Wbrew temu, co chciałaby widzieć Bruksela, Ukraińcy nie ginęli na ulicach za UE. Owszem, protesty rozpoczęły się, gdy poprzednie władze wycofały się z zamiaru podpisania umowy w Wilnie. Ale gdy doszło do pierwszych starć, dawno już nie chodziło o Europę, ale o to, by Ukraińcy mogli żyć w kraju, gdzie milicja nie jest bijącym sercem skorumpowanej do szczętu władzy.
Trochę wbrew woli Brukseli okazało się, że dość techniczna rzecz, jaką jest dokument o wolnym handlu, przerodziła się w największe geopolityczne zmagania od czasów upadku ZSRR. Rosjanom, mimo zajęcia Krymu i podlewania benzyną Donbasu, nie udało się zapobiec podpisaniu umowy. Umowy, która uniemożliwi Kijowowi integrowanie się z Moskwą. I na tym właśnie polega jej główne znaczenie. Jest tylko jeden problem: papier trzeba jeszcze ratyfikować. Czy nowa Komisja pod wodzą Junckera będzie w stanie przekonać do tego niechętne Ukrainie państwa UE? To niestety wątpliwe, sam Juncker, oględnie mówiąc, nie należy do rosjosceptyków. Dobrze by było, gdyby przynajmniej nowy szef unijnej dyplomacji był bardziej wrażliwy na argumenty sąsiadów Rosji.
Dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej” od powstania tytułu w 2009 r. Wcześniej pracował w „Dzienniku”.
Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Zawodowo zajmuje się tematyką światową, zwłaszcza państwami Europy Wschodniej. Współautor książek: „Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę” (2015), „Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki” (2016), „Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu” (2020), „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki” (2021).
Laureat nagród dziennikarskich: Belarus in Focus 2012, Grand Press 2018 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody im. Dariusza Fikusa 2019.
Mówi po angielsku, rosyjsku, ukraińsku i białorusku, uczył się również chorwackiego, esperanto, greckiego, japońskiego, niemieckiego i rumuńskiego.
