Forsal logo

Na zdrowie wydajemy TRZY RAZY WIĘCEJ niż dekadę temu. A kolejki do lekarzy wydłużyły się. Czy afera w Szpitalu Południowym wymusi zmiany?

Ten tekst przeczytasz w 12 minut
dzisiaj, 07:00
Na zdrowie wydajemy TRZY RAZY WIĘCEJ niż dekadę temu. A kolejki do lekarzy wydłużyły się. Czy afera w Szpitalu Południowym wymusi zmiany?
Na zdrowie wydajemy TRZY RAZY WIĘCEJ niż dekadę temu. A kolejki do lekarzy wydłużyły się. Czy afera w Szpitalu Południowym wymusi zmiany?/PAP
W ciągu ostatniej dekady wydatki na ochronę zdrowia w Polsce wzrosły ze 121 mld zł do około 360 mld zł, czyli trzykrotnie. Te prywatne wynoszą już niemal tyle, ile 10 lat temu NFZ dostawał od Polek i Polaków ze składki zdrowotnej. Efekt? Kolejki do lekarzy… wydłużyły się, a dostęp do nowoczesnych terapii mamy katastrofalnie gorszy niż w innych krajach rozwiniętych.

Liczby nie kłamią. W 2016 r. mediana wynagrodzeń w Polsce wynosiła 3 900 zł, w 2026 r. wynosi 7 400 zł, co oznacza, że wzrosła niespełna 1,9 razy. A jak wyglądały w tym okresie wydatki na ochronę zdrowia?

W 2016 r. budżet NFZ wynosił 73,8 mld zł, z czego ze składek pochodziło 70,1 mld zł

W 2026 r. budżet NFZ wynosi 217,4 mld zł (blisko 3 więcej niż dekadę temu), z czego z naszych składek ma pochodzić ponad 184 mld zł (z samego ZUS – 180 mld, KRUS to jedynie 4 mld zł), a reszta z dotacji budżetu państwa – czyli też z naszej kieszeni.

Dziura w kasie NFZ: ponad 9 razy większa niż 10 lat temu

Realnie wydajemy jeszcze więcej: wedle Ministerstwa Zdrowia, w 2025 roku wydatki na ochronę zdrowia zostały zwiększone do rekordowych 232,2 mld zł, co stanowiło 6,81 proc. PKB. Dotacja podatników do NFZ wzrosła w dekadę z niespełna 3,7 mld zł do… ponad 34,7 mld zł, czyli ponad 9 razy.

Wedle szacunków GUS (Narodowy Szacunek Zdrowia), publiczne i prywatne wydatki bieżące na ochronę zdrowia w 2016 r. wyniosły 121 mld zł, a w 2024 r. już 293,6 mld zł. Można bez ryzyka założyć, że w 2026 r. przebiją 360 mld zł, co oznacza ich potrojenie w 10 lat.

Dotacja z kiesy podatników do NFZ dynamicznie rośnie, bo też dziura w kasie Funduszu powiększa się w zastraszającym tempie. Dzieje się to w sytuacji, w której NFZ otrzymuje z naszych składek dokładnie 2,63 razy więcej pieniędzy niż dziesięć lat temu. W tym samym czasie nasze zarobki wzrosły tylko 1,9 razy, więc na składki przeznaczamy zdecydowanie więcej ciężko zarabianych pieniędzy niż wtedy. Widać to zresztą wyraźnie, jeśli porównamy publiczne nakłady na zdrowie do PKB – w 2016 r. stanowiły one 4,55 proc. PKB, a w 2026 r. mają stanowić 6,81 proc. PKB.

Mimo to sytuacja finansowa większości placówek zdrowotnych pogorszyła się, nie ma środków na wiele koniecznych zabiegów i wizyt u specjalistów. Wedle wszelkich raportów – czas uzyskania wizyty u lekarzy specjalistów w Polsce uległ ogólnemu wydłużeniu. Według szacunków Fundacji Watch Health Care, średni czas oczekiwania na konsultację wynosił w 2016 roku 2 - 3 miesiące. Zgodnie z najnowszym Barometrem WHC, wskaźnik ten wzrósł do 4,2 miesiąca.

10 lat temu do najdłużej wyczekiwanych wizyt należały m.in. endokrynologia, ortopedia czy chirurgia naczyniowa - czas oczekiwania wahał się od kilku do kilkunastu miesięcy. W 2026 roku do najtrudniej dostępnych należą poradnie genetyczne (czeka się ponad 540 dni), chirurgia onkologiczna dziecięca, neurochirurgia (ok. 250 dni) oraz hematologia. Ministerstwo Zdrowia i NFZ wprowadziły Centralną Elektroniczną Rejestrację oraz nowe algorytmy obliczania kolejek, co ma wyeliminować wielokrotne zapisywanie się pacjenta do kilku specjalistów jednocześnie i zlikwidować tzw. martwe kolejki. Ale nie rozwiąże finansowych problemów placówek ochrony zdrowia.

Zdrowie po polsku: za lekarza płacisz TRZY RAZY, zarobki specjalistów szybują

Większość Polaków to wie i dlatego płaci coraz więcej za prywatne usługi medyczne. W 2016 r. nasze prywatne wydatki na zdrowie (w tym składki na dobrowolne ubezpieczenia) wyniosły łącznie 36,52 mld zł (1,97 proc. PKB). W 2025 r. było to już 64,5 mld zł. Z prywatnych pakietów medycznych i ubezpieczeń zdrowotnych w Polsce korzysta już ok. 5,5 miliona osób. I ta liczba stale rośnie m.in. ze względu na długi czas oczekiwania w publicznym systemie ochrony zdrowia. Paradoks polega na tym, że im więcej osób wykupuje pakiety (lub dostaje je w ramach benefitów od pracodawców), tym trudniej dostać się do przyjmujących w ramach tych pakietów lekarzy-specjalistów. Są to bowiem bardzo często ci sami lekarze, do których pacjenci próbują się bezskutecznie dostać opłacając coraz wyższe składki na NFZ.

Z tego względu znaczna część owych podwójnych płatników (wszakże wykupienie prywatnego ubezpieczenia nie zwalnia z obowiązkowej składki na NFZ) decyduje się ZAPŁACIĆ TRZECI RAZ – za tzw. wizytę prywatną.

W czasie zeszłotygodniowej prezentacji wydatków na zdrowie w Sejmie Konrad Kostępski - reprezentujący Najwyższą Izbę Kontroli – jako główną przyczynę pogorszenia sytuacji finansowej NFZ i skokowego wzrostu budżetowej dotacji podał dynamiczny wzrost wynagrodzeń personelu medycznego wynikający z przyjętych kilka lat temu regulacji. Skomentował to tak: „Nie kwestionując potrzeby godnego wynagradzania pracowników systemu ochrony zdrowia, zwracam uwagę, że utrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu wynagrodzeń w przyszłych latach będzie negatywnie oddziaływało na finanse NFZ oraz będzie ograniczało możliwość zabezpieczenia dostępu do świadczeń dla pacjentów”.

Mówiąc najbrutalniej: jako podatnicy i płatnicy składek będziemy wydawać coraz więcej swoich ciężko zarobionych pieniędzy na wynagrodzenia lekarzy, a dostęp do tych lekarzy będzie coraz gorszy, bo nie starczy pieniędzy na nic więcej. Tylko pensje. Zresztą w wielu placówkach już tak jest: cała kasa idzie na wynagrodzenia i nie ma ani grosza ani na diagnostykę, ani na zabiegi.

Ustawa o wzroście wynagrodzeń w ochronie zdrowia: „killer” systemu

Dwa miesiące temu przysłuchiwałem się dyskusji o finansowaniu ochrony zdrowia podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Jan Szulc, wiceprezes Narodowego Funduszu Zdrowia, podkreślił wtedy, że nie jest przeciwnikiem samej idei wzrostu płac, ale bulwersuje go sposób procedowania i finansowania przyjętych kilka lat temu regulacji – bo skutki tego ewidentnie uderzają w pacjentów i podatników, często w tej samej osobie.

Przypomnijmy: ustawowy mechanizm polega na tym, że pracodawcy (głównie szpitale) są ustawowo zobligowani do ściśle określonych podwyżek płac od 1 lipca każdego roku. Wiceszef NFZ przypomniał, że ta regulacja została przyjęta bez zapewnienia wymiernych środków na jej coroczną realizację i prowadzi do dysfunkcji w zarządzaniu placówkami medycznymi. Z tego powodu nazwał ją „killerem” dla polskiego systemu ochrony zdrowia. I nie chodziło mu bynajmniej o poczciwego Jurka Kilera, tylko bezwzględnego zabójcę. W 2026 r. realizacja tej ustawy kosztować będzie ponad 70 mld zł. Wszystkie nakłady na leczenie szpitalne mają wynieść 100 mld zł.  

Eksperci zwracają uwagę, że mechanizm podwyżkowy działa automatycznie i nie jest powiązany z efektywnością ani jakością pracy. W tym sensie system opieki zdrowotnej wrócił  do czasów komuny i popularnego wtedy hasła „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. „Szefowie placówek stracili jakiekolwiek narzędzia do prowadzenia realnej polityki kadrowej” – skwitował Szulc.

Od 1 lipca wynagrodzenia minimalne w ochronie zdrowia mają wzrosnąć o 8,8 proc. Pensja minimalna brutto lekarza i dentysty ze specjalizacją wyniesie blisko 13 tys. zł. Lekarz i dentysta bez specjalizacji otrzyma minimum 10,6 tys. zł brutto. W przypadku farmaceuty, fizjoterapeuty, pielęgniarki, z tytułem magistra i specjalizacją będzie to prawie 11,5 tys. zł, zaś  stażysty – prawie 8,5 tys. zł brutto. Pielęgniarka i położna po studiach otrzyma minimum 9,1 tys., a po szkole średniej – minimum 8,4 tys. zł; stawki opiekuna medycznego będą startować od 7,7 tys. zł.

Ochrona zdrowia po polsku: NIE MA PACJENTA, są procedury

Afera w Warszawskim Szpitalu Południowym uświadomiła opinii publicznej, że te stawki mogą być przez lekarzy i (rzadziej) innych pracowników ochrony zdrowia powielane poprzez zatrudnienie w kilku placówkach – z ujawnionych harmonogramów słynnego już lekarza-radnego wynika, że był on formalnie w kilku miejscach naraz i pobierał  wynagrodzenie za wykonywaną (????!!!!) tam pracę. Komentując jedną z publikacji na ten temat zadałem FUNDAMENTALNE pytanie: „Czy to jest jednostkowa patologia czy zasada funkcjonowania systemu. Mamy podstawy do oburzenia, bo chłopak musiał złożyć oświadczenie jako radny. A gdyby nie musiał?”

Jestem w stu procentach pewien, że w tej aferze patologiczne zachowania wymagające stosownej kary były możliwe nie tylko z uwagi na polityczny parasol nad młodym lekarzem, ale przede wszystkim dlatego, że mamy do czynienia z absolutnie demoralizującym systemem, w który niejako „naturalnie” wbudowano – opisany wyżej przez wiceprezesa NFZ - totalnie dysfunkcjonalny i zabójczy mechanizm podwyżek wynagrodzeń. Być może dzięki wybuchu skandalu doczekamy się całościowej, a nie wyrywkowej wiedzy o realnych zarobkach lekarzy niektórych specjalności. I nie chodzi tu o grę w „powiedz lekarzu, co masz w garażu”, tylko o KONIECZNĄ w finansach publicznych weryfikację tego, co W ISTOCIE DZIEJE SIĘ Z NASZYMI PUBLICZNYMI PIENIĘDZMI.

Mnóstwo ludzi uważa, że w systemie nie przez przypadek, czy z powodu nieudolności, lecz całkowicie CELOWO zrobiono wielkie dziury, by przeistoczyć go w jeszcze większą studnię bez dna. W efekcie jedynymi beneficjentami opisanego na wstępie TRZYKROTNEGO WZROSTU NAKŁADÓW NA ochronę zdrowia są niektórzy lekarze i (znowu niektórzy) inni pracownicy sektora. O ile w innych branżach nierówności w zarobkach na porównywalnych stanowiskach są dwu-trzykrotne, to w środowisku lekarskim wynoszą… 10 razy lub więcej. I to nie jest kwestia jakiejś wąskiej superelity specjalistów o wybitnych zdolnościach, lecz norma wynikająca z takiej a nie innej wyceny poszczególnych procedur medycznych. Znam lekarzy wystawiających co miesiąc faktury na ćwierć miliona złotych. I oni mi mówią, że to pikuś, bo ich koledzy rozpisują 350 tys. zł – u jednego pracodawcy.

Podejrzewam, że 99 proc. Polek i Polaków nie ma zielonego pojęcia, że wrzucając swoje pieniądze do wora z napisem NFZ płaci de facto NIE ZA EFEKTY leczenia, tylko za PROCEDURY. Tu naprawdę NIKT NIE WIDZI PACJENTA, a jego dobro to jest rzecz równie abstrakcyjna, jak Yeti na Seszelach. Piszę to jako pacjent, który uległ w życiu paru ciężkim wypadkom i za każdym razem system próbował mnie albo zabić, albo przemienić w osobę z potężnymi niepełnosprawnościami – uniemożliwiającymi samodzielne funkcjonowanie. Abstrahuję tu od faktu, że to ekonomicznie skrajna głupota - przecież jestem świetnym płatnikiem niemałych składek i przemieniając mnie w biorcę system straciłby podwójnie. Wszyscy mają to jednak w głębokim poważaniu – bo liczą się wyłącznie procedury. I niech mi nikt nie mydli oczu, że jest inaczej, bo my się w kierunku tego bezdennego bagna obsuwamy coraz bardziej i szybciej.

I tu wracam do pytania: kto ma w tym interes?

Ochrona zdrowia: patosystem musi być zburzony

Na razie jest tak, że gros placówek ochrony zdrowia skupia się na takiej reorganizacji pracy, by wykonywać jak najwięcej najlepiej wycenianych procedur. Aby to zrobić, potrzebuje lekarzy określonych specjalności – i licytuje się o nich na rynku. Ta licytacja jest tym ostrzejsza – i bardziej paranoiczna – że mamy znacznie więcej placówek i łóżek szpitalnych na 1000 mieszkańców niż Duńczycy. Co istotne, w obecnym patosystemie publiczna ochrona zdrowia coraz ostrzej konkuruje o specjalistów z podmiotami prywatnymi, do których – z powodu kolejek w państwowych i powiatowych szpitalach i poradniach – ciągną miliony pacjentów. I znów: chodzi o najwyżej wyceniane, a relatywnie najmniej kosztowne, procedury. Te najkosztowniejsze i przynoszące generalnie straty pozostawiane są placówkom, które gotowe są nas leczyć nawet kosztem zadłużania się po uszy. I my, podatnicy, potem te placówki ratujemy dotacjami dobijającymi już do 40 miliardów złotych.

Patologiczne systemy opierają się na prostej zasadzie: prywatyzuj zyski, a koszty zostaw państwu, czyli szarym płatnikom składek i podatków. I właśnie to mamy w Polsce. Efekt jest znany: niektórzy lekarze zarabiają już nad Wisłą tyle, ile ich koledzy w o wiele bogatszych krajach Europy i świata. Sęk w tym, że my, Polki i Polacy, wciąż nie zarabiamy nawet połowę tamtejszych stawek. Mediana wynagrodzeń w Niemczech to 4400 euro. W Polsce 1700 euro.

Dlatego ludzie są wkurzeni. Donald Tusk wyraźnie wyczuwa te nastroje. Komentując pomysł Naczelnej Rady lekarskiej, aby wprowadzić ograniczenie czasu pracy lekarzy do 78 godzin tygodniowo, niezależnie od formy zatrudnienia, stwierdził, że "lekarze woleli dotąd koncentrować się na ochronie uprzywilejowanej pozycji niektórych lekarzy, a nie na realnej kontroli i zmianie systemu".

Tusk podkreślił, że jest gotów na rozmowę ze środowiskiem lekarskim, ale jego zdaniem samo środowisko nie jest na taką rozmowę gotowe. „To nie będzie przyjemna rozmowa” – zastrzegł przywołując dane dotyczące długości dyżurów lekarskich.

Przykładowo w jednej z wojewódzkich stacji ratownictwa medycznego było to… 488 godzin miesięcznie. Czyli prawie 17 godzin na dobę, dzień w dzień. „I to jest płacone”. Pewien lekarz pracował nawet – jak wynika z grafików - 120 godzin non stop.

Mówiąc to wszystko premier niejako odpowiada na moje pytanie: fakt, że młody lekarz w trakcie specjalizacji, były już radny KO, „przepracował” w 2025 r. w samym tylko Warszawskim Szpitalu Południowym 3 976 godzin (średnio 331 miesięcznie) zarabiając 1,6 mln zł, a w dodatku miał kontrakty z innymi placówkami, jest raczej w patosystemie normą, a nie wyjątkiem.

Dlatego patosystem musi być zburzony.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Zbigniew Bartuś
dziennikarz i felietonista Zbigniew Bartuś

Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraNa zdrowie wydajemy TRZY RAZY WIĘCEJ niż dekadę temu. A kolejki do lekarzy wydłużyły się. Czy afera w Szpitalu Południowym wymusi zmiany? »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj