F-35 to najdroższy program w historii amerykańskiej armii
Gen. John G. Ferrari i Dillon Prochnicki z AEI swoją analizę na temat F-35, opublikowaną w serwisie War on Rocks, rozpoczynają od barwnej metafory:
„Wyobraź sobie skrzypce wykonane przez mistrza lutnictwa: piękne, niezwykle precyzyjne i zdolne do wydobycia wyjątkowego brzmienia, ale jednocześnie niemożliwe do szybkiej i taniej produkcji. Ich wykonanie wymaga czasu, rzadkich umiejętności oraz materiałów, których nie da się pozyskiwać na masową skalę. Nikt nie wyposażyłby całej orkiestry w takie instrumenty. Tymczasem właśnie to Stany Zjednoczone próbują zrobić ze swoim lotnictwem taktycznym”.
Jeden nowy F-35 kosztuje aktualnie ponad 100 mln dolarów. Obecnie Pentagon szacuje roczny koszt eksploatacji jednego egzemplarza na około 7 mln dolarów. Polska kupiła tylko 32 takie maszyny. Amerykanie docelowo chcą ich mieć niemal 2,5 tysiąca sztuk.
Według Ferrariego i Prochnickiego F-35 będzie najdroższym programem zbrojeniowym w historii. Jego całkowity, rozciągnięty na dziesięciolecia koszt ma wynieść ponad 2 biliony dolarów.
Eksperci uważają, że F-35 sprawdza się doskonale w krótkotrwałych kampaniach. Jednak nie nadaje się na podstawowe narzędzie prowadzenia długotrwałej wojny na wyniszczenie. Dlatego, jak twierdzą, Waszyngton powinien ograniczyć skalę zakupów tych maszyn. Mają szereg argumentów.
W Iranie pokazał klasę. Ale to nie jest wojna z Chinami
Autorzy analizy podkreślają, że F-35 znakomicie wywiązał się ze swojej roli podczas wojny z Iranem. Samoloty przenikały przez bronioną przestrzeń powietrzną, niszczyły elementy obrony przeciwlotniczej, atakowały infrastrukturę rakietową i przekazywały dane innym platformom uczestniczącym w operacji.
Kluczową rolę odegrał system fuzji danych, który pozwalał pilotom i dowódcom uzyskać pełny obraz sytuacji na polu walki. Dzięki temu F-35 nie był jedynie nosicielem uzbrojenia, ale również latającym centrum rozpoznania i dowodzenia.
Ferrari i Prochnicki nie kwestionują tych sukcesów. Wręcz przeciwnie – podkreślają, że myśliwiec udowodnił swoje możliwości i wykonał dokładnie to, do czego został zaprojektowany. Ich zdaniem problem polega jednak na tym, że wojna z Iranem była stosunkowo krótką kampanią prowadzoną przeciwko przeciwnikowi, którego obrona przeciwlotnicza została wcześniej systematycznie osłabiona.
Operacje prowadzono z bezpiecznych baz, przeciwko głównie stałym celom, a tempo działań narzucały Stany Zjednoczone i Izrael. Taki konflikt, zdaniem autorów, nie przypomina potencjalnej wojny z Chinami o Tajwan. I właśnie tutaj zaczynają się schody.
Chiny to zupełnie inne wyzwanie
Według Ferrariego i Prochnickiego największy problem nie tkwi w możliwościach samego F-35, lecz w warunkach, w jakich musiałby działać podczas wojny na Pacyfiku.
Autorzy zwracają uwagę, że kolejne amerykańskie gry wojenne dotyczące Tajwanu prowadzą do podobnych wniosków. Większość samolotów nie zostałaby zniszczona w powietrzu, ale na ziemi. Bazy lotnicze USA i ich sojuszników znajdują się bowiem w zasięgu tysięcy chińskich rakiet.
Nawet jeśli samoloty zostaną rozproszone pomiędzy większą liczbę lotnisk, pojawi się kolejny problem. F-35 wymaga rozbudowanego zaplecza technicznego, specjalistycznej obsługi, magazynów części zamiennych, systemów diagnostycznych oraz ogromnych ilości paliwa i uzbrojenia.
"Dziurę w pasie startowym można zasypać. Zniszczonego magazynu części lub serwera logistycznego nie da się tak łatwo zastąpić" – zauważają autorzy.
Ich zdaniem przeciwnik nie musi nawet niszczyć samych myśliwców. Wystarczy uderzyć w infrastrukturę, od której zależy ich funkcjonowanie. Efekt może być podobny – liczba lotów gwałtownie spadnie.
Kolejnym problemem jest skala wojny. W przeciwieństwie do kampanii przeciwko Iranowi konflikt z Chinami oznaczałby miesiące nieprzerwanych działań prowadzonych na ogromnym obszarze. Amerykanie musieliby śledzić i atakować ruchome cele, takie jak wyrzutnie rakiet, okręty czy mobilne stanowiska dowodzenia.
Mniej F-35, więcej dronów
Ferrari i Prochnicki nie postulują rezygnacji z F-35. Uważają jednak, że samolot jest zbyt drogi i zbyt skomplikowany, aby stanowić trzon sił powietrznych przygotowanych do długotrwałej wojny z równorzędnym przeciwnikiem. W ich ocenie przyszłe lotnictwo USA powinno opierać się na mniejszej liczbie zaawansowanych myśliwców oraz znacznie większej liczbie bezzałogowców.
Drony byłyby tańsze, łatwiejsze do produkcji i szybsze do zastępowania po utracie. F-35 zachowałby natomiast rolę elitarnej platformy przeznaczonej do najtrudniejszych zadań – przełamywania obrony przeciwlotniczej, rozpoznania i kierowania działaniami innych systemów.
Redaktor Forsal.pl. Absolwent politologii na Uniwersytecie SWPS, z zamiłowania historyk. W przeszłości związany z Polskim Radiem, Wirtualną Polską, dziennikiem „Polska The Times” oraz miesięcznikiem „Nasza Historia”. Publikował również w Gazeta.pl i „Newsweek Historia”. Były wieloletni współpracownik Ośrodka „Karta” i Muzeum Getta Warszawskiego. Autor pierwszej pełnej biografii gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego - „Decyzje ‘Bora’. (Auto)biografia Tadeusza Komorowskiego - kawalerzysty, olimpijczyka, dowódcy, wodza i premiera”.
