Forsal logo

Stępień: Plan nie musi być siodłem dla krowy

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
26 marca 2013, 21:06
Jerzy Stępień prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Jerzy Stępień prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego/Dziennik Gazeta Prawna
Trudno się nie zgodzić z Ryszardem Bugajem (Jak planowanie powróciło do gospodarki – DGP z 19 marca br.), że nie jest możliwe sporządzenie obiektywnego planu – oczywiście wyłącznie w gospodarce, ograniczonej na dodatek do tzw. produkcji na rzecz konsumentów.

Bo przecież w wielu innych sferach planować trzeba, i to na poważnie. Drogo nas kosztuje na przykład całkowite zlekceważenie planowania przestrzennego, a przestrzeń jest dobrem najcenniejszym i całkowicie nieodnawialnym.

Miasto zburzone w czasie nalotu można odbudować, ba – w kolejnym pokoleniu po wojnie wzrośnie liczba ludzi. Jednak zniszczonej przez brak racjonalnego planowania przestrzeni, z jej konfiguracją terenową, ciągami komunikacyjnymi, a przede wszystkim z rzekami czy wzniesieniami, nie da się już naprawić. Skutki braku właściwej gospodarki przestrzennej oraz zniszczenie wszystkiego, co z trudem zaczęto odbudowywać po 1990 r., jednorazowym uchyleniem wszystkich planów zagospodarowania przestrzennego w 1994 r., długo będą dawały się nam we znaki. Mało kto jednak ten problem rozumie, bo generalnie dominuje u nas perspektywa żaby.

Trzeba wiedzieć, gdzie i co planować koniecznie, a gdzie plan będzie przylegał do życia jak siodło do krowy – by strawestować tu Wielkiego Językoznawcę, który w ten sposób miał podobno określać relacje pomiędzy socjalizmem i Polską w ogóle.

Myślę jednak, że to nie samo planowanie było całym złem poprzedniej epoki, ale tzw. reguła kosztowa. Plan planem, ale w konkretnej już fabryce można było na płace przeznaczyć tym więcej, im więcej kosztowały materiały włożone w produkt końcowy. Na koszty surowców i energii nakładano pewien procentowo określony poziom marży z przeznaczeniem na koszty własne przedsiębiorstwa i dopiero z sumy wszystkich tych składników miała wyjść cena końcowa produktu. Żeby więc zarobić więcej przy minimalnym wysiłku (a to jest zasada znana wszystkim ustrojom i czasom), należało mnożyć koszty materiałów i energii. Im większe więc było marnotrawstwo, tym wyższe płace – ot, i cała tajemnica realnego socjalizmu. Skoro nie rynek miał zadecydować o cenie, musiała to zrobić za niego administracja gospodarcza, i to robiła, zarabiając dodatkowo na realne premie od zysków na papierze.

Planowanie służyło zaś tak naprawdę innym celom. Chodziło mianowicie o to, by nie wyprodukować za dużo. Profesor Zdzisław Sadowski wyliczył swego czasu, że w minionej szczęśliwie epoce tak planowano produkcję, by podaż sięgała najwyżej 75 proc. spodziewanego popytu, a tylko w najlepszym okresie Gierka ta różnica – i to nie w każdym asortymencie – wynosiła 10 proc.

Dlaczego? Ano dlatego, by wszystko zostało kupione, bez względu na jakość. Nic dziwnego, że za granicę mogli wyjeżdżać tylko nieliczni. W przeciwnym wypadku sami byśmy sobie dokupili tam to, czego tu brakowało albo było niezadowalającej jakości. System kartkowy na niektóre produkty w sytuacji ograniczonej sztucznie podaży musiał więc wydawać się niektórym wręcz błogosławieństwem.

Wystarczyło po 1990 r. zlikwidować planowanie w gospodarce i towarzyszącą mu regułę kosztową, by na rynku pojawił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... nadmiar towarów. Operacja była bolesna, bo żeby zarobić, trzeba było odtąd produkować, licząc się z potrzebami rynku – wcześniej wystarczyło przecież wyprodukować zgodnie z planem do magazynu i już była forsa w kieszeni.

Było łatwo i przyjemnie – tyle że, niestety, nie dla wszystkich.

Dziś oburzamy się na zbyt wysokie zarobki menedżerów. W niektórych wypadkach są one rzeczywiście skandaliczne. Wymyślono więc ustawę kominową. Życie łatwo ją obeszło przez mnożenie spółek córek i kontrakty menedżerskie. Zdaniem Ryszarda Bugaja rozpasanie prezesów powinno być ukrócone choćby przez wysokie podatki.

To droga donikąd. Przywrócimy regułę kosztową nieco inaczej tylko stosowaną, ale z całkowitym zachowaniem jej istoty. Wynagrodzenia prezesów dodatkowo wzrosną, by przeskoczyć kwotę podwyższonego podatku – tak, by mogli oni zachować poziom realnych wcześniejszych swoich dochodów.

Na pewno zaś zyska na tym fiskus. Ponieważ nigdy nie zdarzyło się tak, aby w kasie państwowej było za dużo, zwiększone dochody z podatków wygenerują następne świadczenia publiczne – niekoniecznie racjonalne.

Gospodarka komunistyczna – pisze Ryszard Bugaj – przypominała węża, który zżerał swój własny ogon. Dziś przynajmniej nie ma kartek, a paszport jest na podorędziu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
były prezes TK i współautor reformy samorządowej
Jerzy Stępień
Prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, w grupie roboczej do spraw samorządu terytorialnego. W rządzie Jerzego Buzka był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. W 2008 r. zakończył kadencję sędziego i zarazem prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Został później dyrektorem Instytutu Przestrzeni Obywatelskiej i Polityki Społecznej przy Uczelni Łazarskiego. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Wielkiego Księcia Giedymina. Wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Gloria Artis, oraz medalem Zasłużony dla Wymiaru Sprawiedliwości przyznawanym przez KRS.
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraStępień: Prawnicy bez filozofii »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj