Dziś w krajach OECD zatrudnienie znajduje więcej ludzi niż przed kryzysem finansowym. Także stopa bezrobocia w tych krajach jest stosunkowo niska i utrzymuje się na poziomie sprzed 2008 roku. Powinno to wzmocnić siłę przetargową pracowników i reprezentujących ich interesy związków zawodowych w negocjacjach z pracodawcami.

Tak jednak nie jest i w wielu krajach OECD pracownicy coraz częściej protestują domagając się przede wszystkim wyższej płacy minimalnej. Z kolei pracownicy otrzymujący średnią płacę dla danej branży lub tzw. średnią krajową, uskarżają się na niższe obecnie tempo wzrostu stawek godzinowych. O ile w okresie przed kryzysem z 2008 roku stawki te wzrastały w tempie 4,8 proc. w skali rocznej, to obecnie rosną już tylko w tempie 2,1 proc. Zdaniem autorów omawianego raportu, można mówić o stagnacji płac we wszystkich krajach OECD. Dodatkowym problemem są też pogłębiające się nierówności dochodowe.

Należy cieszyć się z faktu, że najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajach wzrasta liczba miejsc pracy, ale tylko nieliczni „szczęśliwcy” otrzymują znaczące podwyżki i mają coraz lepsze warunki pracy. Z drugiej strony powstaje niewiele nowych miejsc pracy o najwyższych standardach jakościowych. Takie stanowiska otrzymują prawie wyłącznie wysoko wykwalifikowani specjaliści i topowi menedżerowie.

Pogorszeniem się warunków jakościowych miejsc pracy dla szeregowych pracowników nie można jednak tłumaczyć postępującego spadku produktywności pracy. Faktem bowiem jest, że w okresie ostatnich kilku lat wydajność pracy w przeliczeniu na wartość produkcji lub usług wytworzonych w ciągu jednej godziny spadła w wielu branżach prawie o połowę. To z kolei zahamowało wzrost płac, gdyż przy mniejszych zyskach przedsiębiorcy nie byli w stanie wygenerować większych środków na podwyżki pensji.

Negocjowanie umowy o pracę to sztuka

W niektórych krajach OECD, z których wyjeżdżają pracownicy zagraniczni (tak jak obecnie w przypadku Wielkiej Brytanii), oczekuje się, że zjawisko to skłoni pracodawców do podwyższenia płac. Odpływ z Wysp części pracujących tam imigrantów oraz pewnej liczby miejscowych pracowników, którzy na skutek Brexitu ubiegają się o obywatelstwo innych państw członkowskich Unii Europejskiej, powoduje, że stopa bezrobocia w tym kraju będzie wkrótce najniższa od połowy lat 70. Zdaniem ekonomistów z Bank of England może to przyczynić się do wzrostu płac, a także do nasilenia konkurencji o pracowników, szczególnie w najbardziej poszukiwanych zawodach.

Z drugiej strony upowszechnienie się różnych, elastycznych form pracy znacznie osłabiło siłą przetargową pracowników. Mają oni w większości krajów OECD do wyboru najczęściej pracę niezgodną z posiadanym wykształceniem i wyuczonymi umiejętnościami i to na warunkach pracodawcy. Przyczynia się to także do osłabienia presji na podwyżki płac ze strony „szeregowych” pracowników. Ponadto rządy poszczególnych krajów OECD wprowadziły od czasu kryzysu z 2008 roku szereg programów oszczędnościowych, w wyniku których pracownicy utracili niektóre ze swoich zasiłków. Przedsiębiorcy także „obcięli” szereg różnych dodatków, np. z tytułu wykonywania pracy w trudnych warunkach czy też w dni ustawowo wolne od pracy.

Obecnie tylko jeden na trzech poszukujących pracy w krajach OECD otrzymuje zasiłek przyznawany bezrobotnym. Pozostali okresowo bezrobotni zmuszeni są do podejmowania mniej atrakcyjnej pracy niż przed kryzysem finansowym. W miejsce paru milionów miejsc pracy, które zniknęły po 2008 roku, w krajach OECD powstało wiele nowych, ale niestety gorszych jakościowo miejsc pracy. Potencjalni pracownicy nie mają więc w czym wybierać i często muszą wykonywać pracę na tzw. umowach śmieciowych, co powoduje wzrost liczby osób niezadowolonych z wykonywanej pracy. Często jest to przyczyną spadku wydajności pracowników, a co za tym idzie wpływa na zmniejszenie zysków pracodawcy, który w takiej sytuacji nie może podwyższyć swoim pracownikom płac.

Sam spadek stopy bezrobocia w wielu krajach OECD nie prowadzi „automatycznie” do podwyżek płac, z wyjątkiem uposażeń najlepiej zarabiających. Te ostatnie są bardzo wysokie, często też nie oddają osobistego wkładu danego prezesa czy menedżera w powiększanie zysku zarządzanej firmy. Z roku na rok powiększają się także różnice między zarobkami topowych CEO w większości dużych firm, a pensjami szeregowych pracowników. Przykładowo w ubiegłym roku szef sieci McDonald’s Stephen Easterbrook zarobił 21,8 mln dolarów, czyli aż 3101 razy więcej niż szeregowy pracownik jego firmy. Zwykły pracownik musiałby pracować dłużej niż trzy stulecia, by zarobić tyle, ile prezes w czasie 12 miesięcy.

Podobne relacje między najwyższymi i najniższymi zarobkami utrzymują się w większości innych dużych korporacji. To z kolei wywołuje ostre protesty i dyskusje wśród ekspertów na temat już nie tyle płacy minimalnej, lecz społecznie akceptowanej płacy maksymalnej. Te ostatnie są stosowane np. w przypadku państwowych spółek lub prywatnych korporacji, które wykonują zamówienia rządowe, finansowane często przez podatników.

W ubiegłym roku amerykański Lockheed Martin, posiadający kontrakt z rządem USA, otrzymał od podatników 35,2 mln dol., a jego CEO zarobił w tym czasie 22,8 mln dol. To 186 razy więcej niż szeregowy pracownik tej firmy.

Ekonomiści ze Stanford Graduate School of Business przeprowadzili badania ankietowe, w ramach których zapytali Amerykanów, jaką maksymalną płacę powinni otrzymywać najwyżsi rangą menedżerowie. Najwięcej ankietowanych podało kwotę ok. 882 tys. dol. rocznie - 18 razy wyższą od rocznych zarobków (50 tys. dol.) szeregowego amerykańskiego pracownika. Tylko 18 razy wyższą, a nie aż 3101 razy wyższą, jak w przypadku zarobków prezesa sieci McDonald’s, czy 186 razy wyższą, jak w przypadku prezesa firmy Lockheed Martin.

Prawie 60 proc. firm ma problemy z rekrutacją. Najgorzej jest w północnej Polsce