Kiedy wzrost PKB przełoży się na realną poprawę powszechnego dobrobytu w Polsce?

Ten tekst przeczytasz w 9 minut
22 grudnia 2015, 05:57
Za kilkanaście lat imigranci zarobkowi mogą być w Polsce niezbędni – uważa Michael Landesmann, ekonomista z Uniwersytetu Jana Keplera.

: To racja, że sam wzrost PKB nie mówi wszystkiego i ukrywa poważne problemy gospodarcze. Problem bezrobocia jest zaś poważny we wszystkich państwach, które przechodziły transformację z gospodarki socjalistycznej w kapitalistyczną, nie wszyscy ich obywatele otrzymali bowiem wówczas takie same szanse. Osoby z prowincji albo rejonów, w których dominował przestarzały przemysł, były na starcie w gorszej sytuacji. Stoczniowcy, górnicy, hutnicy, którzy byli zatrudnieni w branżach preferowanych przez centralne planowanie, nagle budzili się w rzeczywistości, w której nie byli już tacy ważni. To jednak, że będą problemy z dostosowaniem i spójnością społeczną, było oczywiste. Ciekawsze jest pytanie, jak sobie z tym radzi polityka.

To poważny konflikt celów z punktu widzenia osób odpowiedzialnych za gospodarkę całego państwa. Bywa przecież, że aby kraj rósł szybciej, czyli by szybciej rósł PKB, trzeba wspierać tych, którzy już sobie dobrze radzą. Jednoczesne wspieranie peryferii nie jest wówczas łatwe, bo przecież środki finansowe rządu są ograniczone.

Z drugiej strony należy zapewniać spójność społeczną, nie można pozwolić, by przepaść między regionami rosła. Pomocne tu są różne polityki celowe – można np. wspierać mobilność społeczną poprzez dopłaty do wynajmu mieszkań dla osób z biedniejszych rejonów czy budowę infrastruktury komunikacyjnej. Osoby, które w poprzednim systemie pracowały w tych przestarzałych branżach, powinny z kolei być poddawane aktywizacji zawodowej, należałoby ułatwiać im przekwalifikowanie się. W tej sprawie w Polsce robi się chyba za mało, bo choć PKB rośnie, to – bądźmy szczerzy – wcale nie jest to jakieś szalone tempo wzrostu, a kiedy popatrzymy na wzrost produktywności czy produkcji przemysłowej, to na pewno mogłoby być lepiej.

To prawda. Na rynku pracy wytworzył się też pozorny paradoks: jest duże zapotrzebowanie na pracę i spore bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych.

>>> Czytaj też: Kalecki, Kowalik, Luksemburg i inni. Wielki powrót polskiej szkoły ekonomicznej

Mamy sporo ludzi, którzy mają kwalifikacje nieodpowiadające potrzebom rynku. Z kolei osoby w wieku przedemerytalnym pilnują swoich stanowisk, bo wiedzą, że miałyby problemy z ponownym znalezieniem pracy i blokują w ten sposób drogę młodym. Oczywiście można prowadzić politykę zachęcającą do zatrudniania młodych, oferować im dodatkowe szkolenia i to z dużą szansą na sukces, bo młodość to elastyczność, szybkie dostosowanie się. Gorzej jest ze starszymi osobami, które jeszcze pracują, bo jeśli już stracą zatrudnienie, mają naprawdę spory problem z powrotem do pracy. Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o bezrobocie wśród młodych, Polska nie jest w aż tak złej sytuacji – na południu Europy mamy w tej kategorii stopę bezrobocia na poziomie 50 proc.

Realną przyczyną migracji jest popyt na pracę. W Niemczech jest to szczególnie klarowne: jest tam niskie bezrobocie na poziomie 4,4 proc. i widoczny deficyt rąk do pracy, dlatego z chęcią przyjmują pracowników z innych krajów. Polacy zaś wyemigrowali do Wielkiej Brytanii nie po to, by kraść pracę Brytyjczykom, tylko dlatego że brytyjscy przedsiębiorcy chcieli im ją dać. Owszem, dla lokalnych mieszkańców istnieje pewien negatywny efekt związany z zewnętrzną imigracją, bo przyjezdni godzą się pracować za inne stawki i w innych warunkach. Robią to, bo są bardziej zmotywowani. Jak pokazują badania, efekt ten jest jednak bardzo mały, a per saldo gospodarka zyskuje. Rząd może zresztą interweniować, podnosząc kwalifikację zawodowe grup najbardziej podatnych na wyparcie z rynku pracy przez imigrantów. Wracając do spraw Polski: historycznie rzecz biorąc, nie mieliście w ostatnim półwieczu tak poważnych problemów demograficznych jak reszta Europy. U was to się dopiero zaczyna.

Niska dzietność będzie miała realny efekt dla gospodarki dopiero za kilkanaście lat. Oznacza to, że jest sporo czasu na przygotowanie się, na ruchy wyprzedzające i tu właśnie jest miejsce dla mądrej polityki imigracyjnej. Imigranci to nie tylko brakujące ręce to pracy, to – jak pokazują badania – także większa produktywność gospodarki jako całości i wyższy dochód realny rdzennych mieszkańców danego państwa. Dla Unii Europejskiej są szansą, bo kompensują to, czego UE nigdy nie miała w porównaniu z USA: dynamiczny przepływ siły roboczej. Mimo wszystko obywatele Unii są zakorzenieni w swoich ojczyznach i trudniej im wyemigrować tam, gdzie jest popyt na pracę. Efekt jest taki, że gospodarka rozwija się wolniej i w niektórych rejonach utrzymuje się bezrobocie. Ludzie, którzy napływają spoza UE, nie mają tego zakorzenienia w danym regionie i mogą bez większych wyrzeczeń podróżować za chlebem i pracą.

Z jednej strony mamy czynniki, które wypychają w naszą stronę masy ludzi, a z drugiej czynniki, które ich do nas przyciągają. Te pierwsze ekonomiści nazywają push factors, a drugie to pull factors [ang. push – pchać i pull – ciągnąć – przyp. red.]. Podsumowując, nie powinno się uważać imigrantów za wrogów rynku pracy. Wręcz przeciwnie. Proszę pamiętać, że mówię tu tylko o gospodarczych aspektach zjawiska migracji.

Jeśli mowa o Europie, to nie sądzę, żeby największym problemem był wzrost PKB. To raczej niedostosowanie na rynku pracy, o którym przed chwilą mówiłem. Pańska uwaga ma większe uzasadnienie np. w kontekście Chin, gdzie rzeczywiście, aby absorbować siłę roboczą napływającą do miast ze wsi, potrzebny jest wzrost na poziomie 8–10 proc. PKB.

>>> Czytaj też: Tak rośnie gospodarka Europy. Polska wśród liderów wzrostu PKB

Cóż, rozumiem, dlaczego w Polsce tak wiele mówi się o innowacjach. Przez wiele lat motorem wzrostu waszej gospodarki, tak samo zresztą jak gospodarek waszych sąsiadów, był import, a nie kreacja technologii. Co więcej, ten import odbywał się przez firmy zagraniczne. To przestało wystarczać i trzeba pomyśleć o własnych motorach wzrostu, własnych rozwiązaniach. To jest problem nie tylko Europy Centralnej, lecz również Chin. Tam jest to szczególnie widoczne: kraj, który bazował na eksporcie i napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych, nagle spowolnił i musi uruchomić własne zasoby, jeśli chce się dalej rozwijać.

W utrzymaniu wzrostu PKB oprócz polityki proinnowacyjnej ważna jest polityka popytowa i widziana w jej kontekście spójność społeczna. Jeśli mamy ubogich o sporych potrzebach, to mamy niewykorzystany potencjał popytowy. Należy jakoś uruchomić popyt wśród tych uboższych warstw społecznych, np. dając im łatwiejszy dostęp do kredytu, może ulgi jakieś podatkowe – oczywiście w mądry sposób.

Przemysł jest istotny dla krajów o niskim i średnim PKB, w krajach bogatszych zastępują go usługi, marketing, design, wynalazczość. Polska jest obecnie gdzieś pomiędzy. Produkujecie coraz więcej bardziej zaawansowanych komponentów do produktów międzynarodowych i macie coraz więcej centrów rozwojowo-badawczych. Nie jesteście już tylko montownią Europy. Jeśli ktoś szuka montowni, buduje fabryki w Rumunii czy w Pakistanie. Zresztą nie można patrzeć statycznie na te kwestie i mówić „budujmy na przemyśle”, albo „budujmy na innowacjach”. Te sprawy się przenikają i nie są zero-jedynkowe.

Protekcjonizm w takim starym rozumieniu – taryf, ceł, ochrony rynku – jest zakazany prawem unijnym.

Cóż, można znaleźć argumenty na to, że skuteczna. Kraje Azji jednak bardziej niż na ochronę rynku stawiają na promowanie eksportu, a dopiero w drugiej kolejności na utrudnianie życia zagranicznej konkurencji. To jest ich sposób. Ale w Polsce się nie sprawdzi.

>>> Czytaj też: Bank Światowy wierzy w polską gospodarkę. Oto prognozy analityków

Bo wasz największy partner handlowy i inwestycyjny, czyli Niemcy, przestaną inwestować, jeśli zaczniecie wdrażać taką politykę. One chcą wolności przepływu kapitału, ludzi, pracy i technologii, a nie quasiprotekcjonistycznej inżynierii, która pewnie im zaszkodzi. Na szczęście są inne metody, którymi możecie promować swój przemysł. Możecie wpływać choćby na to, by wyjątkowo dobrze kształcono ludzi w konkretnych kierunkach, wzmacniając tym kapitał ludzki w wybranych przez siebie branżach. W ten sposób stworzycie własne fundamenty sukcesu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: obserwatorfinansowy.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj