Pochodzący ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich szejk Mansour bin Zayed jako właściciel angielskiego klubu Manchester City wydał już na transfery około 900 mln euro. Kupił klub w 2008 roku za 265 mln euro. Tym samym nabył 90 proc. akcji angielskiej drużyny. Mansour jest bratem prezydenta ZEA Khalify i członkiem jednej z najbogatszych rodzin na świecie Al Nahyan (jej majątek szacuje się na 150 mld dolarów). Manchester City jest jednym z najhojniejszych klubów świata – płaci swoim zawodnikom średnio 8 mln dol. rocznie. Jeszcze w 2014 roku nie miał sobie pod tym względem równych.

Już 3 lata później śladem szejka ze Zjednoczonych Emiratów poszedł fundusz Qatar Sports Investments, który nabył francuski klub Paris Saint Germain. Właścicielem katarskiej firmy jest Nasser Al-Khelaifi. Dzięki płynącym szerokim strumieniem petrodolarom klubowi ze stolicy Francji udało się zbudować w szybkim tempie zdecydowanie najlepszą drużynę we Francji, która w tym roku zdobyła czwarty z rzędu tytuł mistrza kraju. Pomogły w tym między innymi transfery takich piłkarzy jak Edinsona Cavaniego (64 mln euro), Thiago Silvy (42 mln euro), Lucasa (40 mln euro) oraz Zlatana Ibrahimovicia (21 mln euro, dane z portalu transfermarkt).

Koszulkowym sponsorem FB Barcelony została natomiast w 2010 roku prywatna fundacja Qatar Foundation. Została ona założona w 1995 roku przez katarską rodzinę królewską, a jej celem było głównie wspieranie edukacji. Rozpoczęcie współpracy z katalońskim klubem wywołało wiele kontrowersji, ponieważ było przełamaniem tradycji nieumieszczania żadnego sponsora na klubowych trykotach. Obrońcy fuzji podkreślali charakter fundacji oraz wspólnotę wartości wyznawanych przez oba zainteresowane podmioty. Początkowo Barcelona nie zarabiała na współpracy z Katarczykami. Zmieniło się to w 2012 roku, kiedy to sponsorem koszulkowym klubu zostały państwowe linie lotnicze Qatar Airways. Wygląda więc na to, że rozpoczęcie współpracy z fundacją było przetarciem szlaków do zawiązania czysto komercyjnej współpracy.

Niezwykle aktywne na europejskim rynku piłkarskim są linie lotnicze Emirates, które sponsorują między innymi Arsenal Londyn, Real Madryt, Paris Saint Germain oraz AC Milan. Umowa sponsorska firmy z klubem ze stolicy Wielkiej Brytanii była największą w historii futbolu na Wyspach.

Rośnie też zdecydowanie wpływ krajów naftowych na środowisko piłkarskie. Poza bezprecedensowym naruszeniem „czystości” koszulek FC Barcelony trzeba tutaj wymienić nietypowy przypadek Realu Madryt. Królewscy, jak jest nazywana hiszpańska drużyna, zdecydowali się na usunięcie z klubowego herbu krzyża. To skutek podpisanej wcześniej umowy z National Bank of Abu Dhabi, który został sponsorem strategicznym klubu. Real argumentował decyzję tym, że nie chciał drażnić klientów arabskiego banku, którzy wyznają islam i nie tolerują tym samym chrześcijańskich symboli. Krzyż został usunięty tylko z produktów Narodowego Banku Abu Zabi, jednak pytanie o granice poprawności religijnej pozostało.

>>> Polecamy: Narodowy sport USA. Finał Super Bowl jest warty tyle samo co PKB Islandii

Obustronne korzyści

Przyglądając się wydatkom arabskich szejków na działalność europejskich klubów piłkarskich, od razu pojawia się pytanie: jakie czerpią z tego korzyści? Pierwsza nasuwająca się odpowiedź ̶ stanowią dla nich jedynie formę rozrywki. Na potwierdzenie tej tezy można przywołać fakt, że od momentu nabycia Manchesteru City szejk Mansour pojawił się po raz pierwszy na stadionie tego klubu dopiero po dwóch latach. Jak w tych okolicznościach uwierzyć, że traktuje ten zakup jak poważną inwestycję albo realizację wielkiej pasji? Istnieją jednak też czysto gospodarcze powody.

Najbardziej rozpoznawalne piłkarskie marki w bardzo szybkim tempie rosną w siłę. Wartość Manchesteru United, Barcelony oraz Realu Madryt oscyluje w granicach 3 mld dol. (według Forbesa). Najsilniejsze kluby osiągają także z roku na rok coraz wyższe przychody. Według Deloitte trzy czołowe kluby pod tym względem (za rok 2014/14) to Real Madryt (549,5 mln euro), Manchester United (518 mln euro) oraz Bayern Monachium (487,5 mln euro). Piąte w zestawieniu było PSG (474,2 mln euro), a tuż za nim uplasował się Manchester City (414,4 mln euro).

Z kolei brytyjska firma BrandFinance dokonała wyceny marek poszczególnych klubów. Najwięcej warty jest znak handlowy Manchesteru United (853 mln dol.), Bayernu Monachium (786 mln dol.) oraz Realu Madryt (600 mln euro). Marka Manchesteru City jest wyceniana na 302 mln dol. Największe kluby na świecie mają ogromną popularność. Zarówno Manchester City jak i PSG posiadały w 2015 roku ponad 19 mln fanów na Facebooku oraz ponad 2 mln obserwujących na Twitterze. Włodarze United twierdzą, że klub ma na całym świecie 659 mln kibiców, z czego aż 325 mln przypada na Azję.

Wzrost rozpoznawalności sponsorów ma związek nie tylko ze skojarzeniami z marką klubu. Sponsoring tytularny gwarantuje dostęp do nazwy drużyny (jak było w Polsce przypadku współpracy Legii Warszawa i koncernu Daewoo, to także częsty przypadek występujący w innych zespołowych dyscyplinach, np. piłce ręcznej), albo stadionu (umowa sponsorska linii Emirates z Arsenalem Londyn zagwarantowała firmie miejsce w nazwie nowo wybudowanego stadionu klubu ze stolicy).

Zaangażowanie przedstawicieli naftowych państw w europejski futbol przynosi im także „ukryte” korzyści. W środowisku piłkarskim dużo mówiło się zakulisowo o niepisanej umowie Francuzów i Katarczyków. Pomoc finansowa ze strony arabskiego kraju miała zostać udzielona w zamian za poparcie przez Paryż kandydatury państwa z Zatoki Perskiej na organizatora piłkarskich Mistrzostw Świata w 2022 roku. Jak wiadomo Katar wygrał wyścig o globalny czempionat.

Korupcyjne bagno

W 2015 roku światowym futbolem zatrząsł korupcyjny skandal, który dosięgnął sportowych działaczy najwyższego szczebla. W grudniu tego samego roku zostali zawieszeni szef Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) Michel Platini oraz były prezydent Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA) Sepp Blatter. Kara ma związek z tajemniczym przelewem dwóch milionów franków szwajcarskich pomiędzy kontami bankowymi wspomnianych osób. Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS) zadecyduje o losie Platiniego najpóźniej 9 maja.

Afera na dobre rozpętała się w maju zeszłego roku. 42 ważnych działaczy FIFA usłyszało wtedy zarzuty korupcyjne oraz prania brudnych pieniędzy. Piętnaście osób już przyznało się do winy w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary. Akt oskarżenia wniosła amerykańska prokuratura. Sprawa będzie kontynuowana w lecie tego roku, a rozprawa odbędzie się zapewne dopiero w następnym.

Najbliższe piłkarskie mistrzostwa świata mają odbyć się w Rosji (2018 rok) oraz Katarze (2022). Oba kraje mogą jednak stracić prawo do organizacji imprez. Tuż przed głosowaniem ws. wyboru ich organizatorów dwóch członków Komitetu Wykonawczego FIFA zostało poddanych prowokacji przez dziennikarzy „Sudany Times”. Dziennikarze udający lobbystów „kupili” poparcie oficjeli FIFA Nigeryjczyka Amosa Adamu i Reynalda Temariego z Tahiti. Pierwszy zażądał 0,5, z kolei drugi 1,5 mln funtów. Kilku innych działaczy zapewniało „lobbystów”, że łapówki to najprostsza droga do uzyskania prawa do organizacji imprezy. Po przeprowadzonych przez francuskie i angielskie media śledztwach o korupcję podejrzewana jest około połowa całego 24-osobowego składu Komitetu Wykonawczego.

Dzisiaj niewiele wtajemniczonych w problem osób ma wątpliwości co do winy strony katarskiej. Mundial zostanie zorganizowany w tym kraju dzięki działaniom Mohammeda bin Hammama, w okresie wyborów organizatorów szefa azjatyckiej federacji piłkarskiej i wiceprezydenta FIFA. Zarządzane przez niego przedsiębiorstwo dokonało w tamtym okresie przelewów w wysokości 200 tys. dol. do wszystkich prezydentów afrykańskich federacji piłkarskich. W ramach „rekompensaty” czterech przedstawicieli Czarnego Lądu w Komitecie FIFA miało oddać swój głos na Katar. Szef federacji Ameryki Północnej i Środkowej Jack Warner dostał od bin Hammana 1,6 mln dol. Można ironicznie powiedzieć, że mundial był dla krezusów z obszaru Zatoki Perskiej względnie tani.

Pod adresem Kataru i FIFA sypią się gromy. Środowisko piłkarskie krytykuje wybór między innymi z powodu klimatu panującego na azjatyckim półwyspie w okresie, w którym rozgrywane są mundiale. Temperatury panujące w tej strefie klimatycznej wykluczają sportową rywalizację na zawodowym poziomie.

Jeszcze większe kontrowersje wzbudza jednak kwitnący w Katarze proceder łamania praw człowieka. Przy budowie stadionów na mistrzostwa pracują głównie imigranci. Warunki ich zatrudnienia są niehumanitarne. Według raportu International Trade Union Confederation przy organizacji imprezy zginęło już 1200 osób. To głównie przybysze z Bangladeszu, Indii i Nepalu. Szacunki mówią, że do 2022 roku przygotowania pochłoną kolejne 4 tys. osób. Dla porównania, podczas przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Londynie śmierć poniosła jedna osoba. Według licznych informacji medialnych płace robotników są zamrażane, a paszporty konfiskowane.

W związku z aferą korupcyjną w FIFA oraz skandalem z łamaniem praw pracowników w Katarze ruszyła medialna kampania atakująca najważniejszych sponsorów mundialu i partnerów Federacji, między innymi Coca-Colę, Visę i Adidasa. W sieci pojawiło się na ten temat wiele prowokacyjnych i prześmiewczych filmów wideo i memów.

Wiele wskazuje na to, że powiązania pomiędzy krajami Zatoki Perskiej a europejskim środowiskiem piłkarskim będą się umacniały, nawet jeśli w FIFA dojdzie do silnego personalnego przetasowania, a Katar utraci prawo do organizacji MŚ. Piłka nożna to bowiem ciągle relatywnie niedroga i skuteczna „platforma” umożliwiająca szejkom dostęp do zachodniego świata.

>>> Czytaj także: Finansowa Liga Mistrzów. Ranking najbogatszych klubów świata