Dzisiaj Berlin przejmuje na sześć miesięcy przewodnictwo w Radzie UE. To rotacyjna prezydencja, którą co 13,5 roku sprawują wszystkie unijne stolice (Polska przejmie stery w 2025 r.). Nadchodzące półrocze będzie jednak kluczowe, jeśli chodzi o to, jak UE poradzi sobie z kryzysem wokół COVID-19, i Niemcy w tej sprawie będą miały dużo do powiedzenia, zwłaszcza że udzielając w maju wraz z Francją poparcia dla pakietu ratunkowego, stały się jego siłą napędową. W ramach planu naprawczego na pobudzenie gospodarek wyasygnowanych ma zostać 750 mld euro.

Co więcej, fundusz pomagający wydźwignąć europejską gospodarkę z kryzysu może stać się ważnym dziedzictwem i ostatnim akordem europejskiej polityki Angeli Merkel, która po wyborach parlamentarnych w Niemczech w 2021 r. planuje udać się na polityczną emeryturę. Stawka jest więc wysoka i niepowodzenie planu naprawczego będzie również osobistą porażką niemieckiej przywódczyni.

Niemcy nie chcą, by plan naprawczy skupiał się jedynie na „rekonstruowaniu” gospodarek. – Rekonstrukcja będzie skazana na porażkę, jeśli Europa jednocześnie nie będzie stawała się bardziej zielona, bardziej socjalna, bardziej cyfrowa i bardziej innowacyjna – mówił minister spraw zagranicznych Heiko Mass w przesłaniu do uczestników dorocznego spotkania Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, londyńskiego think tanku. Jak zaznaczył, pieniądze z planu naprawczego powinny być też wydawane zgodnie z kryteriami praworządności. To oznacza, że planowanym przez Brukselę mechanizmem „pieniądze za praworządność” objęty zostanie nie tylko europejski budżet, ale także 750 mld euro z planu naprawczego. Polska ma z niego otrzymać prawie 64 mld euro (z czego 26,1 mld w formie pożyczek).

Na nowy fundusz muszą zgodzić się wszystkie stolice UE, i to szybko. Bruksela liczy, że porozumienie uda się osiągnąć jeszcze w lipcu, ale wśród 27 państw członkowskich różnice zdań są olbrzymie. Największym hamulcowym są kraje Północy, które chcą maksymalnie wyśrubować warunki, na jakich kryzysowe fundusze będą wydawane.

Niemieccy Zieloni naciskają na to, by prezydencja wprowadziła do europejskiego prawa zobowiązanie dające pewność, że pieniądze z planu naprawczego będą kierowane – zgodnie z celami Brukseli – na ochronę klimatu, cyfryzację i reformy przygotowujące europejskie gospodarki na kolejne kryzysy. Niemiecka zielona Franziska Brantner zwraca uwagę, że w projektach legislacyjnych przygotowanych przez Komisję Europejską takiego prawnego zobowiązania nie ma. Posłanka Zielonych jest też zdania, że za dużo środków w planie naprawczym jest kierowanych bezpośrednio do państw członkowskich – bo aż 85 proc. Brakuje natomiast wspólnotowych projektów, np. kolejowych. – Powinniśmy wyznaczyć te wspólne projekty i przeznaczyć na ich realizację ze wspólnego budżetu więcej pieniędzy – podkreśliła.

Reklama

Niemcy zamierzają też przygotować UE na wynik listopadowych wyborów w Stanach Zjednoczonych. – Niezależnie jednak od tego, kto je wygra, Donald Trump czy Joe Biden, będziemy musieli zastanowić się, jak lepiej powstrzymać konflikty w sąsiedztwie Europy, nawet bez USA – podkreśla Heiko Mass. Berlin chce również wzmacniać „europejską suwerenność”. – Rozumiem niepokój wyrażany przez jej krytyków, obawy o utratę suwerenności lub nawet o izolowanie europejskiego bezpieczeństwa od USA. Ale nie o to tu chodzi – podkreśla Mass. Chodzi o uniezależnienie Europy od importu leków czy technologicznych rozwiązań takich jak 5G. Berlin zamierza przygotować analizę strategicznych zależności UE – technologicznych, związanych z bezpieczeństwem, handlowych i monetarnych.

Niemiecka prezydencja przypada też na finał brexitu. Wielka Brytania opuściła co prawda Unię Europejską 31 stycznia 2020 r. Do końca tego roku obowiązuje jednak okres przejściowy, który oznacza, że Londyn de facto pozostaje członkiem Wspólnoty, chociaż jest pozbawiony prawa głosu w instytucjach UE. W tym czasie miały zostać wynegocjowane zasady przyszłej wymiany handlowej, ale na razie nie udało się osiągnąć znaczącego porozumienia. Okres przejściowy teoretycznie może zostać przedłużony o rok lub dwa lata, ale po drugiej stronie angielskiego kanału może zabraknąć woli politycznej do tego. W takim przypadku na granicę pomiędzy Wielką Brytanią a Unią Europejską od przyszłego roku wrócą kontrole, a w handlu będą obowiązywać jedynie najbardziej podstawowe zasady WTO.

– Biorąc pod uwagę to, jak niewiele czasu zostało, niemiecka prezydencja powinna przynajmniej nakłonić Michela Barniera (negocjator brexitu z ramienia UE – red.) i jego zespół, by dążyli do przyjęcia umowy w jakiejkolwiek formie, która pozwoli zachować swobodny przepływ towarów i usług – przekonuje niemiecki poseł liberalnej FDP Alexander Graf Lambsdorff.

W ciągu najbliższego pół roku Niemcom przyjdzie również negocjować podwyższenie celów klimatycznych – do 2030 r. Unia chce zobowiązać się do zredukowania CO2 o 50 lub nawet 65 proc. w stosunku do 1990 r. Na rozstrzygnięcie czeka również reforma polityki migracyjnej oraz rozpoczęcie prac nad podatkiem cyfrowym, trudnym z uwagi na sprzeciw partnera zza oceanu. ©℗