Kolejna wojna USA. Światowa potęga chce zniszczyć Państwo Islamskie

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
24 września 2014, 06:45
Flaga Państwa Islamskiego (ISIS)
Flaga Państwa Islamskiego (ISIS)/Newspix
Nasilenie nalotów oznacza, że Amerykanie po raz kolejny są zdeterminowani zaprowadzić na Bliskim Wschodzie porządek. To będzie jednak trudne, bo problemów w regionie jest więcej niż tylko ekstremiści.

Barack Obama nakreślił strategię na najbliższe tygodnie w swoim przemówieniu telewizyjnym 10 września. Podsumował ją dwoma słowami: degrade and destroy (osłabić i zniszczyć). Kampania prowadzona z powietrza będzie kluczowa w osiągnięciu pierwszego celu. Cel drugi będzie wymagał zaangażowania lądowego, a tego USA za wszelką cenę chcą uniknąć.

USA rozpoczynają wojnę z Państwem Islamskim (PI) w pojedynkę. Z nalotów wycofała się Francja, a Niemcy zapowiedziały, że nie zrzucą na teren Syrii ani jednej bomby. Przyczyną może być lęk przed atakiem terrorystów w tych krajach. Brytyjski kontrwywiad MI-5 podniósł niedawno poziom zagrożenia terrorystycznego do „poważnego”. Wielką niewiadomą pozostają też bliskowschodni partnerzy USA. Co prawda Pentagon w komunikacie dotyczącym wczorajszych nalotów informował o wsparciu krajów regionu, ale nie ujawniono, na czym konkretnie ono polegało. Trudno więc powiedzieć, czy USA mogą liczyć na poważniejsze zaangażowanie.

Państwa islamskie nie lubią się chwalić współpracą z USA. Jeszcze w grudniu 2013 r. Katar nie ujawniał obecności amerykańskich samolotów w bazie w Al-Udajd. Oficjalnie Pentagon informował tylko, że siły powietrzne stacjonują w Azji Południowo-Wschodniej. Z kolei Turcja – członek NATO – zezwoliła na prowadzenie nalotów z bazy İncirlik tylko za pomocą bezzałogowców. Postawa Ankary dziwi tym bardziej, że islamiści prowadzą w Syrii udaną ofensywę w pobliżu tureckiej granicy z Syrią. Z tego względu koalicja 40 państw, które przyłączyły się do walki z PI, istnieje na razie raczej w deklaracjach niż w rzeczywistości.

O ile Amerykanie z powietrza są w stanie w znaczący sposób osłabić bojowników, o tyle nie jest pewne, że będą potrafili ich zniszczyć nawet przy lądowym zaangażowaniu sojuszników. Pomocne są analogie historyczne. Prezydent George W. Bush przed inwazją na Afganistan obiecał zniszczenie talibów. Dzisiaj ich liczebność szacuje się nawet na 20 tys. bojowników. Zniszczenie PI wymaga jednak podjęcia działań na lądzie.

>>> Czytaj też: Łukaszenka boi się Rosji? Białoruś zamierza produkować nowoczesną broń

Sojusznicy USA

Tymczasem na terenie Syrii jedyną siłą, która jest w stanie przeciwstawić się rebelii, jest armia prezydenta Baszara al-Asada. Waszyngton nie może jednak przyznać się do współpracy z reżimem, o którym od 2011 r. mówi, że musi upaść – nawet mimo pojawiających się doniesień o współpracy wywiadów (Syryjczycy mogli wskazywać cele do zniszczenia).

Jedynym potencjalnym sojusznikiem pozostaje więc umiarkowana syryjska opozycja. Ta jednak po trzech latach walk z Asadem jest zepchnięta do głębokiej defensywy. W czerwcu Obama prosił Kongres o 500 mln dol. na szkolenie i doposażenie umiarkowanych sił. Zgoda została udzielona, ale te pieniądze mogą nie wystarczyć. Wycieńczona walką opozycja potrzebuje nie tylko przeszkolenia w zakresie taktyki i koordynacji działań wojskowych, ale i artylerii, moździerzy, broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej. Przy czym tę broń trzeba przekazywać z rozwagą, aby nie wpadła w ręce radykałów. To będzie wymagało ogromnego wysiłku.

Skoro państwa regionu nie chcą się angażować militarnie w walkę z dżihadystami, trudno powiedzieć, na ile chętnie otworzą portfele, aby wspomóc syryjską opozycję. Wszystkie cele muszą być bowiem osiągane w cieniu aksjomatu bliskowschodniej polityki, który brzmi: „wróg mojego wroga czasem jest także moim wrogiem”. Dotychczasowa niechęć do walki z PI brała się stąd, że pomogłaby ona Asadowi, a ten jest sojusznikiem Iranu. Tymczasem choćby Saudyjczycy bardziej niż o PI martwią się, by Teheran nie zwiększył wpływów u sąsiadów.

Międzynarodowa mobilizacja wywarła jednak wrażenie na rebeliantach. O zmianie ich nastawienia niech świadczy opublikowany przed nalotami film, w którym występujący w imieniu PI Abu Muhammad al-Adnani mówi: – Jeśli możecie zabić niewiernego Amerykanina lub Europejczyka – w szczególności godnych pożałowania Francuzów – albo jakiegokolwiek innowiercę z kraju, który przyłączył się do koalicji przeciw PI, zaufajcie Bogu i zabijcie go.

Do tej pory kalifat z Rakki rzadko groził przemocą Zachodowi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: wojsko
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj