Popkultura lubi narkotyki, bo napędzają one każdą fabułę. Nie dość, że są idealnym McGuffinem, przedmiotem nadającym motywację działaniom bohaterów (wystarczy przechodząca z rąk do rąk walizeczka pełna paczuszek z białym proszkiem), to jeszcze niezawodnie wprowadzają kontekst zła. W popkulturze narkotyki są symbolem gwałtu na niewinności, przejścia na stronę mroku, porzucenia społecznego ładu na rzecz psychopatycznego egoizmu, wreszcie – znakiem firmowym zorganizowanej przestępczości bezlitośnie ściganej przez stróżów prawa. Kto zażywa narkotyki albo nimi handluje, grzeszy. I płaci za to: najczęściej życiem, chociaż trafniej byłoby powiedzieć, że potępieniem, ponieważ narkotyki funkcjonują w kulturze popularnej jako nowoczesna metafora diabelskiego uwiedzenia.
Należało im się
Ciekawe, że alkohol i nikotyna nie budzą w naszym kręgu kulturowym takich skojarzeń. Przypuszczalnie więc demonizm narkotyków – ich niewątpliwa faktyczna szkodliwość to całkiem inna sprawa – musi być jakimś ideologicznym konstruktem. Towarzyszy mu przekonanie, że narkomania jest świadomym wyborem i aktem wyrzeczenia się odpowiedzialności za swoje życie. Trudno ustawicznie pomagać komuś, kto sam zdecydował, że się zgładzi. Być może po prostu był złym człowiekiem. Oczywiście narkoman uzależniony, powiedzmy, od heroiny w pewnym sensie staje się złym człowiekiem – kradnie, oszukuje, zdradza. To bardzo ułatwia moralny osąd nad nim: szumowiny najzwyczajniej w świecie dostają od losu to, na co sobie zasłużyły. Wedle podobnego wzorca rozumowania biedni pozostają biedni, ponieważ nie chce im się pracować.
Te postawy są nie tylko konstruktami, lecz także – USA kojarzą się (w dużej mierze słusznie) z wolnościową retoryką i mitem american dream, ale dobrze pamiętać o tym, że imperialna potęga Ameryki czerpała z dwóch źródeł: z oświeceniowego liberalizmu i z religijnego, protestanckiego purytanizmu. Stąd bierze się owo unikalne połączenie pochwały indywidualnej wolności z moralnym rygoryzmem i brakiem współczucia dla przegranych. Dodajmy do tego istotny w amerykańskiej historii pierwiastek rasowy (który ma także silne zabarwienie klasowe). Pierwsza XX-wieczna fala paniki antynarkotykowej w USA była spowodowana lękiem przed czarnymi i imigrantami – to oni, niżsi rasowo, wyuzdani i zdemoralizowani, mieli kusić i mamić psychodelicznymi substancjami „nasze kobiety”. Wracając do popu: w dragach zawsze robiły mniejszości – obwieszeni złotymi łańcuchami Murzyni z gett, przylizani Włosi, agresywni Latynosi, Chińczycy z krzywym uśmieszkiem, Rosjanie, pijani i ze straszliwym akcentem. To dlatego serial „Breaking Bad”, w którym za produkcję metamfetaminy bierze się biały, chory na raka nauczyciel, chcący zapewnić przyszłość swojej rodzinie, był takim przełomem – w popkulturowych dekoracjach zrobiła się mała dziurka, przez którą można było popatrzeć na rzeczywistość.
>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.
