„Budując ruch [feministyczny – przyp. red.], którego masowym przejawem jest dziś Kongres Kobiet, omijałyśmy temat opieki, zależności, więzi. Przeżywałyśmy feminizm jako wielką przygodę, która polegała na tym, że stajesz się autonomiczna, poważnie traktujesz swoje aspiracje i plany. I chyba miałyśmy poczucie, obserwując nasze matki, starsze siostry, sąsiadki, że macierzyństwo jest dla tej kobiecej autonomii zagrożeniem. Kojarzyło nam się z presją społeczną, przymusem” – to słowa Agnieszki Graff, jednej z bardziej znanych polskich feministek, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”.

Cytowana wypowiedź jest najlepszym argumentem na to, że przez ostatnie dwadzieścia lat współczesne sufrażystki, walcząc np. o równouprawnienie w kwestii płacy, zupełnie zapomniały o tym, że nawet będąc „aktywistką”, można mieć dzieci. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że walcząc o prawo do tego, żeby dzieci nie mieć, i o liberalizację ustawy aborcyjnej, feministkom umknęło to, że bycie rodzicem może przynosić satysfakcję. Że nie musi oznaczać końca kariery zawodowej, ale wymaga pewnego wysiłku. Np. na pierwszych dwóch edycjach wspominanego Kongresu Kobiet brakowało miejsca, gdzie można by zostawić dzieci pod opieką.

Czytaj też: We współczesnej konsumenckiej Polsce nie opłaca się rodzić dzieci

Pro life i pro choice

Tak więc kobiety walczące o poprawę sytuacji społeczno-ekonomicznej, o równouprawnienie tak naprawdę założyły, że w tej walce nie ma miejsca dla dzieci. Hasło „moje ciało należy do mnie” nie dopuszczało opcji, że nawet jeśli należy ono do kobiety, to może ona chcieć potomstwa. Głoszona przez lewicowe środowiska teza, że decyzja o dziecku zależy od kobiety, w założeniu miała to, że kobieta tego dziecka nie chce. Można też powiedzieć, że w sporze aborcyjnym pojęcie „pro life” oznaczało chęć posiadania gromadki dzieci, a postawa „pro choice” zakładała, że kobieta dokona aborcji. Arystotelesowski złoty środek gdzieś zaginął.

Reklama

Stąd też lansowany przez feministki wzorzec kulturowy zakładał, że kobieta (zazwyczaj wykształcona, majętna i z dużego miasta) będzie realizować się w pracy, a nie jako matka. Pokutował stereotyp, że mama z czwórką dzieci to zahukana przez męża katoliczka. Dopiero z czasem podejście lewej strony się zmieniło, a jedną z pierwszych, która zaczęła wprowadzać zmiany, była pisarka Sylwia Chutnik, współzałożycielka Fundacji MaMa. Organizacja zwraca m.in. uwagę na bariery architektoniczne, które utrudniają poruszanie się rodzicom z wózkiem, a także walczy o prawa matek dyskryminowanych w pracy.

– Nie sądzę, by feminizm był winny sytuacji demograficznej w Polsce. Choć faktycznie siła rażenia i nacisku była kierowana w inną stronę, w latach 90. skupiłyśmy się na konkordacie i ustawie antyaborcyjnej – wyjaśnia działaczka. – W polskim feminizmie mało było refleksji macierzyńskiej. W 2006 r. tworząc naszą organizację, chciałyśmy pokazać, że istnieje coś pośrodku pomiędzy matką Polką, która poświęca całe życie wychowaniu swoich dzieci, a superwoman wracającą do pracy w trzy tygodnie po urodzeniu dziecka. Chciałyśmy pokazać, że scenariuszy jest znacznie więcej – mówi feministka i dodaje, że niezależnie od poglądów opcji akurat rządzącej polityka państwowa w Polsce nigdy nie jest prorodzinna.

– Główne trudności pojawiają się, gdy dziecko już jest na świecie. Brak żłobków i przedszkoli oraz sytuacja ekonomiczna zmuszająca oboje rodziców do pracy to główne przyczyną małej liczby dzieci w naszym kraju – diagnozuje prezes Fundacji MaMa.

Kogo w Polsce stać na dziecko? Polecamy artykuł o kosztach macierzyństwa

Kaszka z mleczkiem

Kończąc swój wywiad, Agnieszka Graff w pewien sposób podsumowała relacje na linii feminizm – macierzyństwo. – Łączenie ich to nie kaszka z mleczkiem. Pewnie dlatego wiele kobiet odeszło z naszego środowiska, uznając, że feminizm to przygoda z młodości, a potem rozpoczyna się prawdziwe życie. Ja się na to nie zgadzam.

Ale „kaszką z mleczkiem” często nie jest także łączenie rodzicielstwa z byciem katolikiem. Świeżym przykładem tego, jak Kościół i prawica działają wbrew zasadzie „jak najwięcej dzieci”, jest ich stosunek do zapłodnień in vitro. Hierarchia kościelna jest przeciwko. Oto dotyczące tego problemu słowa księdza prof. Franciszka Longchamps de Bérier z rozmowy w tygodniku „Uważam Rze”: – Człowiek, który nie ma rąk i nóg, też ma ograniczenia. Wynikają one z sytuacji życiowej. Co robić? Można się zbuntować, można zaakceptować. Trzeba żyć. Godnie i mądrze. Własną bezpłodność trudno przyjąć, ale pojawia się tu okazja do okazania szczególnego szacunku godności drugiego człowieka. Bo to, że ktoś fizycznie nie może mieć dzieci, nie oznacza wcale, iż jest gorszy od innych, że nie będzie rodzicem – wyjaśnia ksiądz.

W wywiadzie wypowiada także następujące zdania: „Są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą, że zostało poczęte z in vitro. Bo ma dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych”.

To słowa wywołały w mediach prawdziwą burzę. Wypowiadała się m.in. będąca po trzydziestce Aleksandra Ziółkowska, najstarsza w Polsce kobieta poczęta metodą in vitro. Oto fragment wywiadu z nią w „Dzienniku Zachodnim”: „Patrzę na pani twarz i szukam... bruzdy dotykowej? Ja też jej od razu zaczęłam szukać, gdy przeczytałam słowa księdza profesora Franciszka Longchamps de Bérier. Serio, byłam bardzo ciekawa. Zaraz pobiegłam do lustra i nawet uwieczniłam tę chwilę telefonem komórkowym. Nie mam bruzdy”. Wypowiedzi de Beriera krytykowali także genetycy.

Choć hierarchia kościelna in vitro potępia i posługuje się często nad wyraz wątpliwą argumentacją, to sprawa zupełnie inaczej wygląda u par katolickich, które mimo że chciały mieć dzieci, od lat nie mogły zajść w ciążę. One mimo religijnych wątpliwości często decydują się na zabieg, którego owocem są dzieci. Jak informowaliśmy na łamach DGP, w rozpoczętym w lipcu ubiegłego roku trzyletnim programie rządowym ma wziąć udział 15 tys. par. Chętnych jest więcej. Pierwsze dzieci tych małżeństw już przyszły na świat. Ministerstwo Zdrowia finansuje procedury, za leki płacą rodzice.

Najpierw ślub

Kolejnym przykładem tego, że prawica i Kościół wcale nie pomagają w walce z kryzysem demograficznym, jest założenie, że dzieci tak naprawdę powinny rodzić się tylko w związkach małżeńskich. Z jednej strony badania socjologiczne pokazują, że małżeństwa mają więcej dzieci niż wolne związki. Ale statystyki pokazują również, że stale rośnie liczba dzieci poczętych w związkach partnerskich. Natomiast to, czego żadne statystyki nie obejmują to liczba dzieci, która nie została poczęta z tego powodu, że ludzie wierzący, ale żyjący w związkach partnerskich nie zdecydowali się na potomstwo właśnie z powodu nauki Kościoła. Z racji tego, że nie chcieli się narazić na krytykę, wytykanie palcami i zarzuty o „bezbożnym życiu”. To szczególnie dotyczy mniejszych miejscowości.

Kobiety do garów

Wielu prawicowych polityków uznało również, że kobiety należy (prawie dosłownie) zamknąć w domach. Mają po prostu rodzić dzieci i czekać na męża, który dzielnie pracuje i zarabia pieniądze, by utrzymać rodzinę. W wypowiedziach tego typu niedościgniony jest wielki wygrany ostatnich wyborów Janusz Korwin-Mikke. To fragment jego oficjalnego bloga dotyczący pracy kobiet: „A są i drobne koszty – takie np. jak dostosowanie toalet. W firmie zatrudniającej mężczyzn toaleta wygląda jak w typowym warsztacie samochodowym – i nikomu to nie przeszkadza. Jeśli w firmie pracuje kobieta – trzeba urządzić drugą toaletę i lepiej ją wyposażyć. Niby drobiazg – a też koszt. Znacznie ważniejsze są koszty organizacyjne. Kobieta w pracy – to często flirt między pracownikami. Pracownik mający dodatkowe informacje spod kołdry jest nieuczciwym konkurentem pozostałych. Rozwijają się intrygi, plotki – odrywające ludzi od roboty. Miejsce pracy staje się salonem towarzyskim – a, jak wiadomo, w salonie traci się, a nie wypracowuje dochód narodowy”.

Czytając takie rzeczy, trudno nie pukać się w czoło. Ale też trudno nie rozumieć kobiet, które właśnie wbrew takiemu podejściu postanowiły rzucić się w pracę, uznając, że nie ma sensu kopać się z koniem. Po co udowadniać, że można robić karierę i wychowywać dzieci. Łatwiej jest po prostu tylko robić karierę. Właśnie po to, by od takich mężów się uniezależnić.

Tak naprawdę nie ma chyba dobrego wyjścia z tej ideologicznej wojny. Trudno oczekiwać, by Kościół, instytucja licząca dwa tysiące lat, z dnia na dzień zmienił swoje nauczenie i zaakceptował in vitro tylko z tego powodu, że w Polsce rodzi się za mało dzieci. Tak samo mało prawdopodobne jest to, że lewicujące feministki nagle zaczną namawiać kobiety do częstszego rodzenia. Rozwiązaniem jest to, by państwo, które dotychczas przez długie lata o polityce prorodzinnej, czy raczej „prodziecięcej”, tylko mówiło, wreszcie zaczęło działać. Narzędzia systemowe skłaniające do rodzenia większej liczby dzieci sprawdzają się np. we Francji, która współczynnik dzietności ma zdecydowanie wyższy niż Polska. Nie ma powodu, dla którego nie można by rozwiązań znad Sekwany przenieść nad Wisłę.

W Polsce rodzi się zaledwie 1,29 dziecka na jedną kobietę. To jeden z najgorszych wyników w Unii Europejskiej. Jeśli spełnią się czarne prognozy Eurostatu, w 2050 roku populacja Polski skurczy się do 34,8 mln. Zobacz najważniejsze statystyki o sytuacji demograficznej krajów UE.