O tym, jaka jest postawa członków Solidarności w szkołach i przedszkolach, wiedzieliśmy od dawna. Nie zaskoczyło mnie to. W poniedziałek od rana odbierałem telefony. Ludzie informowali, że członkowie Solidarności przystąpili do strajku.
Już 10 stycznia zarząd główny podjął uchwałę o wejściu w spór zbiorowy. 4 marca poinformowaliśmy rząd o terminie strajku. To z naszej inicjatywy negocjacje w ramach Rady Dialogu Społecznego rozpoczęły się 25 marca. W tym czasie pisaliśmy też do premiera. Czy można jeszcze bardziej prosić stronę rządową o rozmowy i wysłuchanie? Rząd już dawno mógł nie dopuścić do strajku.
Dzisiaj liczymy placówki, które strajkują.
Dane Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczące liczby strajkujących placówek są inne – niższe z uwagi na metodologię liczenia. My zbieramy dane tylko z publicznych samorządowych szkół, przedszkoli, placówek oświatowych i zespołów szkół. Nie bierzemy pod uwagę wszystkich placówek, które znajdują się w Systemie Informacji Oświatowej. Zespół szkół, w skład którego może wchodzić kilka podmiotów, jest dla nas tylko jedną placówką, czyli jest jeden pracodawca i jeden związek zawodowy, który wszedł w jeden spór zbiorowy. Natomiast z informacji, jakie otrzymaliśmy od dyrektorów szkół, wynika, że kuratorzy oświaty na prośbę MEN zbierali dane inaczej. Dla ministerstwa zespół szkół nie jest jedną placówką, tylko np. trzema placówkami, jeśli w jego skład wchodzi np. liceum, technikum i szkoła branżowa.
Jaka jest skala poparcia dla strajku, wiemy od dawna. Pokazały to wyniki referendum. Mobilizacja jest ogromna. Nigdy dotychczas takiej nie było.
To, że ten czarny scenariusz się ziścił, to efekt decyzji rządu. Nikogo nie zaskakiwaliśmy, jak zrobili to m.in. policjanci. Egzaminy zewnętrzne organizuje Centralna Komisja Egzaminacyjna i to ona ustala terminy. Rodzicom tłumaczymy, że mamy wspólny cel: jest nim dobra edukacja. A dobrej szkoły nie stworzymy bez dobrych i godnie zarabiających nauczycieli. Walczymy o wzrost wynagrodzeń, ale jednocześnie o większe pieniądze dla oświaty. Chcemy, żeby samorządy otrzymywały z budżetu państwa wyższą subwencję na szkoły, przedszkola i placówki oświatowe. I prosimy o wyrozumiałość.
Nic by to nie zmieniło.
To protest setek tysięcy nauczycieli i pracowników oświaty, a nie mój. Obrażanie drugiej strony na pewno nie pomoże w rozwiązaniu tej napiętej sytuacji.
Rozmawia się przy stole negocjacyjnym, a nie na łamach gazet.
Jest nim inwestowanie w edukację. Strona rządowa mówiła natomiast tylko o „dosypywaniu” do edukacji. Na pewno nie da się tego zrobić, przyjmując pakiet zaprezentowany przez wicepremier Beatę Szydło, polegający na zwiększeniu pensum od 25 proc. do 33 proc. To by oznaczało m.in. znaczącą redukcję etatów nauczycielskich i pogorszenie oferty edukacyjnej w szkołach wiejskich.
>>> Czytaj też: Testy gimnazjalne mogą odbyć się w terminie. Co z egzaminem ósmoklasistów?
