Forsal logo

(De)populacja Polski: demografia rządzi. Są miasta, gdzie miesiącami nie rodzi się żadne dziecko. Forsal.pl policzył, co czeka nas dalej

Ten tekst przeczytasz w 12 minut
50 minut temu
Forsal.pl oszacował, jak wyglądałaby populacja Polski w latach: 2035, 2050, 2060 oraz 2100 przy spełnieniau trzech warunków łącznie: współczynnik dzietności kobiet pozostanie na poziomie 1,0, Polska nie przyjmie ani jednego cudzoziemca, obywatele Polski nie będą emigrować.
Forsal.pl oszacował, jak wyglądałaby populacja Polski w latach: 2035, 2050, 2060 oraz 2100 przy spełnieniau trzech warunków łącznie: współczynnik dzietności kobiet pozostanie na poziomie 1,0, Polska nie przyjmie ani jednego cudzoziemca, obywatele Polski nie będą emigrować./Forsal.pl
Przybywa w Polsce miast i gmin, w których rodzi się mniej niż 10 dzieci rocznie. Są takie, gdzie dzieci nie rodzą się wcale, a młodsi mieszkańcy masowo wyjeżdżają i mediana wieku przekroczyła 50 lat. Grozi im całkowite wyludnienie. Wyliczyliśmy w Forsal.pl, co się stanie, jeśli ów trend w demografii utrzyma się, a Polska – jak chce nacjonalistyczna prawica – zablokuje napływ cudzoziemców.

Spadek liczby mieszkańców do JEDNEJ CZWARTEJ obecnego stanu i połowa mieszkańców w wieku emerytalnym – taka przyszłość czeka w perspektywie zaledwie dwóch pokoleń blisko dwie trzecie miast w Polsce, jeśli obserwowany od początku stulecia trend demograficzny radykalnie się nie zmieni. Aby miejscowość nie wyludniała się, potrzebuje współczynnika dzietności (TFR) na poziomie zastępowalności pokoleń, czyli 2,1 urodzeń na jedną kobietę w wieku 15-49 lat. W 2025 ROKU NIE ODNOTOWANO TAKIEGO WSPÓŁCZYNNIKA W ANI JEDNYM MIEŚCIE I W ANI JEDNEJ GMINIE W POLSCE.

Demografia zabiera populację: miasta bez urodzeń

Rekordzista wśród 1026 polskich miast miał TFR na poziomie 1,75. W ponad jednej trzeciej miast współczynnik oscylował wokół 1, co oznacza zastępowalność pokoleń na poziomie POŁOWY LICZEBNOŚCI POKOLENIA RODZICÓW. A to i tak względnie dobry wynik, bo prawie 60 proc. miast odnotowało TFR między 0,7 a 1. Tam w perspektywie pokolenia liczba ludności może spaść o ponad połowę, zaś w perspektywie dwóch pokoleń – o ponad 75 procent. I to nie koniec. Co 14 miasto w Polsce ma dzietność poniżej 0,7. „Przy wysokim prawdopodobieństwie dodatkowego pogorszenia sytuacji wskutek odpływu młodych mieszkańców z tych miast, w perspektywie dwóch pokoleń część z nich może zaniknąć demograficznie i de facto zniknąć z mapy” - czytamy w najnowszym „Raporcie o stanie miast” opublikowanym przez Związek Miast Polskich.

„W pierwszym półroczu 2025 r. w ponad 90 miastach odnotowano mniej niż 10 urodzeń, w 15 miastach – mniej niż 5, a w jednym mieście nie zarejestrowano ani jednego. Łącznie w ponad 630 miastach i gminach miejskich liczba urodzeń spadła względem roku poprzedniego, podczas gdy w ponad 330 miastach zanotowano wzrost w porównaniu z pierwszym półroczem 2024 r. Ogółem w pierwszym półroczu 2025 r. w polskich miastach urodziło się 82 786 dzieci, co oznacza spadek o ponad 7 proc. rok do roku” – wyliczają autorzy raportu.

Demograf prof. Piotr Szukalski w opracowaniu „Przemiany ludnościowe w Polsce w pierwszym ćwierćwieczu XXI w. zwraca uwagę, że „choć uwaga większości obserwatorów zmian ludnościowych skupia się na ekstremalnie niskiej liczbie urodzeń w ostatnich latach, to najbardziej niepokojącą zmianą jest długotrwałe utrzymywanie się płodności i jej zagregowanej wartości – dzietności na poziomie nie tylko niezapewniającej zastępowalności pokoleń, ale wręcz prowadzącej do szybkiego spadku liczby Polek i Polaków”.

Cztery dekady temu w Polsce rodziło się co roku od 300 do 350 tys. dziewczynek, a na statystyczną kobietę w wieku rozrodczym przypadało ponad dwoje dzieci, co pozwalało w przyszłości oczekiwać około 700 tys. urodzeń. Przy spadku TRF z 2,0 do 1,0 ta liczba zmniejszyła się o połowę. W zeszłym roku urodziło się w Polsce 116 tys. dziewczynek, najmniej w historii pomiarów, co przy TRF 1,0 pozwala oczekiwać od nich w przyszłości ok. 116 tys. urodzeń.

Tylko w latach 2018–2022 liczba kobiet w wieku 15–49 lat spadła w Polsce z ok. 9,03 mln do 8,7 mln, a w 2025 r. poniżej 8,5 mln, co pokazuje kurczenie się potencjału urodzeniowego. Co istotne, te kobiety masowo migrują do niespełna 200 miejscowości, opuszczając 2 800 pozostałych.

„W przypadku Polski regionalnej, a zwłaszcza lokalnej, zdecydowana większość doświadczała w XXI wieku stałej depopulacji” – komentuje prof. Piotr Szukalski. I wskazuje, że jeszcze bardziej szokujący od spadku TRF jest drastyczny spadek współczynnika reprodukcji netto, który mówi, ile typowa kobieta urodzi córek, które same dożyją do wieku, gdy staną się matkami. „Miara ta pośrednio informuje, w jakim stopniu pokolenie dzieci zastępuje pokolenie własnych rodziców” – wyjaśnia naukowiec. Wedle jego wyliczeń (opartych na danych GUS) od początku XXI wieku współczynnik reprodukcji netto spadł na polskiej wsi z 0,78 do 0,54, a w miastach z 0,65 do 0,5. To zmiana o potencjalnie gigantycznych konsekwencjach:

  • przy współczynniku 0,8 populacja w danym miejscu zmniejszy się w drugim pokoleniu o 20 proc., w trzecim o jedną trzecią, a w czwartym – o połowę
  • natomiast przy współczynniku 0,5 – już w drugim pokoleniu ubytek ludności wyniesie 50 proc., w trzecim – 75 proc., zaś w czwartym w danej miejscowości żyć będzie zaledwie 13 proc. obecnych mieszkańców.

Demografia rządzi: z 800 miast mieszkańcy trwale wyjeżdżają

A wszystko to przy założeniu, że nikt z danej miejscowości nie będzie wyjeżdżał. Tymczasem WIEKSZOŚĆ miast i gmin w Polsce szybko wyludnia się i starzeje nie tylko z powodu spadku liczby urodzeń, ale też za sprawą wyjazdów młodych ludzi do dużych ośrodków, czyli kilku stolic województw (Warszawa, Kraków, Wrocław, Rzeszów, Gdańsk) oraz ponad 100 gmin okalających regionalne metropolie (także Łódź i Poznań). Tam, gdzie te dwa procesy nakładają się na siebie, wyludnianie się i starzenie przyspiesza – wśród emigrujących dominują bowiem kobiety w wieku rozrodczym. I mówiąc brutalnie: już nie ma kto rodzić dzieci.

„W miastach, w których obserwowany jest odpływ mieszkańców, sytuacja demograficzna staje się jeszcze trudniejsza. Natomiast tam, gdzie notowany jest napływ mieszkańców, negatywne skutki zmian demograficznych są częściowo łagodzone. Szczególne znaczenie mają migracje ludzi młodych, bo zakładają nowe gospodarstwa domowe, wpływają na liczbę urodzeń, stabilizują lokalny rynek pracy, generują dochody zapewniające bezpieczeństwo ekonomiczne rodzin oraz wzmacniają finanse publiczne. Jednocześnie tworzą popyt na mieszkania, usługi publiczne oraz usługi rynkowe. W 2024 roku w prawie 200 miastach odnotowano dodatnie saldo migracji mieszkańców w wieku 15–39 lat, co przełożyło się na wzrost liczby ludności tych ośrodków o ponad 107 tysięcy osób. Równocześnie w ponad 800 miastach zaobserwowano ujemne saldo migracji w tej samej grupie wiekowej, a miasta te straciły łącznie ponad 118 tysięcy młodych mieszkańców” – czytamy w raporcie ZMP.

Autorzy podkreślają, że „demografia jest dziś najważniejszym czynnikiem kształtującym przyszłość miast w Polsce. Zmiany struktury wieku, migracje, depopulacja oraz spadek liczby urodzeń mają bezpośredni wpływ na rozwój gospodarczy, finanse samorządów, system edukacji, rynek pracy, mieszkalnictwo i jakość życia mieszkańców. Prawie każdy aspekt polityki miejskiej – od edukacji po mieszkania, finanse i inwestycje – jest obecnie determinowany przez trendy demograficzne”.

Profesor Szukalski zwraca uwagę na konsekwencje szybkiego starzenia się ludności:

  • Na koniec 2000 r. populacja osób w wieku 60+ wynosiła 6,45 mln (16,9% ludności), a na 2025 r. - 10,06 mln (26,9% mieszkańców kraju)
  • W tym samym czasie populacja w wieku 70+ wzrosła z 3,14 mln do 5,42 mln
  • Populacja osób 80+ podwoiła się z 780 tys. do 1,62 mln.

To rodzi i potęguje wyzwania w obszarze usług publicznych, zwłaszcza w ochronie zdrowia i opiece społecznej.

Populacja Polski: 13 milionów?  

Pisałem tu jakiś czas temu, że GUS musiał po dwóch latach skorygować swoją prognozę demograficzną z 2023 r., ponieważ nawet najbardziej pesymistyczny scenariusz z tejże prognozy okazał się zbyt optymistyczny w porównaniu z trendami obserwowanymi w rzeczywistości. W nowej skorygowanej (eksperymentalnej) prognozie GUS założył TRF na poziomie 1,1 i utrzymanie skali napływu cudzoziemców z pierwszej połowy obecnej dekady.  Tymczasem wiemy już, że współczynnik dzietności dalej pikuje, a w wyniku działań administracyjnych oraz coraz większego wpływu ksenofobów na nastroje społeczne (chodzi zwłaszcza o narracje antyukraińskie) napływ cudzoziemców wyraźnie wyhamował. Na fali są wręcz w Polsce ugrupowania domagające się całkowitego zatrzymania imigracji.

W tej atmosferze Forsal.pl postanowił wyliczyć, jak wyglądałaby populacja Polski w latach: 2035, 2050, 2060 oraz 2100 przy założeniu spełnienia trzech warunków łącznie:

  • Współczynnik dzietności kobiet utrzyma się w kolejnych latach na poziomie 1,0
  • Państwo polskie całkowicie zatrzyma imigrację i nie przyjmie ani jednego cudzoziemca
  • Obywatele Polski nie będą w ogóle emigrować.

Oczywiście, to bardzo oględny szacunek - dokładne wyliczenie wymagałoby pełnej kohortowej projekcji ludności według wieku i płci, tablic trwania życia (bo długość życia szczęśliwie w Polsce wydłuża się) oraz rocznych współczynników płodności według wieku. Oficjalne prognozy zwykle zakładają określone wartości migracji, zmiany długości życia i stopniowe zmiany dzietności, natomiast tutaj przyjęliśmy bardzo restrykcyjne warunki: TFR = 1,0, zero imigracji i zero emigracji obywateli polskich. W praktyce największe znaczenie dla wyniku mają trzy czynniki: liczba kobiet w wieku 15–49 lat, rozkład wieku tych kobiet oraz umieralność starszych roczników. Przy TFR 1,0 liczba urodzeń nie tylko pozostaje niska, ale dodatkowo spada wraz z kurczeniem się kolejnych kohort kobiet w wieku rozrodczym.

Przy tych wszystkich zastrzeżeniach, na podstawie dostępnych danych GUS, można założyć, że w kolejnych latach (de)populacja Polski wyglądałaby tak:

  • Rok 2035: między 34,8 a 35,5 mln mieszkańców - spadek wyraźny, ale nadal amortyzowany przez relatywnie bardzo liczebne roczniki urodzone wcześniej (np. żyć będzie ciągle zdecydowana większość z 723 tys. osób urodzonych w 1983 r.).
  • Rok 2050: między 28 a 31 mln - wpływ niskiej dzietności stanie się już bardzo silny, a liczba kobiet w wieku rozrodczym będzie mniejsza niż dziś.
  • Rok 2060: między 26,5 a 27 mln - szacunek niższy od eksperymentalnej symulacji GUS dla TFR 1,10, bo przyjmujemy TFR 1,0 i brak kompensacji w wyniku napływu cudzoziemców.
  • Rok 2100: między 13 a 17 mln, czyli wyraźnie mniej niż w prognozach ONZ (19 mln) - przy długotrwałej dzietności 1,0 każde kolejne pokolenie jest mniej więcej o połowę mniej liczne niż pokolenie rodziców, więc spadek przyspiesza strukturalnie.

Polska – kraj seniorów: średnia i mediana wieku Polek i Polaków mocno w górę

Oczywistą konsekwencją tych wszystkich zmian byłoby drastyczne starzenie się społeczeństwa. Dziś średnia i mediana wieku są zbliżone i oscylują między 43 a 44 lata (mniej dla mężczyzn, więcej dla kobiet). W kolejnych latach średnia wyglądałaby tak:

  • Rok 2035 - 47–48 lat
  • Rok 2050 - 51–53 lata
  • Rok 2060 - 54–56 lat
  • Rok 2100 58–63 lata

Mediana (oznaczająca wiek, który dzieli populację na dwie równe części: połowa mieszkańców jest młodsza, a połowa starsza) mogłaby być podobna lub nawet wyższa w latach największego starzenia, zwłaszcza jeśli liczba dzieci i młodych dorosłych spadałaby szybciej niż liczba osób starszych. W oficjalnej prognozie GUS, w scenariuszu średnim, w 2060 r. mediana wieku ludności Polski ma wynieść nieco ponad 50 lat. Przy naszych założeniach byłoby tak:

Rok

Szacowana mediana wieku – wariant środkowy

Uzasadnienie

2035

ok. 46–48 lat

Starzenie jest już silne, ale populację nadal równoważą liczniejsze roczniki urodzone przed spadkiem dzietności.

2050

ok. 50–51 lat

Do wieku starszego wchodzą liczne roczniki powojenne i roczniki wyżu lat 80., przy znacznie mniejszej liczbie dzieci i młodych dorosłych.

2060

ok. 51–53 lata

Zbieżne z oficjalnym punktem odniesienia GUS, według którego mediana wieku w 2060 r. przekracza 50 lat.

2100

ok. 57–61 lat

To ekstrapolacja poza horyzont oficjalnej prognozy GUS; przy długotrwale niskiej dzietności mediana rośnie, choć bardzo mała liczba młodych roczników może podnosić ją silniej niż średni wiek.

 Pomysły prawicy na zatrzymanie depopulacji: Margaret Atwood

Jak radykalna prawica, nadająca dziś ton w debatach o migracji i wyzwaniach demograficznych, zamierza powstrzymać demograficzny armageddon? Jedyną alternatywą dla imigracji jest skokowy wzrost dzietności kobiet. W jaki sposób? Większość koncepcji sprowadza się do tego, co Margaret Atwood opisała w swej słynnej dystopii „Opowieść podręcznej”. Postulaty obejmują m.in. ograniczenie możliwości edukacji i wykonywania pracy zawodowej przez kobiety. Sęk w tym, że procesy emancypacyjne objęły dziś nawet najbardziej ortodoksyjne państwa globu, w tym większość krajów islamskich; spadek współczynnika dzietności jest tam szybszy niż gdziekolwiek na Ziemi. Europejscy radykałowie musieliby uzyskać społeczne poparcie dla projektu zmierzającego w dokładnie przeciwnym kierunku.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Zbigniew Bartuś
dziennikarz i felietonista Zbigniew Bartuś

Dziennikarz, publicysta, felietonista Forsal.pl i Dziennika Gazety Prawnej, laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich, m.in. Nagrody Grabskiego i Nagrody Kwiatkowskiego.

Zobacz wszystkie artykuły tego autora(De)populacja Polski: demografia rządzi. Są miasta, gdzie miesiącami nie rodzi się żadne dziecko. Forsal.pl policzył, co czeka nas dalej »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj