Negocjatorzy unijni zapewniają o potrzebie zmian w wysokości ceł i zniesienia powielanych po obu stronach Atlantyku kontroli produkcji, ale z zachowaniem rygorystycznych norm. Przeciwnicy TTIP twierdzą, że za zapowiadanymi działaniami będzie szło równanie w dół i obniżenie standardów bezpieczeństwa, zwłaszcza wpuszczenie tylnymi drzwiami upraw roślin GMO. Umowa spowoduje znaczący napływ amerykańskich produktów rolnych, bo USA zainteresowane są nie tylko eksportem soi, ale też drobiu, mięsa wołowego czy wieprzowego. To doprowadzi do zmniejszenia udziału rolnictwa unijnego w europejskim PKB. Spadek cen skupu płodów rolnych w każdej kategorii przewiduje w swoim badaniu nawet Departament Rolnictwa USA. Determinacja Stanów Zjednoczonych w walce o rynek europejski jest coraz większa.

Niższe cła zatopią rolników?

Komentarz Marii Świetlik z Inicjatywy Pracowniczej

TTIP ma zharmonizować dwa odmienne systemy regulujące poszczególne etapy produkcji i obrót towarami. Negocjatorzy wychodzą z   założenia, że te różnice są „barierami dla handlu”, nie biorąc pod uwagę, że ich wprowadzenie miało na celu ochronę praw konsumenckich, dobrostanu zwierząt czy środowiska. Tymczasem władze USA uznały obecne unijne listy niedozwolonych pestycydów i substancji stosowanych w produkcji kosmetyków czy chemii domowej za „dyskryminujące amerykańskie firmy” w   dostępie do europejskiego rynku. Dotyczy to też dopuszczalnych pozostałości środków stosowanych w   produkcji roślinnej (np. z   oprysków). Normy europejskie są wyższe w stosunku do światowych, jednak w   przecieku Greenpeace wskazane zostały jako wyjściowe dla ustaleń w   obrębie TTIP niższe, ujęte w Codex Alimentarius (Chapter Sanitary and phytosanitary measures consolidated proposals art. X.11.7).

Różnice między przepisami unijnymi a amerykańskimi wynikają m.in. z tego, że w UE obowiązuje tzw. zasada ostrożnościowa, nakazująca producentom przeprowadzać badania swoich wyrobów i udowodnić przed wprowadzeniem na rynek, że dany produkt jest całkowicie bezpieczny. W USA i Kanadzie takiego obowiązku nie ma, gdyż obowiązuje tam zasada dowodu naukowego. Dopiero gdy uda się udowodnić bez cienia wątpliwości, że dany wyrób jest szkodliwy, władze mogą nakazać wycofanie go ze sprzedaży. To konsumenci występują w roli królików doświadczalnych i ponoszą ryzyko związane z nowymi technologiami. Zasada europejska jest znacznie korzystniejsza dla konsumentów.

UE miała już nieprzyjemności z powodu stosowania zasady ostrożnościowej, ponieważ stała się ona przyczyną pozwów przeciw Europie do WTO. Dlatego tak ważne jest, aby została wpisana do TTIP. Niestety, w przecieku nie ma o   zasadzie ostrożnościowej ani słowa, są za to wymienione dokumenty WTO, a odwołanie do „dowodów naukowych” przy ocenie ryzyka znajdziemy zarówno w rozdziale o   normach fitosanitarnych, jak i współpracy regulacyjnej.

W opublikowanych dokumentach widać też dążenie do wzajemnego uznania norm w odniesieniu do niektórych produktów spożywczych. Nie wiadomo jednak, kto ma decydować, które normy są sobie pod względem bezpieczeństwa równe. Komisja Europejska chce, aby to kraj importer miał prawo do ostatecznej decyzji (art. X.4.3 EU), ale USA się na taki zapis nie zgadzają. Sprawa oceny ryzyka jest szczególnie ważna, gdy mowa jest o   nowych technologiach, takich jak np. GMO. Zostały one w TTIP ukryte pod nazwą „modern agricultural technologies”. W Stanach Zjednoczonych GMO prawnie ma ten sam status co każda inna żywność, nie wymaga więc dodatkowych badań, nie jest też oznaczane. Ponadto informowanie na etykiecie, że mięso jest wolne od hormonów, jest tam klasyfikowane jako czyn niedozwolonej konkurencji i karalne. W odniesieniu do GMO w przecieku możemy znaleźć m.in. żądanie USA, by Europa dopuściła zanieczyszczenia produktów rolnych (żywności i pasz) odmianami w Unii niedozwolonymi (art. X.12.7 7).

Aby rozstrzygać w kwestiach technicznych, USA proponują powołanie nowego organu, który – nie wiedzieć czemu – miałby pracować w   tajemnicy, tak jak to ma miejsce w całym procesie negocjacji TTIP (art. X.17.9). W jego kompetencjach leżałoby wprowadzenie takiej kontrowersyjnej techniki jak chemiczne odkażanie mięsa przed sprzedażą. Po bolesnym doświadczeniu z chorobą szalonych krów wprowadzono w UE podejście nakazujące badać warunki sanitarne na każdym etapie produkcji „od pola do stołu”. W związku z   tym nie ma potrzeby odkażania mięsa. Wprowadzenie takiego procesu ma sens tylko wtedy, kiedy mowa o mięsie produkowanym w sposób przemysłowy, bez obowiązkowej kontroli sanitarnej, tak jak to się dzieje w Stanach Zjednoczonych, gdzie kurczaki płucze się w chlorze. Z przecieku wynika też, że kwestie dostępu do rynku rolnego są priorytetowe dla USA i że są one warunkiem szerszego otwarcia rynku amerykańskiego dla europejskich samochodów, co z kolei jest kluczowym interesem UE. Z wcześniejszych przecieków wynikało, że Unia na poświęcenie rolnictwa jest gotowa w zamian za dostęp do rynku lokalnych zamówień publicznych.

Te wszystkie zmiany odbiją się oczywiście znacząco na sytuacji rolniczek i rolników europejskich, którzy będą musieli się zmierzyć z konkurencją amerykańskich koncernów. Obniżenie ceł i przyznanie wyższych kwot importowych (wieprzowina i wołowina) wraz z redukcją barier pozataryfowych może doprowadzić – jak wskazuje najnowszy raport na ten temat „Unijni rolnicy na sprzedaż” – do upadku całych sektorów tradycyjnego rolnictwa, np. pastwiskowej hodowli wołowiny. W   konsekwencji spaść mają ceny skupu w produkcji mięsa (40–50 proc. dla wołowiny), drobiu i produktów mlecznych. Należy też spodziewać się spadku unijnej produkcji pszenicy, kukurydzy i rzepaku.

Przeciek udostępniony przez Greenpeace nie jest oczywiście ostatecznym tekstem umowy. Poszczególne zapisy mogą się jeszcze zmienić, ale raczej nie ulegnie zmianie koncepcja, komu ma ta umowa służyć, czyje prawa i przywileje chronić.