Mieć czy być. Być i mieć. Mieć, być, ale nie być lemingiem. Apartament w Wilanowie? Toyota Auris? Na lunch sushi popijane espresso? Zwolennicy iPhone’ów ścierają się z właścicielami Samsungów. A życie płynie. Chyżym strumieniem omija centra dużych miast, wartką strugą prześlizguje się nad granicami stołecznej Warszawy. Rozlewa się po uliczkach niewielkich gmin polskiej prowincji, ryje w nich głębokie koleiny. Tam statystyczne dane o wysokości średniej pensji w przedsiębiorstwach tak się mają do zwyczajnego życia, jak okładki „Vogue’a” do zawartości szafy przeciętnej 35-latki.

Wskaźnik PMI spada równolegle do tego, jak kurczy się wiara w lepsze jutro. I zmienia się postrzeganie tego, co jest bogatym, wygodnym życiem, a co zaledwie egzystencją zawieszoną na kołku spowolnienia. Jeszcze tego nikt nie policzył, nie zmierzył algorytmami, ale eksperci mówią wprost: mamy regres, także w mentalnym postrzeganiu świata.

Zatoczyliśmy krąg, wróciliśmy do punktu wyjścia przyjmowanego jako pierwsze lata po transformacji, kiedy – po twardym, spowodowanym hiperinflacją gospodarczym lądowaniu – bardziej pożądane stało się posiadanie babci ze stabilną emeryturą niż własnej firmy.

>>> Polecamy: W Polsce dokonał się skok cywilizacyjny: z bardzo biednych staliśmy się biedni

Bardziej jest ceniony święty spokój, państwowa posada z nieoszałamiającą wprawdzie, ale za to pewną pensją, niż ryzykanctwo, skok na główkę we wzburzone wody biznesu. Wprawdzie tu i tam niestrudzenie wyrastają firmy i inicjatywy, które za kilka lat mogą zmienić nasz gospodarczy krajobraz, bo każdy z ich właścicieli ma nieustraszoną, wojowniczą naturę Czyngis-chana.

Reklama

Ale na razie główny nurt ma jeden kierunek: przetrwanie. – Co to za bogactwo i co to za firma, której nie stać na to, żeby kupić samochód za 50 tys. zł – irytuje się Jan Socha, założyciel zakładu obróbki drewna Dremar w Potoku Górnym. I dodaje, że jeszcze nigdy tak cienko nie prządł od chwili jej powstania w 1979 r. Robi drabinki gimnastyczne, ławki, nawet je eksportuje. – Ale jest coraz to gorzej i gorzej – narzeka.

Mniej zamówień, konkurencja ogromna, nie ma jak dalej schodzić z cenami, bo człowiek musiałby dopłacać do interesu. Byle więc firmę na powierzchni utrzymać i czekać na lepsze czasy. Nie ma czego zazdrościć. Jednak rodzina Sochów w gminie i tak jest postrzegana jako krezusi. Firma ciągle się kręci i nawet zatrudnia paru ludzi („Gdyby była pani naprawdę świetnym stolarzem i naprawdę dużo pracowała, to zapłaciłbym miesięcznie nawet 2 tysiące złotych” – kusił właściciel Dremaru zapytany o zarobki w firmie).

Oprócz niej jest w gminie jeszcze tylko jeden zakład drzewny, skład budowlany i stacja paliw. Wkoło słabe gleby, na których rośnie tytoń i porzeczki. Na 5,5 tys. mieszkańców 300 osób zarejestrowało się jako bezrobotni. Reszta dorabia na czarno (np. przy zbieraniu tytoniu, 80 zł dniówka plus jedzenie) lub za granicą.

Na 18-milionowy budżet gmina ma zaledwie 2 mln zł dochodów własnych i utrzymuje się z subwencji. – U nas zamożny jest ten, kto ma posadę w państwowej czy publicznej instytucji – niewesoło uśmiecha się wójt Edward Hacia. – Nauczyciel – pytam? – A pewnie i nauczyciel, bo ten się nie musi martwić o pracę – odpowiada włodarz najbiedniejszej w Polsce gminy, która na liście liczącej 2485 pozycji znalazła się na ostatnim miejscu.

Średniacy jak wszędzie

Listę zamożności i biedy utworzono, posługując się wielkością tzw. wskaźnika G, który mówi o tym, jaki podatek w danym roku zapłaci mieszkaniec konkretnej gminy. Wskaźnik powinien sygnalizować m.in. dobrostan żyjącego w danej wspólnocie społeczeństwa. Teoretycznie, w każdym razie.

Najbogatszą gminą w kraju jest Nowe Warpno (Zachodniopomorskie) z podatkiem 38,483 zł w 2011 r. na głowę. Najbiedniejszą – właśnie Potok Górny (województwo lubelskie)– z kwotą 254,3 zł oddaną fiskusowi. Między nimi tkwią tacy średniacy jak Łęgowo w gminie Pruszcz Gdański (1658,38 zł) czy o ponad połowę uboższy Mściwojów z Dolnośląskiego (760 zł).

Gigantyczne różnice w podatkach i, wydawałoby się, stylu życia. Ale to pozór. Wszędzie jest w gruncie rzeczy tak samo. Średnio biednie. To jednak nie tylko kwestia spowolnienia gospodarczego, lecz także – jak tłumaczy ekonomista Piotr Michoń z SGH – tego, że coraz bardziej zanika aspirująca klasa średnia.

– Jak w wyścigu kolarskim: malutka grupka uciekła, a peleton zostaje – tłumaczy. Coraz wolniejszy, zmęczony, zamiast głównym motorem staje się obciążeniem, hamulcem. Nie produkuje, nie kupuje. Traci nadzieję i siły. Wbrew pozorom nie tak łatwo jednoznacznie określić w dzisiejszym świecie, kto jest człowiekiem zamożnym, a kto biedakiem. Pomijając oczywiście sytuacje skrajne.

Gdyby np. wziąć pod uwagę postrzeganie świata przez instytucje finansowe – mam tu na myśli banki – za zamożnego Polaka można by przyjąć tego, który zarabia netto miesięcznie co najmniej 20 tys. zł. Średniak ma na rękę przynajmniej 5 tysięcy. Taki bardziej bogaty zgromadził na koncie milion i więcej złotych. Średnia pensja krajowa to 3,7 tys. zł. Minimalne wynagrodzenie – 1,5 tys zł.

Minimum egzystencji w rodzinie to 456 zł miesięcznie na osobę. Jednak, jak podkreśla psycholog społeczny Janusz Czapiński, te kwoty tak naprawdę nikomu nic nie mówią. Bo poczucie bycia zamożnym albo biedakiem wynika z porównania się z innymi ludźmi, którzy żyją obok. Właśnie stąd się biorą nasze aspiracje, ambicje, i, biorąc rzecz ogólnie, nasze dobre bądź gorsze samopoczucie.

– Bieda bądź zamożność nie są średnimi wyciąganymi ze słupków – mówi Czapiński. To zjawisko społeczne. Bierze się z szacowania, jak się ma nasz byt do tego, co się dzieje za płotem sąsiada. Bo jak na razie nikt w Polsce z biedy jeszcze nie umiera. Ale jeśli zdarzyło ci się, że żyjesz w regionie o niższym dochodzie niż średnia krajowa, w dodatku nie zdałeś matury, a jeszcze przekroczyłeś 50 lat – masz pecha. Ale i to, podkreśla Czapiński, to tylko statystyka. Bo może załapałeś się na rentę. Mirosław Tokarski, wiceburmistrz najbogatszej gminy w Polsce, tylko się śmieje, kiedy pytam go o powody, dla których Nowe Warpno znalazło się na pierwszym miejscu w kraju. – Zawsze byliśmy bliżej końca niż początku – mówi. Dlatego pieniądze – zaległy podatek w wysokości 150 mln zł wypłacony przez Skarb Państwa – spadł im jak manna z nieba. I dzięki tym środkom można trochę zainwestować w naprawę infrastruktury. Ale na zamożność ludzi, jego zdaniem, raczej średnio się to przekłada.

Owszem, kiedyś mieli się całkiem dobrze, by nie rzec rewelacyjnie, ale to było jeszcze przed wejściem Polski do układu z Schengen, kiedy na terenie gminy utworzono strefę wolnocłową. „Nowe Warpno to jedyne miejsce na ziemi, gdzie pół litra wódki kosztuje mniej niż woda mineralna” – donosił w 2000 r. tygodnik „Wprost”. Cztery statki przewoźnika Adler- -Schiffe kursowały co cztery godziny, a połowa Polski i połowa Niemiec waliła do Warpna, żeby zaopatrzyć się w tani alkohol, kosmetyki, papierosy i ciuchy.

– A gmina od wszystkich kasowała opłatę klimatyczną – wspomina z nostalgią Tokarski. Ale się skończyło, podobnie jak rybołówstwo. Dziś w gminie zostały wszystkiego dwa kutry, które lada dzień trafią pewnie do muzeum, a jeszcze pewniej na złom. Łowić się nie opłaca. Najpierw rybaków wykańczało zanieczyszczenie Zalewu Szczecińskiego. Teraz robią to unijne normy odłowów. – To wszyscy u was tacy biedni? – pytam. – No nie, raczej średniacy. Jak wszędzie – pada odpowiedź. T

o „jak wszędzie” oznacza, że gmina jest największym zakładem pracy w okolicy, więc załapać się na etat gminnego urzędnika, to jakby dostać się do raju. Wprawdzie na 1600 mieszkańców 174 ma założoną działalność gospodarczą, ale to firmy jednoosobowe – samozatrudnienie. Ale i te padają. – Jak idzie interes? – pytam, dodzwoniwszy się pod numer zakładu mechaniki samochodowej Bogdana Taboły. – Już nie prowadzimy, mąż zawiesił. Nie było klientów – klaruje żona właściciela. – Z czego zatem żyjecie? – Udało mu się zdobyć dobrą, państwową pracę. Został kierowcą w zespole szkół zawodowych – opowiada ucieszona.

Oczywiście wszędzie, w każdym miejscu na ziemi obok siebie żyją zamożniejsi i biedniejsi ludzie. W gminie Nowe Warpno, jak zdradza mi wiceburmistrz, swoją posiadłość ma właściciel wielkiej budowlanej spółki, która stawia w całej Polsce hipermarkety. Tyle że pomiędzy nim a resztą warpieńskiego społeczeństwa jest taka przepaść, jak gdyby żyli w całkiem odmiennych światach. On się zresztą szczególnie nie udziela publicznie, nie daje też miejscowym zatrudnienia. Więc to tak, jakby go nie było. Bo nawet porównać nie bardzo się jest do kogo, gdyż o jego życiu mniej wiadomo niż o tym, co jadają, jak wypoczywają, ubierają się i bawią celebryci z kolorowych gazet. Więc nawet mu nie zazdroszczą, bo nie mogą stwierdzić – ty masz to, ja tamto, ty masz lepiej, ja gorzej. Więc jeśli już porównują, komuś zazdroszczą, to właśnie lekarzom, właścicielom gospodarstw agroturystycznych czy nauczycielom. Albo patrzą, czym jeździ sąsiad, jaką ma komórkę i czy stać go było w tym roku na najkrótszy choćby letni wyjazd.

>>> Czytaj też: Polska B zostaje w tyle za Polską A. Mniej zarabia i wolniej ...

Pracują i mają

Tyle że to często gra pozorów – zwraca uwagę Piotr Michoń. Jeżeli odsunie się na margines – taką prawdziwą, bolesną biedę, okazuje się, że te oznaki luksusu to często zwyczajne fantomy. Prosty przykład: markowe ciuchy i ich podróbki wyglądają niemal tak samo. Każdy dziś może mieć nowoczesnego „smartfona za złotówkę”. Podróże zagraniczne, kiedyś najpewniejsza oznaka pławienia się w luksusie – dziś są dostępne dla wszystkich. Tanie linie lotnicze to załatwiają. A fakt, że częściej niż na wypoczynek lata się do pracy – nieważne. Łęgowem w powiecie Pruszcz Gdański (Pomorskie) zainteresowałam się nie tylko dlatego, że kończy pierwszą setkę (98. miejsce na liście).

Dobrym powodem było także to, że mieści się tam firma Tan-Viet należąca do Tao Ngoc Tu, naturalizowanego w Polsce Wietnamczyka, który znajduje się na liście najbogatszych Polaków „Wprost” (pozycja 93. na liście z 2012 r. ). Króla chińskich zupek, sosów słodko-kwaśnych i sojowych, dodatków do sushi. Prócz niego ma tu swoją siedzibę oddział firmy Koral, jak mówi sołtys Łęgowa Zbigniew Lewandowski (a duma pobrzmiewa w jego głosie), kręcą tu swoje lody. I jest jeszcze gospoda Pod Lipami, gdzie można odprawić cztery wesela na raz. Obok kręgielnia – w weekendy nie ma gdzie zaparkować. – Ale ci od zupek nie zatrudniają miejscowych – zastrzega Lewandowski. Biorą głównie swoich, choć wystawili duży budynek, takie wielkie centrum biurowo-magazynowe. Ci od lodów, owszem, trochę więcej. Ale dla miejscowych największą pokusą zawodową jest Nibor – firma transportowa. Oni wciąż dają paru osobom zarobić. No i jeszcze jest oczywiście gmina (a nawet straż gminna) i szkoła, ale to jak wszędzie. – A jak się tu państwu żyje? – pytam. – Mamy dobrego proboszcza. Organizuje życie społeczne gminy, wolontariat. Pomagamy tym biedniejszym. Ale to niewielka miejscowość, wszystkiego 29 uliczek – odpowiada sołtys.

W Powiatowym Urzędzie Pracy w Gdańsku, który obsługuje tę gminę, z Łęgowa (3 tys. osób) zarejestrowano 68 bezrobotnych osób. 43 z nich to kobiety. Na cały powiat było we wrześniu 100 ofert pracy. Do października zostało 61 niewykorzystanych. Biorąc więc pod uwagę średnią krajową, kiedy na jedną ofertę przypada niemal 50 osób bez pracy, wygląda na to, że jest lepiej niż dobrze. – Eee tam – kwituje sołtys Lewandowski. Choć sam przyznaje, że kto nie popadł w patologię, nie wdał się w wódkę plus mnóstwo dzieci, jakoś sobie radzi – choć cienko przędzie, to pracuje. Ale głównie wyjeżdża – Anglia, Irlandia, po sąsiedzku Niemcy.

Sołtys Lewandowski się obawia, że także jego córka, która skończyła europeistykę, wkrótce też dojdzie do wniosku, że lepiej tęsknić za ojczyzną i mieć co do garnka włożyć niż na odwrót. I nie wie, co on wtedy zrobi. Trzeba było lepiej dziewczynie perswadować, żeby się za gospodarkę zabrała. Bo tak prawdę mówiąc, ci, którzy najlepiej w gminie stoją, to duzi rolnicy. Mają po kilkadziesiąt, nawet 100 hektarów. Kombajny, traktory, auta. Czy to budzi zazdrość sąsiadów? Nie, bardziej szacunek. Bo wiadomo, że ten majątek nie spadł z kosmosu. Pracują i mają.

Pieniędzy nie widać

Zbigniew Lewandowski najbardziej jest dumny z tego, że Ochotnicza Straż Pożarna tak łączy ludzi. Biedniejsi i bogatsi spotykają się na ćwiczeniach, większość ma pokończone kursy ratownictwa, żeby w razie wypadku jechać na autostradę prowadzącą do Gdańska. Właśnie takie idee łączą ludzi. Podczas akcji nikt nikomu w portfel nie zagląda. – Bo szczęście ludzi nie rośnie wbrew pozorom razem z PKB gminy czy narodu – zwraca uwagę Piotr Michoń, który w naukowo-ekonomicznej karierze zajął się czymś tak niewymiernym, jak błogostan i poczucie życiowego spełnienia. Jeśli wziąć np. sam dochód krajowy brutto na głowę, to w ciągu ostatniego dwudziestolecia wzrósł nam jakieś cztery razy. Ale wraz z tym szczęście nie poszło w górę.

Wprawdzie odsetek Polaków żyjących poniżej minimum egzystencji spada, jednak koszyk – który się bierze przy obliczaniu tej sumy – nijak nie odpowiada rzeczywistości i temu, co mieć trzeba, aby nie wypaść poza margines. Więc ludzie przyjmują różne strategie przetrwania. Raz, żeby mieć co jeść i jakoś się ogrzać. Dwa, żeby nie wyróżniać się zanadto z tłumu. Chociaż i tak zamożność czy jej brak są, nawet w małej miejscowości, trudne do wykoncypowania. Dochodów rolnika nie sprawdzisz. Kto ma emeryturę czy rentę, też trzyma jej wysokość w tajemnicy. Pieniądze widać, kiedy nagle kładzie nowy dach. Albo płaci gotówką w sklepie, a wcześniej kupował na zeszyt.

Wszyscy kombinują, dorabiają, ale o pieniądzach nie lubią mówić. – I nie płacą podatków, kredytują się kosztem innych – zżyma się Mariusz Foryś, wójt gminy Mściwojów (dokładnie ze środka polskiej zamożności). Stanowisko sprawuje pierwszą kadencję i chciałby coś zrobić dla swojej okolicy. A tu ledwie podniósł ją z ogromnych długów (zaległości z samymi pensjami sięgały trzech miesięcy), padł mu największy zakład pracy w gminie – kopalnia granitu Zimnik. Tym większa szkoda, że to świetny granit, tzw. strzegomski. Zbudowano z niego m.in. pomnik Bohaterów Getta w Warszawie, pomnik Obrońców Westerplatte, cokół Kolumny Zygmunta w Warszawie, pomniki w parku Tiergarten w Berlinie. Ostatnio poszedł pod budowę autostrad robionych w pośpiechu na Euro 2012. Firma zatrudniała ponad sto osób, dobrze płaciła, obiecała gminie pomoc i dofinansowanie. Dobrze żarło, do czasu.

– Teraz nie wiem, jak odzyskać niemal pół miliona złotych podatków – żali się Foryś. Prezes firmy od dawna już telefonów od niego nieodbiera. Chyba trzeba go będzie szukać przez komornika. – Są zatory płatnicze, przedsiębiorstwa nie mają pieniędzy – podpowiadam. – A wie pani, jakim on samochodem tutaj podjeżdżał? To jak może nie zapłacić podatku, jak ma taką brykę? – wójt pyta.

Faktycznie, Szymon Filip Pudelski, jeśli wierzyć danym z sieci, 33-latek, nie odbiera telefonu. Oddzwania dopiero po SMS-ie. Zdenerwowany. – Wie pani, co się porobiło w branży budowlanej – wyrzuca z siebie słowa jak karabin maszynowy naboje. Tłumaczy, że jego firmę pogrążyły złe przetargi, że ma kilka spraw na kilkanaście milionów z firmami, których na swoje nieszczęście został podwykonawcą dostarczycielem. OK, nie odbiera, kiedy nie wie, kto dzwoni. Tak, nie płaci zobowiązań, bo pierwsze, co trzeba zrobić, to uratować firmę. I tych trzydziestu paru ludzi, których jeszcze w niej zostało. Ciężko mu, ale wierzy, że da radę. – Jakim samochodem pan jeździ? – pytam. – Mercedesem. Ale nie żaden wypas, klasa E. Coraz trudniej go utrzymać – żali się. Bo nawet gdyby go sprzedał, i tak nie wystarczyłoby mu na pokrycie choćby ułamka zobowiązań. A nadwyrężyłoby wiarygodność spółki. Bo czym ma jeździć na spotkania biznesowe? Dziesięcioletnim oplem?

Przetrwać czas smuty

– Kto ma więcej, potrzebuje więcej – komentuje Michoń. Ładny dom oznacza zwykle duże raty kredytu. Wyższe rachunki za ogrzewanie. Trawnik wokół domu potrzebuje kosiarki do trawy. I tak dalej. Trzymanie poziomu wymaga nakładów. Więc nerwy, czasem depresja, brak czasu na sen i wypoczynek. Ale wszyscy widzą ten dom i samochód. I zazdroszczą. A ten z garbem majątku – zazdrości im spokoju.

Może jednak Pudelskiemu się uda. Jeśli on stanie na nogi, wraz z nim polepszy się życie w całej gminie. Będzie praca. Większe pensje. Konsumpcja i wydawanie. Będzie lepiej. Ale... Z całą sympatią dla młodego biznesmena byłoby może lepiej, gdyby został, jak jego mercedes, na wyższo-średnim poziomie, zamiast awansować na top listę światowych bogaczy. Bo jak przekonuje Piotr Michoń, to nie najbogatsi generują rozwój, nie oni popychają PKB w górę. – Tylko ci, którzy średnio zarabiają – mówi. Oni ponad 90 proc. dochodu przeznaczają na konsumpcję. A więc napędzają machinę gospodarki.

– Jest pan lewakiem? – nieco się dziwię. – Jeśli tak, to w tym samym procencie, co były szef Fed Alan Greenspan. Przyznał, że jego neoliberalny świat, w który wierzył przez całe życie, runął na początku kryzysu w 2008 r. Teraz trzeba to wszystko przewartościować – odpowiada.

Jak? Zwiększyć poczucie bezpieczeństwa, godności i zaufanie. Na początek – w gminie. Bo jeśli u nich się ruszy, ruszy się wszędzie. Na razie czas smuty pozwalają przetrwać unijne pieniądze. Jeszcze resztki zostały. W Mściwojowie budują właśnie kilometr drogi. Postawili już halę sportową i orlika. Jak dobrze pójdzie, długi spłacą w 2017 r. Może wówczas bezrobocie spadnie. Jak u nich – z jakichś 23 proc. do średniej ogólnopolskiej. W Nowym Warpnie robią nadbrzeżną promenadę – parę osób przy tym zarobi.

W biednym Potoku Górnym założyli już gminną sieć WiFi. – Żeby tylko nie było gorzej – każdy powtarza. Ekonomiści prognozują, choć w ich przepowiedniach brak pewności, która wybrzmiewała jeszcze pięć lat temu, że już w 2013, a może 2014 r. gospodarka się odbije. Profesor Czapiński jest pewien, że tak się stanie. Bo tym, co nas wciąż trzyma i daje perspektywy, jest ta straszna nieufność, którą wcześniej tyle razy piętnował. W okresie prosperity przeszkadza w interesach, teraz może być plastrem na ekonomiczne rany. Nie wierzymy w to, co opowiadają nam eksperci. W te załamania gospodarki, kryzysy i regresy. Robimy swoje.