Jeden z najniższych na świecie wskaźników dzietności (w okolicach 1) sprawia, że co roku umiera w Polsce o około 150 tys. więcej Polek i Polaków niż się rodzi. Przewaga zgonów nad urodzinami zwiększa się niemal nieprzerwanie od 2012 roku i przy obecnych trendach demograficznych może w niedalekiej przyszłości przekroczyć… pół miliona osób rocznie. Na razie, w ciągu zaledwie 15 lat, straciliśmy 1,6 mln obywatelek i obywateli.
Ludnościowy szczyt osiągnęliśmy w 2011 r.: nad Wisłą mieszkało wtedy ponad 38,3 mln osób, w tym około 250 tys. cudzoziemców (oficjalnie – 50 tys., ale wliczywszy osoby wykonujące prace tymczasowe i w szarej strefie – pięć razy więcej). Wedle najnowszych szacunków GUS, na koniec 2025 r. ludność Polski liczyła 38,8 mln, ale ów dziejowy rekord zawdzięczamy cudzoziemcom, których było już 2,3 mln. Czyli ich udział w populacji wzrósł w 15 lat z kilku promili do prawie 6 proc.
Jest to z jednej strony największy i najszybszy wzrost wśród krajów rozwiniętych (OECD), ale z drugiej – taki odsetek obcokrajowców dałby Polsce 22. miejsce w Europie i 90. w świecie. Podawany przez Eurostat oficjalny udział – wynoszący ok. 2,6 proc. – sytuuje nas w rankingach jeszcze niżej. To dobrze czy źle?
Imigranci w Europie: TOP 20 państw z największym udziałem cudzoziemców
Europejskie zestawienie obejmuje zarówno kraje Unii Europejskiej (gdzie wskaźnik napędza migracja wewnątrzunijna), jak i stowarzyszone (Szwajcaria, Norwegia, Islandia) i współpracujące (Wielka Brytania). Ścisłą czołówkę tworzą mikropaństwa, zaraz potem jest Szwajcaria, gdzie wśród imigrantów dominują osoby z krajów UE - Włosi, Niemcy, Portugalczycy, a także Francuzi. Populacja kraju Wilhelma Tella powiększyła się w XXI wieku z 7,2 do 9,1 mln – i 80 proc. tego przyrostu przyniosła imigracja. Kraj ma przy tym jedną z najniższych stóp bezrobocia na świecie, a gros obcokrajowców stanowią wysoko wykwalifikowani specjaliści zatrudniani w kluczowych sektorach (przede wszystkim w finansach i innowacyjnych technologiach) oraz w organizacjach międzynarodowych.
Mimo to 14 czerwca 2026 r. z inicjatywy prawicowej - populistycznej i antyimigranckiej - Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP) odbyło się ogólnokrajowe referendum w sprawie ograniczenia liczby ludności do 10 milionów przed 2050 rokiem. SPV, jak cała prawica w Europie i świecie, twierdzi, że imigracja prowadzi do przeludnienia, problemów mieszkaniowych i przeciążenia opieki zdrowotnej. Ewentualne zwycięstwo zwolenników referendum oznaczałoby m.in. konieczność wypowiedzenia unijnych umów o swobodnym przepływie osób i znaczące osłabienie więzi z Unią, dlatego porównywano je z głosowaniem brexitowym. Wniosek SVP odrzuciło jednak 54,8 proc. głosujących (przy frekwencji 57 proc.).
A Niemcy? Wypadły właśnie z pierwszej dziesiątki krajów o największym odsetku imigrantów – pozostają jednak państwem o największej bezwzględnej liczbie cudzoziemców.
Polska ze swoim oficjalnym odsetkiem cudzoziemców – 2,6 proc. - zajmuje w zestawieniach Eurostatu 25 miejsce m.in. za Węgrami (5,5 proc.) i Rumunią (3,6 proc.). Trzeba jednak pamiętać, że statystyki Eurostatu i ONZ uwzględniają tzw. stałych rezydentów (osoby z zamiarem pobytu na stałe lub przebywające w kraju powyżej 12 miesięcy, oficjalnie ujęte w spisach powszechnych). Tymczasem ogromna część cudzoziemców w Polsce (np. pracownicy sezonowi z Azji czy obywatele Ukrainy z tymczasowym statusem ochrony UKR) to de facto migranci krótkoterminowi, a nie stała populacja rezydencka. Wspomniane nowe szacunki obejmują takich ludzi i dały w efekcie udział obcokrajowców rzędu 5,93 proc. Nawet jednak po takiej korekcie Polska nie weszłaby do pierwszej dwudziestki w Europie, ani tym bardziej w świecie – europejski próg wynosi 14,4 proc., a globalny – niemal 21 proc.
Pierwsza dwudziestka krajów o największym odsetku cudzoziemców w Europie wygląda tak:
- 1. Monako – ok. 68,0% ludności
- Liechtenstein – ok. 69,5% ludności (ze względu na aktualizację metodologiczną ONZ i Eurostatu)
- Andora – ok. 59,0% ludności
- Luksemburg – 51,5% ludności
- Malta – 32,0% ludności
- Szwajcaria – 31,7% ludności
- Cypr – 27,6% ludności
- Irlandia – 23,3% ludności
- Austria – 22,5% ludności
- Szwecja – 20,8% ludności
- Niemcy – 20,5% ludności
- Belgia – ok. 20,0% ludności
- Islandia – ok. 19,8% ludności
- Hiszpania – 19,3% ludności
- Norwegia – 18,7% ludności
- Estonia – ok. 18,0% ludności
- Holandia – ok. 17,0% ludności
- Słowenia – ok. 16,0% ludności
- Wielka Brytania – ok. 15,0% ludności
- Dania – 14,4% ludności
Imigranci na świecie: TOP 20 państw z największym udziałem. Dominują KRAJE BOGATE
W skali globalnej zestawienie zdominowane jest przez bogate kraje Zatoki Perskiej, europejskie mikropaństwa oraz kraje o wysoce rozwiniętych gospodarkach, które przyciągają wykwalifikowaną i niewykwalifikowaną siłę roboczą. Można rzec, że na imigrantach opierają się kraje bogate.
- 1. Zjednoczone Emiraty Arabskie – ok. 88,0% populacji
- Katar – ok. 76,7% populacji
- Kuwejt – ok. 72,0% populacji
- Monako – ok. 68,0% populacji
- Liechtenstein – ok. 69,5% populacji (skokowy wzrost w najnowszych statystykach)
- Andora – ok. 59,0% populacji
- Luksemburg – 51,5% populacji
- Arabia Saudyjska – ok. 39,0% populacji
- Malta – 32,0% populacji
- Szwajcaria – 31,7% populacji
- Australia – 30,4% populacji
- Oman – ok. 29,0% populacji
- Cypr – 27,6% populacji
- Bahrajn – ok. 25,0% populacji
- Irlandia – 23,3% populacji
- Nowa Zelandia – ok. 23,0% populacji
- Austria – 22,5% populacji
- Kanada – 22,2% populacji
- Niemcy – 20,5% populacji
- Szwecja – 20,8% populacji
W SKALI GLOBALNEJ Polska zajmuje miejsce pod koniec pierwszej setki (na 200 państw) w sąsiedztwie takich krajów, jak Republika Południowej Afryki (ok. 6 proc.), Chile (ok. 6,3 proc.) czy Japonia (która po ostatnich zmianach w polityce imigracyjnej również zbliża się do poziomu 6 proc. mieszkańców urodzonych za granicą).
Ponad 50 mln cudzoziemców w USA: rekordowy odsetek od… 1890 r.
Spytacie zapewne: A GDZIE TU SĄ STANY? Oto dane za Pew Research Center: osoby urodzone poza granicami USA stanowią obecnie około ponad 15 proc. populacji Stanów Zjednoczonych, co w liczbach bezwzględnych przekłada się na ponad 50 mln osób.
Odsetek migrantów jest w USA najwyższy od ponad 130 lat – po raz ostatni podobne nasycenie imigrantami (14,8 proc.) odnotowano w 1890 roku. Populacja migrantów obejmuje zarówno naturalizowanych obywateli, stałych rezydentów (posiadaczy zielonych kart), osoby przebywające w kraju tymczasowo (np. studenci), jak i migrantów o nieuregulowanym statusie. Co istotne - imigranci są bardzo istotnym filarem amerykańskiej gospodarki: stanowią ok. 19 proc. całej siły roboczej, czyli relatywnie więcej niż wynikałoby z ich liczebności. Jest tak z uwagi na ich bardzo wysoką aktywność zawodową.
Ponad połowa wszystkich imigrantów w USA pochodzi z Ameryki Łacińskiej, głównie Meksyku, ale w czołówce zagranicznych rezydentów są także Filipińczycy i Chińczycy.
Imigranci i my: Mono-Polska? Dawno i nieprawda
Jak te wszystkie liczby – z polski i świata - mają się do trzech fundamentalnych kwestii:
- demografii
- gospodarki
- nastrojów społecznych?
Demografia. O wyludnianiu się Polski wspominałem. Blisko 40 lat temu współczynnik dzietności spadł nam poniżej progu zastępowalności pokoleń (2,1) i nadal spada, a od 2012 r. na rynek pracy wchodzi mniej osób niż z niego schodzi (na emerytury, renty lub do wieczności). Straciliśmy od tego czasu 1,6 mln ludzi, a przy obecnej dynamice urodzeń i zgonów do 2050 r. stracimy kolejnych 7 mln. Polska ma wtedy liczyć poniżej 29 mln, a w 2100 – 19 mln.
Gospodarka. Zdumiewająco wiele osób to bagatelizuje komentując beztrosko: „I co, że będzie nas mniej”. W istocie nie chodzi o ilość, lecz jakość i strukturę populacji. Z punktu widzenia rynku pracy, ale też usług zdrowotnych i społecznych, problemem jest dynamiczny wzrost odsetka ludzi starych i bardzo starych oraz szybkie kurczenie się populacji młodych i dzieci. AI i automatyzacja nie są w stanie zastąpić wszystkich niezbędnych pracowników, zwłaszcza w usługach czy w budownictwie, gdzie już dziś udział cudzoziemców jest kilkunastoprocentowy. Ćwiczą to od lat – o wiele bardziej zaawansowani technologicznie - Japończycy.
Wszystkie raporty, także NBP (który trudno podejrzewać o lewicowe ciągotki), wskazują, że napływ cudzoziemców, głównie Ukraińców, po 2011 roku był i pozostaje zbawienny dla polskiej gospodarki - w ogromnej mierze właśnie pracy imigrantów, zwłaszcza w profesjach, których Polki i Polacy wykonywać nie chcą, Polska zawdzięcza swój imponujący, najwyższy w Europie, wzrost gospodarczy. Co istotne, cudzoziemcy odprowadzają ok. 7 proc. wszystkich podatków oraz składek na NFZ i ZUS. Dwie trzecie z nich to bliscy nam kulturowo Ukraińcy.
Nastroje społeczne. Kiedy po zbrodniczej rosyjskiej napaści na Ukrainę w 2022 r. napłynęło do Polski 3,5 mln uchodźców, zwracałem uwagę, że są to przede wszystkim kobiety będące w większości żonami, partnerkami oraz matkami ukraińskich mężczyzn wykuwających swój patriotyzm na frontach wojny z naszym wspólnym śmiertelnym wrogiem. Oraz ich dzieci. W tamtym czasie wśród Polek i Polaków dominowali ci, którzy dostrzegli w uchodźczyniach ofiary wojny. Zakładali, że trzeba przede wszystkim pomóc. Rozmiary tego wsparcia – czysto ludzkiego, a potem także systemowego – zadziwiły cały świat.
Ale to tylko część prawdy, bowiem wśród obywateli Polski byli też zawsze – także wtedy, tyle że chwilowo milczeli – ludzie wychowani w duchu przedwojennej endecji i powojennej komuny, która wprawdzie kazała kochać Związek Sowiecki i towarzyszy z Moskwy, ale jednocześnie wmawiała wszystkim obywatelkom i obywatelkom, że monoetniczność jest darem i cnotą, więc dobrze, że wydarzyła się akcja Wisła i cała seria innych powojennych przesiedleń (na czele z wyrzuceniem hitlerowców z ziem piastowskich), bo dzięki temu staliśmy się spójnym, a więc LEPSZYM NARODEM i SPOŁECZEŃSTWEM. Uwolnionym od niepokojów wielokulturowości. Przez lata wmawiano nam takie banialuki, że „lepsza biedna, ale własne chata z kraja” niż „tygiel narodów”.
Wiarygodność tej BREDNI bardzo łatwo zweryfikować udając się do dowolnej „chaty” – i dowolnego „tygla”.
Nagonka na Ukraińców: tygiel kulturowy kontra nasza chata z kraja
Tygle co do zasady rozwijają się o niebo lepiej niż chaty z kraja, a ludzie mają tam o wiele większe szanse na życie w dostatku. Najlepszym przykładem są Stany Zjednoczone. Cała sztuka polega na tym, by nie pozwolić na przekształcenie tygla w kocioł, dajmy na to – bałkański.
Polska w ostatnich latach rozwija się dynamicznie w dużej mierze jako tygiel, albo raczej – archipelag tygli. Cudzoziemcy nie są bowiem rozlokowani równomiernie: w stolicach województw mieszka w sumie prawie milion obcokrajowców. To 12,5 proc. całej populacji największych miast. Większość imigrantów osiadła i pracuje lub prowadzi biznesy w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i Rzeszowie. W Warszawie jest ich ponad 300 tys. (jedna siódma populacji), we Wrocławiu ponad 150 tys. (rekordowe 19,5 proc. populacji miasta!). Nieprzypadkowo właśnie te metropolie i ich okolice (Piaseczno, Ząbki, Pruszków…) rozwijają się najszybciej w Polsce – i Europie.
Czyli ustaliliśmy już, że napływ cudzoziemców, przede wszystkim Ukraińców, miał dotąd bardzo pozytywny wpływ na demografię i gospodarkę oraz finanse publiczne Polski, dzięki czemu notujemy dynamiczny wzrost nie tylko PKB, ale i mediany płac realnych oraz emerytur. Mówiąc najprościej: obecność i praca migrantów przekłada się wprost na poziom i jakość życia zdecydowanej większości Polek i Polaków. Mądra polityka migracyjna – w stylu Kanady, Australii, Nowej Zelandii czy Danii – może nam pozwolić wykorzystać epokową szansę na dalszy rozwój i przeskoczenie kolejnych bogatych krajów.
Ale w tymże historycznym momencie ucichły głosy szlachetnej części Polek i Polaków, którzy kilka lat temu pomagali uchodźcom; nie słychać także jednoznacznego i gromkiego głosu przedsiębiorców borykających się z brakiem rąk i mózgów do pracy. W przestrzeni publicznej zaczęli dominować populistyczni nacjonaliści powtarzający – jak w każdym kraju Europy, tylko bardziej - antyukraińskie i monoetniczne przekazy Moskwy. I trwa licytacja polityków na rzekomy „patriotyzm”.
I oto od będących na fali nacjonalistów słyszę, że znowu – bo tak już było w najczarniejszych chwilach Polski – że Polak, który emigruje za granicę, ma bezwzględny obowiązek pozostać Polakiem, natomiast cudzoziemiec, który chce zamieszkać w Polsce, ma obowiązek stać się Polakiem. A najlepiej, żeby tu wcale nie przyjeżdżał. Bo my tu chcemy być „u siebie”. Czyli gdzie?
Polska zapatrzona w przeszłość przegra swoją przyszłość. Potrzebna mądra polityka migracyjna
Z dnia na dzień polską teraźniejszością zaczęła – znowu - rządzić historia. Słyszę, że to Ukraińcy zaczęli. Że UPA, że Wołyń itd. Sęk w tym, że tym, którzy najgłośniej krzyczą, wcale NIE CHODZI O HISTORYCZNĄ PRAWDĘ. Oni krzyczą i szczują, będąc w tym sensie TUBĄ MOSKWY, żeby politycznie zyskać – nawet jeśli ceną będzie rozwój, dobrobyt, bezpieczeństwo, lepsza przyszłość Polski. A może nawet – niepodległość.
Paradoks: im głośniej ktoś się powołuje na historię, tym mniej ją zna. Najgłośniejsi odwołują się wprost do etnicznej tożsamości Polaków. Mają czelność robić to w kraju będącym spadkobiercą Rzeczpospolitej wielu narodów. W cieniu Auschwitz – symbolu takiego właśnie nacjonalistycznego rozumowania. Nie zapytam, czy im to nie przeszkadza. Ale co myślą o tym, że:
- Władysław Jagiełło znał dobrze tylko swój język ojczysty, czyli litewski, oraz jeden język obcy, czyli ruski.
- Święta Jadwiga Andegaweńska, pierwsza żona Jagiełły, jedyna polska monarchini wyniesiona na ołtarze, zmarła w wieku zaledwie 25 lat i czczona przez wielu jako patronka Polski, odnowicielka Uniwersytetu Jagiellońskiego, była córką Ludwika Węgierskiego i Elżbiety Bośniaczki.
- Stefan Batory, czyli Bathory Istvan, syn wojewody siedmiogrodzkiego Stefana Batorego i Katarzyny Telegdi, wcześnie osierocony, dla zachowania majątku związał karierę polityczną z rodem Habsburgów; w połowie XVI wieku odbył studia na uniwersytecie w Padwie i był poliglotą – oprócz ojczystego języka węgierskiego władał biegle łaciną, włoskim i niemieckim, ale nie raczył był się nauczyć polskiego. Wydawało mu się to niepotrzebne. Znamy go z wygranych bitew i wojen z Rosją, które zatrzymały ekspansję Moskwy na blisko 100 lat – nota bene w celu odbicia Inflantów zaciągnął pożyczkę u książąt Rzeszy… Miał wśród polskiej szlachty, w tym posłów, wielu wrogów.
- Zygmunt III Waza (ten od kolumny) wśród pięciu opanowanych języków znalazł miejsce na polski, ale jego rodzicami byli (ożenieni w Wilnie) książę Finlandii, późniejszy król Szwecji (Jan III Waza), syn króla Szwecji Gustawa I Wazy i Małgorzaty Leijonhufvud szwedzkiej królowej oraz królewna polska Katarzyna Jagiellonka, córka króla Polski Zygmunta I Starego i Bony Sforzy - polskiej królowej; nota bene ta ostatnia biegle władała łaciną i hiszpańskim, więc jeśli wygłaszała jakiekolwiek niemiłe komentarze pod adresem Barbary Radziwiłłówny, to na pewno nie po polsku. Szok!
Nie rozwodzę się tu nawet nad pochodzeniem genialnych pisarzy i poetów, na których dziełach wychowały się całe pokolenia Polek i Polaków, jak Julian Tuwim, Jan Brzechwa czy Bolesław Leśmian – bo jest ono (i zawsze było) dla „prawdziwych patriotów” nie do przyjęcia. Podobnie jak geny Jerzego Hoffmana, jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach Polski i Europy, autora wszystkich adaptacji „Trylogii”.
Żyjemy w kraju, w którym – znowu – całkiem serio szuka się „obcych” w rządzie, wśród polityków, w mediach, w świecie kultury. I w którym buduje się na tym szukaniu i szczuciu kampanie polityczne. Trudno o większą ohydę. Ale trudno też o większą GŁUPOTĘ.
Wielu z nas - umęczonych podłością i jadem polskiej polityki – woli nie włączać mediów i próbuje żyć w błogiej nieświadomości. Ale to niemożliwe: możesz zapomnieć o polityce, ale polityka nie zapomni o tobie. I urządzi twój świat wbrew tobie. Budowanie i pielęgnowanie Rzeczpospolitej, w tym małych ojczyzn, wymaga zatem świadomości i ZAANGAŻOWANIA. Reakcji na zło, jakim jest szczucie na cudzoziemców, nacjonalistyczne zacietrzewienie i budowanie politycznej siły na nienawiści.
„Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór: czapkę wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur, ostał ci się ino sznur”. To O NAS. „Prawdziwi patrioci” najwyraźniej nie czytają poetów. Nawet ich nie znają. Im wystarczy… No, właśnie – co, prócz pożogi i zgliszcz?
Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.

