Siudaj: Konkurencyjne Południe

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
5 października 2012, 03:15
Marek Siudaj, kierownik działu branże i firmy
Marek Siudaj, kierownik działu branże i firmy/DGP
Kryzys finansowy w strefie euro trwa już tak długo, że staje się czymś zwyczajnym. Od lat obserwujemy strajki i protesty okraszone starciami z policją. Przed kamerami przesuwa się korowód polityków i ekonomistów, wygłaszających prośby, groźby i ostrzeżenia.

Ten kryzys ma jednak także inne skutki. Jednym z nich jest widoczna już zwiększona mobilność obywateli Unii Europejskiej, którzy częściej szukają pracy poza swoimi ojczyznami. Hiszpanie czy Grecy znowu przyjeżdżają do Niemiec lub do innych państw, których gospodarka jest w lepszym stanie. A to spowoduje spowolnienie wzrostu płac. Drugim czynnikiem jest spadek płac w krajach Południa. Nie jest on równomierny, bo o ile w Hiszpanii czy Portugalii mamy do czynienia ze spadkiem kilkuprocentowym, o tyle w Grecji płace obniżyły się już o 1/5 w stosunku do roku 2005. Oczywiście można kpić z pracowitości Greków, choć dane o liczbie przepracowanych godzin sytuują ich w gronie najbardziej zarobionych nacji, jednak statystyka jest nieubłagana – Grecy są coraz tańsi. Ta informacja prędzej czy później nabierze dużego znaczenia.

Trzeba pamiętać, że żyjemy w świecie, gdzie koszty pracy często mają ogromny wpływ na decyzję o umiejscowieniu fabryki czy też jej zamknięciu. Do niedawna sprawa była prosta – wszyscy przenosili się do Chin, gdzie zasób taniej siły roboczej wydawał się nieskończony. Ale teraz coraz częściej firmy wynoszą się z tego kraju, bo powoli staje się zbyt drogi.

Do tego trzeba doliczyć jeszcze koszty transportu towarów, problemy związane z systemami prawnymi oraz różnice mentalnościowe. To wszystko przekłada się na koszty, a te – podczas kryzysu – liczone są bardzo dokładnie.

Nie wiem, czy bardziej opłaca się uruchomić fabrykę w Grecji, czy w Chinach, czy jeszcze potrzebny jest rok spadku płac. Podejrzewam jednak, że obecnie od inwestowania w tym kraju bardziej odstraszają chaos, który tam widać, oraz obawa przed jego nasileniem w razie bankructwa niż wysokie koszty pracy. Całkiem możliwe, że gdyby Grecja wprowadziła drachmę rok czy dwa lata temu i przeszła związane z tym zawirowania, już mielibyśmy do czynienia z gwałtownym wzrostem inwestycji zagranicznych.

Dodatkowo spadek płac i PKB powoduje, że w końcu Grecy będą musieli odchudzić swoje państwo. Nie wiadomo, jaki kierunek wybiorą – czy cięcia na opiece socjalnej i medycznej, czy na emeryturach, czy potężnie ograniczą zatrudnienie w administracji, a może zdecydują się na wszystko po trochu. Tak czy owak dorobią się tego, czym rządząca koalicja łudziła nas kilka lat temu – taniego państwa, które zmniejszy liczbę różnego rodzaju procedur, koncesji i zezwoleń, bo najlepszym sposobem na ograniczenie biurokracji jest redukcja liczby biurokratów. To samo czeka inne borykające się obecnie z kłopotami państwa południa Europy.

Ale jeśli już do tego dojdzie, może się okazać, że będziemy musieli konkurować nie tylko z krajami azjatyckimi, lecz także z unijnymi państwami z południa kontynentu. I na dodatek możemy tę rywalizację przegrywać, bo Portugalczycy, Hiszpanie czy Grecy będą mieli mniej durnych przepisów i niepotrzebnych urzędników, którzy zawsze starają się uzasadnić swoje istnienie tonami zbędnych druków.

Ktoś może powiedzieć, że Grecja prędzej popadnie w jakąś recydywę socjalizmu, niż zdecyduje się na budowę bardziej liberalnego, sprawnego państwa; że Hiszpanie przebiedują na garnuszku unijnym, aż na świecie zacznie się ożywienie gospodarcze, a wtedy znowu wszystko będzie po staremu.

Tak, to oczywiście możliwe, sądzę jednak, że dobrze byłoby się przygotować do tej ewentualnej konkurencji. Między innymi dlatego, że dalszy upadek Grecji czy stagnacja w Hiszpanii są rozwiązaniami dla tych krajów gorszymi, a więc – co tu dużo kryć – głupszymi niż reformy. Tymczasem trudno liczyć na głupotę Greków, którzy jak do tej pory wykazywali specyficzny, ale jednak spryt, czy Hiszpanów, którzy w dużej części nieźle wykorzystali dotychczasowy boom gospodarczy. Poza tym nadzieja na to, że inni okażą się głupsi od nas, jest wyjątkowo głupim uzasadnieniem dla nierobienia niczego.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj