   wielu wypadkach są one wręcz niemożliwe do przezwyciężenia, bo oznaczałoby to nieakceptowalne społecznie ustępstwa UE na rzecz USA.

Fundamentalne znaczenie ma mieć negocjowana ogólna zasada wzajemnego uznawania standardów, której celem jest wyeliminowanie tzw. barier technicznych w handlu. W praktyce jej stosowanie oznaczałoby, że produkt spełniający wymagania obowiązujące na terytorium jednej ze stron umowy może być przedmiotem obrotu na terytorium drugiej strony, nawet gdy – jak w przypadku UE – stosuje ona wyższe standardy. Taki stan rzeczy pociągnie za sobą równanie ich do najniższego możliwego poziomu, bowiem stosowanie się do wyższych norm byłoby nieracjonalne ekonomicznie.

Jak wskazuje się w   ujawnionym sprawozdaniu z   12. rundy negocjacji, gdyby Unia tworzyła nowe standardy, konieczny byłby udział w   tym procesie także ekspertów z USA, ale bez gwarancji wzajemności ze strony tego kraju. Za sprawą TTIP zarówno amerykańskie, jak i   europejskie firmy uzyskałyby duże możliwości wpływania na tworzone w   UE regulacje.

Opublikowane dokumenty potwierdzają także, że do najbardziej newralgicznych kwestii objętych umową TTIP należy handel produktami rolnymi. Stanom Zjednoczonym bardzo zależy na otwarciu rynku na towary, dla których był on dotychczas praktycznie zamknięty, m.in. ze względu na masowe stosowanie przez USA hormonów wzrostu w   odniesieniu do wołowiny i   wieprzowiny. Nie dziwi zatem dążenie strony amerykańskiej do maksymalnego rozluźnienia stosowanych przez Unię zasad dotyczących m.in. inspekcji sanitarnej i   fitosanitarnej oraz maksymalnego uproszczenia procedur certyfikacji produktów rolnych. Negocjacje ujawniły, że zarówno w odniesieniu do zdrowotności zwierząt, jak i   roślin Stany Zjednoczone starają się, by Unia zaakceptowała wymagania dużo mniej rygorystyczne, niż sama stosuje. Z   punktu widzenia konsumentów europejskich może to oznaczać istotne obniżenie jakości żywności dostępnej na rynku.

Na odrębną uwagę zasługuje fakt, że od zredukowania przez Unię barier na produkty rolne z   USA kraj ten uzależnia liberalizację dostępu do swego rynku dla produktów unijnego przemysłu samochodowego. W praktyce oznacza to, że np. koncerny samochodowe z krajów członkowskich mogłyby sprzedawać więcej na rynek amerykański, jeśli Unia zgodzi się poświęcić swoje rolnictwo oraz zdrowie konsumentów. Unijne rolnictwo, w tym także polskie, może szczególnie ucierpieć na masowym napływie tańszych produktów rolnych ze Stanów Zjednoczonych. Wynika to przede wszystkim z   przemysłowego charakteru rolnictwa tego kraju, będącego w stanie konkurować niskimi kosztami, ale niskiego jakościowo. Nie jest trudno przewidzieć wynikające dla unijnych gospodarstw rolnych negatywne skutki znacznego wzrostu importu rolnego z USA.

W świetle opublikowanych dokumentów za bezpodstawne można uznać nadzieje Unii Europejskiej, w tym Polski, że dzięki TTIP zliberalizowany zostanie dostęp do rynku surowców energetycznych, w tym gazu, ze Stanów Zjednoczonych. Eksport tych surowców przez USA podlega surowym restrykcjom i brak jest podstaw do oczekiwań, że dla Unii zostanie zrobiony znaczący wyjątek.

Wśród sztandarowych argumentów Komisji Europejskiej na rzecz TTIP znalazło się zapewnienie, że umowa stworzy nowe możliwości dla małych i średnich przedsiębiorstw w poszerzeniu ich eksportu na rynek USA. Z opublikowanych dokumentów nie wynika jednak, jak te firmy miałyby sobie poradzić z   konkurencją ze strony wielkich korporacji, które już dziś realizują trzy czwarte obrotów ze Stanami Zjednoczonymi. Trudno oczekiwać, że istotnie pomoże im w   tym obiecana przez stronę amerykańską w ramach negocjacji strona internetowa, na której MSP będą mogły znaleźć informacje ze szczebla federalnego dotyczące wymagań związanych z eksportem do Ameryki Północnej. Jednocześnie negocjatorzy amerykańscy opowiedzieli się przeciw podejmowaniu jakichkolwiek zobowiązań odnośnie do publikacji informacji na temat wymagań stosowanych przez poszczególne stany. Zważywszy na dużą różnorodność rozwiązań stanowych, strona internetowa wydaje się być rozwiązaniem o ograniczonej użyteczności.

Mimo wielokrotnych zapewnień ze strony Komisji Europejskiej, że usługi publiczne, w tym dotyczące ochrony zdrowia, nie są przedmiotem negocjacji w   ramach TTIP, umowa ta stworzy pole do prywatyzacji tychże. Dotyczy to w   szczególności krajów, które nie zdołają dla siebie załatwić wyraźnego ich wykluczenia (a także innych usług publicznych) z   tej umowy. Kierując się tą obawą, Austria, Niemcy, Grecja i Włochy złożyły wyraźne zastrzeżenia do tekstu umowy TTIP, by chronić swoje regulacje dotyczące opieki zdrowotnej. Ujawnione przez Greenpeace materiały rodzą pytanie, czy proces tworzenia, a   potem uchwalenia umowy TTIP, można uznać za przejrzysty. Ze strony Unii umowa ta będzie wymagała zatwierdzenia przez Parlament Europejski oraz parlamenty państw członkowskich (te ostatnie tylko w   odniesieniu do części, która dotyczy kompetencji wykonywanych łącznie przez PE oraz przez te państwa). Szacunkowa ocena wskazuje, że do wyłącznych kompetencji PE będzie należeć ponad 90 proc. postanowień umowy TTIP, zaś jedynie kilka procent będzie zależeć od decyzji parlamentów narodowych. Nawet bez ich zgody umowa TTIP może wejść w życie, jeśli zaakceptuje ją Parlament Europejski w   odniesieniu do swojej części. Oznacza to więc, że najważniejsze postanowienia TTIP będą realizowane, jeśli tylko zwolennicy tej umowy będą mieć odpowiednią większość w PE.

W tym kontekście nasuwa się pytanie, czy społeczeństwa państw członkowskich mogą mieć pewność, że w   procesie akceptowania TTIP, nie tylko zresztą przez PE, ale wcześniej przez Komisję Europejską i Radę Unii Europejskiej, decydenci nie ulegli wpływom prężnie działających w   Brukseli (i nie tylko) lobbystów reprezentujących wielkie korporacje. W   marcu 2016 r. Komisja Europejska przedstawiła do konsultacji propozycję wprowadzenia obowiązkowego rejestrowania wszystkich lobbystów wpływających bezpośrednio lub pośrednio na podejmowanie decyzji przez instytucje Unii Europejskiej. Nie wiadomo, czy i   kiedy nowy system wejdzie w życie. Istniejący obecnie (EU Transparency Register), obejmujący Komisję Europejską i Parlament Europejski, ma charakter dobrowolny. Oznacza to, że zarejestrowanych jest jedynie część aktywnych lobbystów. Opinia publiczna nie jest więc w stanie się dowiedzieć, jakie spotkania z nimi odbyli poszczególni członkowie PE czy Komisji (w tym też urzędnicy wysokiego szczebla), nie mówiąc już o przyjętych czy obiecanych im korzyściach finansowych (także w formie intratnego zatrudnienia po zakończeniu pełnienia funkcji).

Pełny tekst komentarza na www.gazetaprawna.pl