Forsal logo

„Ludzie będą tracili pracę”. Wszystkie grzechy polskiej transformacji [WYWIAD]

Grupa górników w roboczych ubraniach i kaskach idzie po terenie kopalni na powierzchni. W tle widoczna jest wieża szybu górniczego oraz zabudowania przemysłowe. Zdjęcie przedstawia pracowników kończących lub rozpoczynających zmianę w kopalni.
Wszystkie grzechy polskiej transformacji/GazetaPrawna.pl
Kończą się środki na sprawiedliwą transformację. Jednak w Polsce zamykanie kopalń i elektrowni na większą skalę dopiero się zacznie. Problem w tym, że już wydano ogromne pieniądze bez wymiernego efektu. – Ćwiczymy to od lat. Górnicy wzięli odprawy, ale te pieniądze nie zostały w żaden sposób zainwestowane – mówi w rozmowie z „Forsalem” Anna Karaszewska, socjolożka, menedżerka związana z branżą energetyczną i prezes First Job. Czy jest inna droga?

Transformacja w Polsce: bez ludzi

Piotr Wróblewski: W Koninie mieszkało 80 tys. osób. Jak tak dalej pójdzie, w 2050 roku będzie ich o połowę mniej. Zaraz zamkną się elektrownia i kopalnie, z których cała społeczność żyła od lat. Sytuacja jest dramatyczna. Może my – jako Polacy – po prostu nie potrafimy przeprowadzić transformacji energetycznej?

Anna Karaszewska: Akurat Konin – moim zdaniem – jest przykładem, że potrafimy. Że mamy właściwe podejście. Co więcej, powinniśmy potraktować program realizowany w Wielkopolsce Wschodniej „Droga do zatrudnienia po węglu”, jako modelowe rozwiązanie, gotowe do wdrożenia w innych regionach węglowych.

Ale zanim powiem o tym przypadku, chcę zwrócić uwagę, że wszystkie rządowe dokumenty na temat transformacji energetycznej czy gospodarczej mają wymiar wyłącznie technologiczny. To poważne niedopatrzenie. Nie da się przeprowadzić skutecznej transformacji, pomijając ludzi. Konin i cała Wielkopolska Wschodnia od zawsze były kojarzone z kopalniami odkrywkowymi i energetyką. To nie tylko osoby pracujące przez lata w ZE PAK-u, który zmieniał swoich właścicieli, ale też ich rodziny i mnóstwo przedsiębiorstw powiązanych z zakładem – podwykonawcy i dostawcy.

Co dalej z elektrownią Pątnów?
Co dalej z elektrownią Pątnów?/Piotr Wróblewski

Wygaszając ZE PAK, pracę traci znacznie więcej osób. Całe rodziny tracą poczucie bezpieczeństwa. I pozostaje pytanie: co dalej?

Do tej pory rząd proponował odprawy czy urlopy górnicze.

To nie rozwiąże problemu. Wiem, co mówię, bo zajmuję się tym tematem od 16 lat. Po pierwsze, nie wszyscy się na te rozwiązania załapią. Po drugie, w Polsce już ćwiczyliśmy je w poprzednich latach. Górnicy wzięli odprawy, ale te pieniądze nie zostały w żaden sposób zainwestowane. Wydano je np. na zakup samochodów, a następnie całe rodziny popadały w bardzo złą sytuację finansową.

Osoby, które całe życie przepracowały w jednym zakładzie pracy, w momencie utraty pracy, mają poczucie, że nie ma dla nich przyszłości. Tak nie jest. Ale nie można ich zostawić bez profesjonalnego wsparcia. Nie mają umiejętności, żeby samodzielnie pokierować sobą na rynku pracy, coraz bardziej skomplikowanym i wymagającym. Trudno im podjąć nową pracę, często w nowym zawodzie, z której w dodatku mogliby być zadowoleni.

Te środki (z odpraw – red.) tylko w ułamku procenta realnie pomogły tym ludziom zmienić ich sytuację na rynku pracy. Politycy mieli pozorne poczucie, że wywiązali się z umowy. Jednak wiele osób – a nawet całe regiony – do dziś odczuwa skutki tamtych decyzji. Zwiększyło się bezrobocie oraz liczba osób, które nawet nie rejestrują się w urzędach pracy, bo nie wierzą, że mogą tam uzyskać realną pomoc. Wzrosła szara strefa, a młodzi ludzie po prostu wyjechali z regionu. Nie ma ludzi – nie ma inwestycji i koło się zamyka.

Czy jest inna droga?

No dobrze, a dlaczego Pani twierdzi, że w Koninie jest lepiej?

Powstał program, który ma pomóc nie tylko zwolnionym z ZE PAK-u, ale także ich rodzinom i lokalnym pracodawcom. Przede wszystkim pomagamy mieszkańcom w podjęciu nowej pracy bądź zmianie na lepszą. Celem jest doprowadzenie ich do trwałego i dobrego zatrudnienia. Pomagamy lokalnym pracodawcom – to w sumie w tym momencie ok. 200 firm, które mają pomysł, wizję, chcą się rozwijać, a brakuje im odpowiednich rąk do pracy.

Co dalej z elektrownią Pątnów?
Ostatnie miesiące funkcjonowania elektrowni ZE PAK/Piotr Wróblewski

Przygotowujemy dla nich dobrych kandydatów do pracy spośród uczestników programu, czyli ludzi z regionu objętego wsparciem. Wspieramy finansowo rozwój przedsiębiorstw, które chcą zatrudniać te osoby na dobrych warunkach. Nie kończymy współpracy w momencie zatrudnienia, tylko dalej pomagamy pracodawcy i nowozatrudnionemu pracownikowi w tym, żeby obie strony były zadowolone ze współpracy i chciały ją kontynuować.

O jakiej skali mówimy?

Jesteśmy na półmetku. Póki co, zajęliśmy się grupą 450 osób, z których 150 już pracuje. Oczywiście są na różnym etapie, bo program trwa do 2029 roku. Ale niemal wszyscy zatrudnieni – 98 proc. – nadal pracują. Niektórzy już od półtora roku. Do tego we wszystkich możliwych branżach. To dobry wynik. Docelowo programem ma zostać objętych około 2000 osób, ale są szansę na zwiększenie liczby uczestników. To będzie decyzja samorządu województwa.

Przekonuje Pani, że to jedyny program w Polsce, który rozliczany jest poprzez trwałe zatrudnienie. Inne regiony kraju nie stawiają takich celów. System jest zły?

Programy aktywizacyjne w Polsce skupiają się na tym, żeby ich realizatorzy zrekrutowali ludzi, przeszkolili, ale niekoniecznie doprowadzili do nowego zatrudnienia, nie mówiąc o jego trwałości. Ostatnio rozmawiałam z Wojewódzkim Urzędem Pracy w Łodzi, który rozpoczyna transformację Bełchatowa. Ich celem jest właśnie zrekrutowanie ludzi, przeszkolenie ich i zapewnienie doradztwa zawodowego. Ale przecież szkolenia czy certyfikaty nie zatrudniają.

Pytam ich więc, dlaczego nie wymagają od operatorów rozliczania się z efektów – liczby osób zatrudnionych i takich, które utrzymają tę pracę. Usłyszałam, że kiedyś to robili, ale się nie sprawdziło. Krótko mówiąc, wymaga to więcej pracy od instytucji. Ale skoro urzędy nie oczekują zatrudnienia, to lokalni operatorzy działają po linii najmniejszego oporu.

No tak, tylko w Koninie bezrobocie jest najwyższe w regionie. W powiecie przekracza 10 proc., a w całej Wielkopolsce to jedynie ok. 3 proc.

Być może ten program został uruchomiony zbyt późno, ale z naszej wiedzy wynika, że jest to obecnie jedyny program w Polsce realizowany w ramach transformacji regionów pogórniczych, w którym podstawowym miernikiem sukcesu jest nie samo przeszkolenie uczestników, lecz ich trwałe zatrudnienie i utrzymanie pracy.

Skoro mamy zmieniać rynek pracy, to szukamy odpowiednich pracodawców, którzy są zainteresowani długofalową współpracą z pracownikiem, oferują dobre warunki zatrudnienia i mają odpowiednią kulturę pracy oraz wartości. Funkcjonuje mit, że muszą to być duzi pracodawcy. To nieprawda. Tacy się zdarzają, ale największy odsetek firm, które zatrudniają naszych uczestników stanowią małe i średnie przedsiębiorstwa. Częściowo jest to spowodowane tym, że ludzie najchętniej chcą podejmować pracę w pobliżu swojego miejsca zamieszkania.

Gdy przychodziliśmy do Wielkopolski Wschodniej, mówiono nam: „Potrzebny jest kolejny Volkswagen”. A pracodawcy mówili, że po prostu brakuje im dobrych pracowników. Jeżeli mamy mówić o trwałym zatrudnieniu, to nie można po prostu skierować dwudziestu osób do jednego pracodawcy. Duże firmy mają swoją politykę rekrutacyjną, więc trzeba odpowiednio przygotować pracowników. Pamiętajmy, że każdy jest inny, ma inne potrzeby, inne umiejętności. Indywidulanie pracujemy z każdym uczestnikiem, przygotowujemy odrębne ścieżki zawodowe i zgodnie z nimi szukamy dla każdej osoby najbardziej odpowiednich pracodawców i konkretnych stanowisk.

Lepiej sprawdza się szukanie nowego pracodawcy niż zakładanie własnego biznesu?

Może 1,5 proc. tych osób poradzi sobie z prowadzeniem działalności gospodarczej, skoro całe życie byli pracownikami najemnymi. Problemem nie jest wzięcie pieniędzy, ale późniejsze utrzymanie się na rynku. Nielicznym się to udaje.

Będziemy w coraz bardziej dramatycznym tempie przechodzili transformację technologiczną związaną m.in. ze sztuczną inteligencją. Ludzie będą tracili pracę. Niektóre zawody znikną, inne będą wymagały zupełnie nowych kompetencji. Rząd powinien już dziś przygotować długofalową strategię, która pomoże odnaleźć się w tych turbulentnych czasach. Tak, by nie dopuścić do ich trwałego wykluczenia z zatrudnienia. Trudno oczekiwać, by przy obecnych kompetencjach i narzędziach same urzędy pracy były w stanie sprostać temu wyzwaniu.

Brakuje krajowej strategii?

Powinna być ogólnokrajowa strategia? Kto powinien taką przygotować?

W mojej ocenie politycy nie szukają rozwiązań. Albo są krótkowzroczni, albo nieodpowiedzialni. Rząd – a konkretnie osoby odpowiedzialne za energetykę – powinien przygotować strategię i wytyczne dla całego sektora, który przecież w 90 proc. jest państwowy. Priorytetem powinno być zabezpieczenie społecznych skutków transformacji.

Poza tym w ustawie o rynku pracy powinien znaleźć się zapis, że celem wszystkich programów realizowanych ze środków publicznych jest trwałe zatrudnienie. Wtedy samorządy, czy ogólnie instytucje kontraktujące takie programy byłyby inaczej rozliczane i miałyby jasne wymagania wobec operatorów.

W kolejnej perspektywie unijnej nie będzie Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. A to moment, gdy Polska zamknie większość starszych elektrowni i całkiem sporo kopalń. Nie boi się Pani katastrofy na rynku pracy?

Mam nadzieję, że do niej nie dojdzie. Jeżeli nie będzie Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, to być może pojawią się środki z innego źródła. Ale najpierw trzeba mieć strategię rynku pracy.

Nawet jeśli pieniędzy z UE zabraknie, to spółki Skarbu Państwa powinny stworzyć fundusz, dzięki któremu powstawałyby regionalne czy ogólnopolskie programy dla osób tracących pracę. Celem powinno być trwałe zatrudnienie. Są możliwości, spółki mają na to pieniądze, ale dzisiaj decydenci nie są tym zainteresowani.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: forsal.pl
Piotr Wróblewski
Piotr Wróblewski

Redaktor Forsal.pl, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w tematach związanych z inwestycjami oraz transportem. Od lat obserwuje wielkie budowy, opisuje rynek nieruchomości, a także zawiłości systemu transportowego.

Autor reportażu "Żarnowiec. Sen o polskiej elektrowni jądrowej" nagrodzony Grand Press 2023 w kategorii książka reporterska roku. Finalista m.in. Pomorskiej Nagrody Literackiej oraz konkursu dziennikarskiego "Biały Kruk".

Zobacz wszystkie artykuły tego autora„Ludzie będą tracili pracę”. Wszystkie grzechy polskiej transformacji [WYWIAD] »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj