Rok 1990 był kluczowym momentem polskiej transformacji. To równo 25 lat temu nasz skok w kapitalizm stał się rzeczywistością. Dla wielu Polaków bardzo bolesną. W pierwszym odcinku naszej serii pokazaliśmy przekształcenia i upadek dużych zakładów przemysłowych. Oraz jego konsekwencje: dezindustrializację gospodarki i pojawienie się zjawiska strukturalnego bezrobocia. Drugi odcinek opisywał wzlot i upadek „roju polskich protokapitalistów”. A więc tysięcy pracowników, którzy mieli być kołem zamachowym naszego kapitalizmu, ale ostatecznie nim się nie stali. Wreszcie przyjrzeliśmy się przemianom polskiej wsi, próbując zrozumieć, dlaczego właśnie tam dojrzały pierwsze grona transformacyjnego gniewu. Teraz czas na podsumowanie.

Zacznijmy od początku. Czyli od terminologii. Co to jest hekatomba? W starożytnej Grecji to była ofiara składana Zeusowi ze stu wołów. Bo po grecku „hekaton” to właśnie „sto”. To dlatego hekatomba weszła do współczesnego słownika jako synonim wielkiej liczby ofiar poświęconych jakiejś sprawie. Jeśli tak rozumieć hekatombę, to rok 1990 faktycznie nie był od niej daleki. Bo przecież 1989 r. to czas wykuwania się „sprawy”: mieliśmy wtedy finisz Okrągłego Stołu, wybory 4 czerwca, powołanie pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego i wreszcie uchwalenie przez Sejm planu Balcerowicza. To wszystko były fundamentalne decyzje dotyczące kształtu nowej Polski. Która z socjalistycznej autokracji stać się miała kapitalistyczną demokracją. I to właśnie była ta „sprawa”. Za którą Polska i Polacy zaczęli w roku 1990 płacić wymierną cenę. I to cenę bardzo wysoką.

>>> Polecamy: Hekatomba roku 1990. Zobacz, jaką ofiarę poniosła Polska w imię wprowadzania wolnego rynku

Zawsze jest jakieś przedtem

W tym miejscu niejeden czytelnik się pewnie żachnie. I powie, że hekatombą to był raczej realny socjalizm panujący w Polsce przed 1989 r. Z jego politycznym zamordyzmem, ekonomicznymi absurdami czy pogłębiającą się od połowy lat 70. stagnacją (bo akurat w pierwszych dekadach PRL-u tempo wzrostu gospodarczego należało do rekordowych).

Nikt rozsądny temu nie zaprzecza. Więc żaden z tekstów naszego cyklu nie był jakąś szczególną apologią epoki realnego socjalizmu. I odwrotnie. Żaden z nich nie zawierał też rytualnego potępienia epoki i obowiązkowej wzmianki, że Polska leżała w 1989 r. w gruzach. Przyjęliśmy raczej zdroworozsądkowe założenie, że zawsze jest jakieś „przedtem”. Każdy rozdział historii ekonomicznej ma swoją prehistorię, która na niego wpłynęła. Autorzy terapii szokowej musieli więc sobie poradzić ze spuścizną jaruzelskiej depresji ekonomicznej będącej skutkiem ostrego politycznego sporu autokratycznej władzy z Solidarnością. Jaruzelski zaś z kolei dostał w spadku po Gierku gospodarkę wpadającą w spiralę zadłużeniową. Ale i komuniści w 1945 r. nie przejęli władzy w kraju mlekiem i miodem płynącym. Tylko gospodarkę prymitywną, bardzo słabo uprzemysłowioną (COP i Gdynia były wyjątkami) i zniszczoną wojenną tragedią. A czym była w 1918 r. II RP, jeśli nie zlepkiem ekonomicznie niekompatybilnych skrawków trzech większych organizmów gospodarczych? Kto nie wierzy, niech przestudiuje dane statystyczne. Znajdzie tam m.in. potwierdzenie, że międzywojenne obroty handlowe całej Polski z Niemcami były ledwie ułamkiem tego, jak przed 1914 r. handlowało z Rzeszą samo Poznańskie. Podobnym ekonomicznym kikutem była Kongresówka (a zwłaszcza Warszawa i Łódź) oddzielona przez wybuch I wojny od ogromnego rynku rosyjskiego. I właściwie moglibyśmy w ten sposób cofać się do początków gospodarowania na ziemiach polskich. Wobec takiej argumentacji trzeba jednak zachować zdrowy dystans. I uważać, żeby ten dziejowy determinizm nie stał się wygodną wymówką dla współczesnych. Która będzie standardową odpowiedzią na wszelką krytykę bieżącej polityki.

A tak się z polską transformacją niestety stało. Każda próba krytykowania jej przebiegu zbijana była natychmiast przy pomocy szerokiego (choć przewidywalnego) wachlarza oskarżeń: o chęć restauracji minionego reżimu, demagogiczny populizm albo wąskie horyzonty niepozwalające zrozumieć skomplikowanych uwarunkowań, w których przyszło działać ówczesnym reformatorom. Ten kompromis, by „nie ruszać transformacji”, przez lata był w Polsce bardzo mocny. I miał swoje głębokie uzasadnienie. Jego najtwardsi zwolennicy rekrutowali się zazwyczaj spośród tych, którzy na transformacji najbardziej skorzystali.

Obrona „nieuchronności” logiki transformacji była więc jakąś formą legitymizacji tych zdobyczy. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego ani szczególnie złowrogiego. Ot, jedno z najbardziej fundamentalnych zjawisk znane z psychologii społecznej od lat 60. jako „hipoteza sprawiedliwego świata”. A więc tendencja do zakładania, że ten świat jest „jakoś tam sprawiedliwy” i każdy w sumie dostaje to, na co zasłużył. Taki pragmatyczny odruch naszego mózgu, by jakoś połapać się w pełnej sprzecznych sygnałów rzeczywistości.

Wywlekanie dramatycznego roku 1990 i ówczesnych społecznych ofiar do tego obrazu faktycznie nie pasuje. Co jednak począć z faktami? I z tym, że w 1990 r. społeczeństwo naprawdę przyjęło na siebie najmocniejszy ekonomicznie cios od II wojny światowej. Bezrobocie wzrosło z niemal zera do ok. 6 proc. (w 1993 r. to było już 16 proc.). Tylko w roku 1990 realne dochody spadły o 24 proc. A w rolnictwie nawet dwukrotnie mocniej. Następne dwa lata wcale nie przyniosły szczególnego ukojenia. Tak ostrej (i ostrzejszej, niż przewidywali architekci terapii szokowej) recesji nie można było nie zauważyć. A skoro tak, to należało ją... zracjonalizować. W ten sposób powstała dominująca do niedawna interpretacja pierwszych lat transformacji. Brzmiała ona: reformy były twarde, lecz konieczne. Ale w końcu gospodarka się odbiła, nierówności przestały rosnąć, a przed wieloma grupami otworzyły się nowe możliwości i dziś możemy się cieszyć owocami.

Żyjemy tu i teraz

To jest właśnie ten typ rozumowania, który w cyklu tekstów o hekatombie próbowałem konsekwentnie kontestować. Jak postaram się pokazać za chwilę, nie tylko z czystej złośliwości. „W długim okresie wszyscy będziemy martwi” – pisał w „Traktacie o reformie monetarnej” John Maynard Keynes. Ale wbrew temu, co sugerują jego adwersarze, to zdanie nie jest wcale koronnym dowodem na cynizm czy umysłowe ograniczenie Anglika. Była to wypowiedź przewrotna i głęboko sensowna.

Mówiąc, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”, Keynes polemizował z liberałami spod znaku Hayeka i Misesa. Którzy uważali, że jak jest kryzys, to trzeba zacisnąć zęby. I nie martwić się aż tak bardzo o to, co będzie się działo w ciągu najbliższych pięciu, sześciu lat. Zamiast tego skoncentrować się na długoterminowych korzyściach z kuracji. Liberałowie mówili więc, że nie ma co załamywać rąk nad cięciami budżetowymi, bo przecież dzięki nim gospodarka stanie się bardziej efektywna, a budżet zaoszczędzi. Ale Keynes zapytał ich, w imię jakich racji długoterminowe konsekwencje mają być tak dalece ważniejsze od krótkiego okresu. Trzymając się przykładu z cięciami. Liberałowie nie ukrywają, że przyniosą one nieuchronny wzrost bezrobocia, ale ich zdaniem po kilku latach ci ludzie znajdą przecież pracę gdzie indziej. Na dodatek w zdrowszej i bardziej stabilnej gospodarce. Ale tu leży właśnie – zdaniem Keynesa – fundamentalny błąd. – Bo to tak jakby powiedzieć komuś, kto ma 30 lat i znajduje się w najpiękniejszym okresie swojego życia, szuka mieszkania, znalazł życiowego partnera albo właśnie urodziły mu się dzieci: zabieram ci pracę, ale poczekaj dziesięć lat! Jak dojdziesz do czterdziestki, to gwarantuję ci, że dostaniesz lepszą robotę niż ta, którą miałeś. Przecież to bzdura. To właśnie miał na myśli Keynes, szydząc z tych, którzy powtarzają, że liczy się jedynie długa perspektywa – tłumaczył mi kiedyś Robert Skidelsky, jeden z najważniejszych badaczy i biografów angielskiego ekonomisty. Ale Keynes mówił coś jeszcze. Nie tylko twierdził, że nie ma niczego złego w koncentrowaniu się na krótkim okresie. Uważał, że poprawa położenia milionów pracowników tu i teraz automatycznie przełoży się na ich lepsze jutro. I odwrotnie, bo jeżeli składamy na ołtarzu reform całe pokolenie, wcale nie gotujemy lepszej przyszłości ani jemu, ani jego dzieciom. Oddajmy znów na chwilę głos Skidelsky’emu. – Proszę sobie wyobrazić, że mają państwo po 20 lat i marzycie o byciu prawnikami, dziennikarzami albo ekonomistami. I przychodzi do was liberał i mówi: „Niestety, czasy są trudne, jest kryzys i jesteśmy w trakcie wielkich oszczędności. Proszę wrócić za 10 lat, a wtedy na pewno będzie lepiej. A w międzyczasie mamy dla pana bardzo atrakcyjną posadę zamiatacza ulic”. Czy za 10 lat taka osoba będzie mogła nadal realizować marzenie i zostanie dobrze opłacanym specjalistą? Oczywiście, że nie! Pracując przez 10 lat poniżej swoich oczekiwań i możliwości, prawdopodobnie porzuci po drodze większość ambicji i aspiracji.

Dziś przed takimi właśnie wyzwaniami stoi całe pokolenie młodych Europejczyków z Południa, wśród których bezrobocie sięga 50 proc. A wielkie oszczędzanie (polityka austerity), które trwa w Europie od kilku lat, tylko ich położenie pogarsza. Ale keynesowskie argumenty przynajmniej przebijają się do serca debaty publicznej w takich krajach jak Wielka Brytania, Włochy czy Hiszpania. Amerykanie w ogóle od początku powiedzieli, że oni za politykę austerity bardzo dziękują.

>>> Czytaj też: Miał być motorem naszej gospodarki. Dziś polski handel praktycznie nie istnieje

Skoro się stało, stać się musiało

Polska – która znalazła się w podobnym położeniu w roku 1990 – nie miała tyle szczęścia. A głosy podnoszące taką argumentację były traktowane wówczas jako kompletna aberracja. Do dziś nie jest to zresztą temat szczególnie dobrze zbadany. Na szczęście powstały prace analityczne dotyczące krajów, które na przełomie lat 80. i 90. doświadczyły podobnych do nas (choć nie takich samych) wydarzeń. I tak w listopadzie 2014 r. – równo na 25. rocznicę upadku muru berlińskiego – ekonomiści Arnaud Chevalier i Olivier Marie opublikowali pracę pod tytułem „Dzieci muru berlińskiego”.

Pokazali w niej czarno na białym, że głębokość kryzysu ma absolutnie bezpośredni wpływ na wyniki osiągane w dalszym życiu przez tegoż kryzysu ofiary. U Chevaliera i Mariego porównywane są dwa pokolenia Ossich. A więc roczniki transformacyjne i trochę od nich starsi – urodzeni jeszcze w czasach siermiężnego, ale stabilnego NRD. Wynik nie pozostawia wątpliwości. Statystyczne „dziecko muru berlińskiego” 40 proc. częściej wchodziło w konflikt z prawem i miało aż 33 proc. więcej szans na powtarzanie klasy. Akurat w tym konkretnym przypadku ekonomiści tłumaczyli te różnice innym składem klasowym obu badanych kohort. Co jest prostą konsekwencją tego, że lepiej sytuowani w niepewnym okresie transformacji ograniczyli decyzje prokreacyjne. A to miało wpływ na kształt kohorty „dzieci muru”. Ale mniejsza o te przyczyny. Chodzi raczej o zilustrowanie głównej myśli. Polegającej na tym, że głębokość kryzysu ekonomicznego wpływa na społeczne tu i teraz bardziej, niż nam się to wydaje.

W Polsce takich badań na razie brakuje. Pozostaje więc dowodzenie na poziomie publicystycznego opisu, że bardzo prawdopodobne, iż nadmiernie wiele patologii (prekariat, łamanie praw pracowniczych, słabość związków zawodowych) polskiego rynku pracy, które dziś nam doskwierają, swoimi korzeniami tkwi właśnie w nadmiernym szoku pierwszych lat transformacji. Albo – mówiąc bardziej obrazowo – chodzi o to, że po zaliczonym wówczas ciosie w tył głowy polski pracownik dotąd nie odzyskał pełni świadomości.

To samo zjawisko można pokazać na przykładzie nierówności dochodowych. Nawet obrońcy transformacji nie kwestionują już, że w pierwszych latach nastąpił ich gwałtowny wzrost. Na początku ostatniej dekady PRL Polska była bowiem krajem bardzo egalitarnym. Ze współczynnikiem Giniego na poziomie ok. 24, czyli w przedziałach notowanych dziś przez Szwedów i Słoweńców. Transformacja zmieniła tutaj wszystko. Około 1988 r. polski gini zaczął rosnąć w sposób zauważalny. W 1994 r. osiągnął poziom 30. W 2005 r. był już na poziomie 36. Mówiąc krótko: w ciągu mniej więcej 20 lat Polska z kraju biednego, ale bardzo egalitarnego, stała się gospodarką nieco bogatszą, lecz o średnio-wysokim poziomie nierówności dochodowych. I był to wzrost dużo bardziej gwałtowny niż u wielu „bratnich gospodarek” dawnego bloku wschodniego (Czechy, Węgry). Obrońcy polskiej transformacji są gotowi dowodzić, że tak się musiało stać. Bo przecież najpierw trzeba się dorobić, a dopiero potem można prowadzić politykę redystrybucji.

Wolno mieć wątpliwości

Tylko że jeżeli wierzyć zaprezentowanemu wyżej tokowi keynesowskiego rozumowania, to w gospodarce nie ma żadnego „teraz” i „potem”. Jednym z najbardziej przekonujących zwolenników tej tezy jest ekonomista z SGH i badacz rozwoju gospodarczego Marek Garbicz. Uważa on, że przedstawianie nierówności jako koniecznych poprowadziło na manowce już niejeden kraj będący na etapie szybkiego rozwoju. I tłumaczy to, wskazując na trzy podstawowe błędy myślowe, które temu towarzyszą. Pierwszy błąd polega na tym, że wytwarzania dobrobytu nie da się oddzielić od procesu podziału, gdyż reguły podziału wpływają na wielkość wyprodukowanego ciastka. Jeśli od początku wiadomo, że jego większą część skonsumuje bogata mniejszość, to dlaczego biedniejsza większość ma się w ogóle w ten proces angażować? – pyta retorycznie Garbicz.

Drugi myślowy stereotyp leży – zdaniem ekonomisty – w przeświadczeniu, że nierówności dochodowe i majątkowe są faktyczną dźwignią wzrostu gospodarczego. Trochę według zasady, że im mocniej przyciśniemy nóż do gardła uczestników życia gospodarczego, tym większą będą mieli motywację do działania. Tylko że takie darwinistyczne podejście może i dobrze wygląda w publicystyce, ale nie znajduje żadnego potwierdzenia w faktach empirycznych. Często bywa więc dokładnie odwrotnie. To znaczy właśnie zbyt duże nierówności dochodowe potrafią zahamować procesy rozwojowe, ograniczając na przykład dostęp do dobrej edukacji – co utrudnia awans społeczny. Podobną barierą staje się w społeczeństwach nieegalitarnych zamknięcie rynku kredytowego. Biedniejsze grupy społeczne albo są od niego odcięte, albo ich przedsiębiorstwa pozostają chronicznie niedoinwestowane. Głównie ze względu na ryzyko i domaganie się przez banki dodatkowych zabezpieczeń. A jeśli już takie przedsiębiorstwa kapitał dostaną, to tak bardzo boją się utraty płynności, że unikają wysoko rentownych, ale ryzykownych przedsięwzięć biznesowych.

Jest w końcu i trzeci mechanizm, na który zwracali uwagę już na początku ubiegłej dekady ekonomiści Edward Glaeser i Andrei Shleifer w tekście „Niesprawiedliwość nierówności”. Piszą oni, że dopuszczenie na pewnym etapie do dużych różnic dochodowych czy majątkowych przypomina wypuszczenie dżina z butelki. Można to zrobić dość łatwo. Trudno jest go jednak z powrotem do niej zagonić. I nierówności na powrót (w sposób pokojowy) zniwelować. Dzieje się tak dlatego, że bogata część społeczeństwa ma wiele materialnych środków i narzędzi do skutecznego podporządkowania instytucji politycznych i prawnych swojej woli i interesom. I w ten sposób bronić korzystnego dla siebie status quo.

Albo jeszcze jeden przykład, z jeszcze innej beczki. To znaczy z poletka polskiej prywatyzacji. Akurat ten wycinek polskiej transformacji nie zaczął się (wbrew pozorom) w 1990 r. Bo przestawianie polskiej gospodarki z własności uspołecznionej na prywatną ruszyło już w latach 1987–1988 po uchwaleniu ustaw umożliwiających tworzenie spółek przy przedsiębiorstwach państwowych (tylko od stycznia do września 1989 r. powstało ich 12,6 tys.), na których czele stawali zazwyczaj przedstawiciele PRL-owskiej klasy menedżerskiej, czyli dyrektorzy, prezesi, główni księgowi albo partyjni dygnitarze. A często również podstawione przez nich osoby. Postulat szybkiej i możliwie jak najszerszej prywatyzacji przyświecał jednak również pierwszym rządom Solidarności. A owocem tych starań była odpowiednia ustawa z lipca 1990r. Zdecydowanie zabrakło wówczas kogoś takiego jak Joseph S. Berliner. Ten amerykański akademik i znawca sowieckiego systemu centralnego planowania z Brandeis University przekonywał wówczas: „z samego faktu, że byłoby lepiej mieć prywatne przedsiębiorstwa, nie wynika wcale, że trzeba robić szybką prywatyzację lub też jej nie robić. Kluczowe są te wszystkie rzeczy, które się wydarzą po drodze”.

Berlinerowi chodziło o rozwagę w naciskach na zbyt pospieszną prywatyzację radzieckiej gospodarki, która może wywołać negatywne skutki ekonomiczne i społeczne. To, co mówił, da się jednak przyłożyć do polskiego przykładu. W Polsce 1990 r. takie argumenty były jednak kompletnie ignorowane. I w dużym stopniu taki tok myślenia jest ignorowany również dziś.

Celem całej tej argumentacji było przekonanie państwa, że w ocenie terapii szokowej idziemy zazwyczaj na łatwiznę. Wszelkie wątpliwości i krytyczne uwagi są zbywane pytaniami retorycznymi: „A co można było niby zrobić inaczej?”, „A komu się to lepiej udało?” albo „Kto mógł to wtedy wiedzieć?”. Jak to z pytaniami retorycznymi bywa, ich autorzy nie oczekują odpowiedzi. A szkoda. Bo takich odpowiedzi da się udzielić. A przynajmniej podjąć taką próbę. I temu miały właśnie służyć teksty z cyklu hekatomba 1990.

>>> Czytaj też: Upadek polskiej wsi. Realne dochody gospodarstw rolnych spadły o 40 proc.