PiS wraca do starego planu: do dwóch obecnie obowiązujących stawek PIT – 18 i 32 proc. – miałaby dołączyć trzecia, 39 proc. Według oficjalnego programu partii stawka miałaby obejmować dochody przekraczające 300 tys. zł rocznie.

– Ta propozycja ciągle jest w grze, oprócz innych, które mają pomóc w sfinansowaniu naszych zapowiedzi – mówi Paweł Szałamacha, poseł PiS.

Politycy PiS nie są tu oryginalni, po wybuchu kryzysu w 2008 r. w wielu krajach UE wprowadzano wysokie podatki od najwyższych dochodów, zwiększając tym samym progresję podatkową. Partia Jarosława Kaczyńskiego ma przy tym silną motywację. Musi znaleźć pieniądze na swoje obietnice, np. podwyższenie kwoty wolnej w PIT. Jej wzrost do 8 tys. zł oznacza wyrwę w dochodach, według niektórych wyliczeń nawet 14 mld zł. 

Eksperci PiS liczą, czy budżet w ogóle jest w stanie udźwignąć zwiększenie kwoty jednorazowo. Niewykluczony jest wariant, w którym do docelowego poziomu będzie się dochodzić przez kilka lat. 

Wyższy podatek objąłby niespełna 32 tys. podatników. Z wyliczeń PiS wynika, że miałby przynieść 1–2 mld zł dodatkowych dochodów rocznie. 

„Taka reforma może być popularna wśród większości wyborców. Jedynie 0,4 proc. pracowników może osiągnąć ten próg dochodów. Zmiana nie przyniesie jednak dużych wpływów. Szacujemy, że może to być dodatkowe 0,2 mld zł, co wydaje się być kroplą w morzu, biorąc pod uwagę inne kosztowne propozycje” – napisali w swoim opracowaniu przedstawiciele Raiffeisen Polbanku.

Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, w 2013 r. od podatników z dochodem powyżej 300 tys. zł pobrano łącznie 2,8 mld zł (kwota nie uwzględnia wpływów od przedsiębiorców, którzy mają prawo rozliczać się według liniowej 19-proc. stawki). Mało prawdopodobne, by rozliczenie według nowej stawki, wyższej od obecnej o jedynie 7 pkt proc., zwiększyło dochody aż o połowę, jak oczekuje tego PiS.

>>> Czytaj też: Polska pójdzie w ślady Węgier? PiS chce opodatkować banki i supermarkety

Po hipermarketach, grube misie

Na propozycji PiS zwiększenia kwoty wolnej i wprowadzenia trzeciej stawki podatku PIT na poziomie 39 proc. skorzystałyby osoby zarabiające do 300 tys. zł rocznie. Jak wynika z naszej symulacji ewentualna podwyżka kwoty wolnej do 8 tys. zł zostawiłaby w kieszeniach podatników 1440 zł, czyli o 884 zł więcej niż dziś.

Na wprowadzeniu trzeciej stawki PIT straciliby podatnicy zarabiający powyżej 300 tys. złotych rocznie czyli 25 tys. miesięcznie. O ile więcej oddaliby w porównaniu z dzisiejszym przepisami? To zależy od tego, o ile ich dochód przekracza kwotę 300 tys. złotych. Ci którzy zarobiliby do 302 266 zł jeszcze korzystaliby z dobrodziejstw większej kwoty wolnej. Ich podatek, nie wzrósłby w porównaniu z dzisiejszą sytuacją. Ale reszta płaciłaby stawkę o 7 pkt proc większą niż dziś.

Kto straci?

W efekcie osoba, która zarabia 30 tys. zł miesięcznie zapłaciłaby w skali roku podatek wyższy o 3356 zł. Im wyższe zarobki, tym efekt rozjazdu między dzisiejszą stawką podatku a propozycją PiS byłby bardziej wyraźny. Dla osób zarabiających 50 tysięcy złotych miesięcznie podatek byłby już wyższy o 20 tys zł. w skali roku.

Analitycy, z którymi rozmawialiśmy zwracali uwagę, że PiS nie przywraca stawki 40 proc. z powodów marketingowych. – Nie chcieli stawiać czwórki z przodu - zauważa jeden z ekonomistów. To pewnie z jednej strony chęć pokazania, że podwyżka nie będzie bardzo duża. Jednak z drugiej, stawka oznaczałoby widowiskowe wycofanie się ze zmian podatkowych wprowadzonych przez minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego Zytę Gilowską. To właśnie ona zlikwidowała trzecią stawkę PiT na poziomie 40 proc.

Co z budżetem?

Słabym punktem tej propozycji mogą być wpływy do budżetu. Wprowadzenie trzeciej stawki PiT ma być obok podatku od supermarketów oraz banków jednym z pomysłów na znalezienie nowych dochodów mających pozwolić sfinansować wyborcze obietnice. - Społecznie może wyglądać dobrze podniesienie drugiej stawki podatku czy wprowadzenie trzeciej. Ale efekt budżetowy jest niewielki. Podniesienie pierwszej stawki o jeden pkt procentowy daje dziesięć razy większy przyrost dochodów niż podniesienie II stawki o procent. Wprowadzenie stawki III da niewielki efekt, bo wprawdzie te osoby zapłacą sporo więcej, ale to też stosunkowo nieliczna grupa – zauważa Marek Rozkrut, główny ekonomista EY.

Sprawdzamy...

Eksperci PiS szacowali w zeszłym roku, że wprowadzenie takiej stawki powinno dać od 1,8 mld do 2 mld zł wyższe wpływy z podatku. Postanowiliśmy to sprawdzić. Poprosiliśmy resort finansów o ogólne informacje o podatnikach zarabiających powyżej 300 tys zł. Jest ich ponad 31 tysięcy i w 2013 roku wpłynęło od nich 2,8 mld zł zaliczki na podatek PIT. Co ważne blisko połowa z nich rozlicza się według stawki liniowej 19 proc. i zaliczka od nich to 1,4 mld zł czyli połowa tego co wpłynęło do budżetu.

To znaczy, że trzecia stawka dotknęłaby 16,7 tysięcy podatników, którzy wpłacili w 2013 roku 1 mld 370 mln zł zaliczki. Ponad połowę tej kwoty zapłaciły osoby zarabiające co najmniej 500 tys. zł rocznie. Zrobiliśmy symulację o ile wyższy podatek zapłaciłaby ta grupa, dla której skutki zmian byłyby największe. W 2013 roku wpłynęło od niej 700 mln zł podatku. Wynik symulacji to zaledwie 60 mln zł. Tylko tyle więcej wpłynęłoby więc do budżetu od tej grupy. W odniesieniu do całości podatników, byłoby to jeszcze mniej niż wynika z szacunków Raiffeisen Polbank (200 mln zł). Choć należy zastrzec, że operujemy na danych o zaliczkach podatkowych a nie pełnych informacjach o rozliczeniu za 2013 rok wraz z dopłatami. Ale nawet te dane pokazują, że rachuby PiS na uzyskanie tą drogą nawet 2 mld zł nie maja szans na powodzenie. 

Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy wątpią, czy nowe narzędzie proponowane przez PiS będzie fiskalnie skuteczne. - Dodatkowo wprowadzenie trzeciej stawki podatku może stać się dla wielu z tych osób bodźcem do zmiany formy zatrudnienia i przejścia na liniową stawkę podatku, czyli unikania wyższych stawek – zauważa Marek Rozkrut. Podatników o najwyższych dochodach stać także na inne formy optymalizacji podatkowej. Czyli przy wykorzystaniu doradców podatkowych zmniejszanie obciążeń legalnymi metodami. - Być może ta propozycja to tylko taki gest, który ma pokazać, że partia chce zwiększyć obciążenia najbogatszym i ich kosztem realizować swoje obietnice wyborcze. Ale wydaje się, że dużych pieniędzy z tego nie będzie i trzeba ich poszukać gdzieś indziej – mówi Adam Antoniak, ekonomista Pekao SA.

W efektywność zapowiadanych zmian nie wierzy też Piotr Bujak z PKO BP. Ekonomista zwraca uwagę, że chybiony może być też kolejny argument podnoszony przez zwolenników zwiększania podatku, że większa progresja w PIT może pomagać w walce z nierównościami dochodowymi. - W ciągu ostatnich kilkunastu lat nierówności dochodowe w Polsce raczej się zmniejszały mimo ograniczenia progresji podatkowej przez zlikwidowanie najwyższej stawki PIT. Nie ma chyba silnej zależności między skalą progresji a nierównościami dochodowymi i wprowadzenie dodatkowej stawki niewiele zmieni – mówi Bujak.

PiS może mieć więc problem ze znalezieniem dodatkowych, wystarczająco dużych, dochodów na sfinansowanie swoich obietnic. W tym głównej, czyli zwiększenia kwoty wolnej w PIT. W kampanii wyborczej obiecywał to prezydent elekt Andrzej Duda, a podtrzymała kandydatka PiS na premiera Beata Szydło. Koszt takiej operacji może być nie do udźwignięcia przez finanse publiczne w krótkim czasie. Samo podwyższenie kwoty wolnej to ubytek w dochodach rzędu co najmniej 14 mld zł.

- Nas na to nie stać biorąc pod uwagę, jak duży wysiłek czeka finanse publiczne na przykład w związku z absorpcją funduszy unijnych. Jeśli nawet da się sfinansować zwiększenie kwoty wolnej, to zabraknie pieniędzy na inne propozycje – dodaje Piotr Bujak. Zwraca uwagę, że gdyby doszło do zrealizowania wszystkich postulatów zgłaszanych w kampanii wyborczej to cały trud obniżania deficytu finansów publicznych (w tym roku Polska uzyskała nawet zdjęcie procedury nadmiernego deficytu przez Komisję Europejską) może pójść na marne. - To nie tylko kwestia wskaźników. W sytuacji gdy gospodarka zacznie hamować, np. z powodu zewnętrznego kryzysu, finanse publiczne nie będą w stanie pełnić roli tzw. automatycznego stabilizatora, bo nie będzie w nich pieniędzy, które można by wydać na wsparcie wzrostu gospodarczego. A to dlatego, że te pieniądze zostałyby wydane w dobrych czasach, takich jak obecne – mówi Bujak.

Według niego politycy powinni się skupić nad takimi kwestiami, jak np. zła redystrybucja dochodu narodowego, czy zbyt niska dynamika wynagrodzeń w stosunku do wzrostu wydajności pracy.