Luis Moreno-Ocampo ma mnóstwo zalet, z których największą jest ta, że nie jest Polakiem. Nie-Polak, nie-Rosjanin, znakomity prawnik, autorytet na skalę światową. Zasadnicze pytanie pozostaje jednak otwarte: co tak naprawdę Ocampo ma osiągnąć - pisze Barbara Kasprzycka.

Luis Moreno-Ocampo ma mnóstwo zalet, z których największą jest ta, że nie jest Polakiem. Nie-Polak, nie-Rosjanin, znakomity prawnik, autorytet na skalę światową. Zaangażowanie go to sygnał, że polski rząd próbuje w sporze smoleńskim wejść na wyższy poziom. Kontrakt z Ocampo daje nadzieję na odrobinę bezstronności, rzetelności i chłodu, wpuszczoną do rozgrzanych głów zarówno wyznawców, jak i niewierzących w religię smoleńską.

Zasadnicze pytanie pozostaje jednak otwarte: co tak naprawdę Ocampo ma osiągnąć. Bo jeśli za – prawdopodobnie – niemałe pieniądze wynajmujemy eksperta od spraw trudnych i beznadziejnych po to, by sprowadzić do kraju wrak, to jestem rozczarowana. Gorzej – boję się, że ewentualny sukces tej misji otworzy kolejny rozdział wojny polsko-polskiej. Mając szczątki tupolewa na polskiej ziemi, czy będziemy mądrzejsi? Odkryjemy prawdę? Odbudujemy wspólnotę? Przepracujemy wreszcie kwestię winy i kary? Zaczniemy budować, zamiast demolować? Śmiem wątpić. Obawiam się raczej, że z nową werwą i wściekłością przystąpimy do rytualnego przeciągania struny: rządzący będą chcieli postawić tupolewa na dziedzińcu pałacu prezydenckiego, a opozycja zażąda przekazania go na aukcję WOŚP; ci pierwsi wyłączą ruch na Krakowskim Przedmieściu, by ułatwić pielgrzymowanie do wraku, ci drudzy złożą skargę w Strasburgu na naruszanie ich świętego prawa do swobodnego przemieszczania się ulicą. Z budowaniem wspólnoty narodowej wokół najstraszniejszej katastrofy po II wojnie światowej pożegnaliśmy się dawno. Teraz możemy już tylko głębiej zanurzać się w ten obłęd.

Reklama

Nie ma wątpliwości, że wrak dawno powinien być w Polsce. W zwykłym stylu cywilizowanych społeczeństw powinniśmy dostać te szczątki z powrotem; są nasze i dla wielu nieomal święte. Należało je szczegółowo przebadać, a potem odstawić w pięknym, skłaniającym do refleksji miejscu – jako memento. Bo Tu-154M jest przede wszystkim symbolem. Stąd i wątpliwość: czy priorytetem rządu ma być polityka symboliczna? Czy nie czas przejść do Realpolitik i zatrudnić najlepszych prawników nie po to, by ściągnęli tu wrak, lecz by na gruncie twardego prawa węszyli, wyciągali dowody, pracowali na aktach i w oparciu o międzynarodowe konwencje pociągnęli do odpowiedzialności tych, którzy 10 kwietnia zawinili – jeśli są oni wśród żywych? Sam wrak nas przecież nie wyzwoli.

>>> Czytaj też: Katastrofa w Smoleńsku: Co tak naprawdę może Luis Moreno-Ocampo i ile za to dostanie?